Księga Em

Izabela Filipiak
  • Dom Wydawniczy Tchu
    Warsaw 2005
    135 x 205
    252 strony
    ISBN 83-89782-12-X

Pierwszy w dorobku autorki Śmierci i spirali dramat jest otwartą, wielowątkową opowieścią o elementach kulturowych, które kształtują tożsamość jednostki. Gdybym miał zwrócić uwagę na kluczowy z nich – sięgnąłbym po wątek relacji między tożsamością płciową i narodową... Ale po kolei. W roku 1907, trzydziestojednoletnia Maria Komornicka, uznana, choć budząca kontrowersje pisarka, oznajmiła swoim najbliższym, że jest mężczyzną – inkarnacją średniowiecznego przodka rodu – Piotra Własta. Wydarzenie to oraz dalsze losy autorki Skrzywdzonych stanowią podstawę dramatu i punkt wyjścia do refleksji o polskiej tożsamości. Pod względem płciowym decyzja Komornickiej jest przykładem ukształtowania się tzw. „trzeciej płci” (third gender). Pisarka nie staje się mężczyzną (z punktu widzenia biologicznego), nie jest jednak także kobietą. Jej świadomość istnieje na granicy, czy raczej w przestrzeni „pomiędzy” stacją Panowie i stacją Panie (ową Lacanowską metaforę wędrówki tożsamości płciowych wykorzystuje Filipiak w sposób mistrzowski w scenie podróży Komornickiej i jej matki do zakładu psychiatrycznego). Kolejnym krokiem autorki jest skonfrontowanie „trzeciej płci” Odmieńca (taki przydomek nadała sobie sama Komornicka) z tożsamością narodową Polaków. W jednej ze scen bohater, będący politykiem używa metafory płciowej do scharakteryzowania cech poszczególnych narodów: „Są narody męskie i narody kobiece” – powiada i dodaje: „naród polski jest kobiecy”, czyli charakteryzuje się: uległością, emocjonalnością, zmiennością celów itp. Tymczasem zderzenie płciowej przemiany Komornickiej i narodowego myślenia Polityka pokazuje, że tożsamość wcale nie jest dana raz na zawsze, a jej kształtowanie się to skomplikowany proces wzajemnego oddziaływania takich czynników jak: rodzina, system polityczny, kultura i wreszcie naród. Izabela Filipiak pragnie zwrócić uwagę, że kwestia polskiej tożsamości narodowej pozostaje otwarta i wciąż warta jest refleksji. Autorka Księgi Em postawiła samej sobie pytanie, czy Polska może mieć „trzecią płeć” – płeć otwartą, niejednoznaczną, uciekającą od kulturowych uproszczeń, dramat zaś stanowi próbę udzielenia nań odpowiedzi.

-
Igor Stokfiszewski

Fragment

Do Księgi wchodzi Bóg. Jest ubrany biblijnie jak Ojciec w Części I, ale dochodzą elementy odpustowe — kolorowe wiatraczki, baranki z cukru. Em dostaje jedną z zabawek i cieszy się jak dziecko.
EM
Czy jest jakieś ustępstwo, na które mógłbym się zdobyć, żeby
ona mogła pokazać, że mnie kocha?
BÓG
Jeśli masz coś do oddania, ona mogłaby spróbować tego nie
przyjąć.
EM
Myślisz więc, że to było możliwe? Że mnie kochała, tylko nie
umiała tego pokazać? Wiesz, czasem bywam głodny.
BÓG
Myślę, że powinieneś COŚ zjeść. (Bóg jest zdezorientowany.)
A tak w ogóle — to o kim mówimy?
EM
O mojej matce.
BÓG
Znowu?
EM
Nie mam nikogo prócz niej.
Zosia i altana znikają.
BÓG
To prawda. Ale ten pomysł z jej miłością to iluzja.
EM
Nigdy w to nie uwierzę.
BÓG
Dlatego cierpisz.
EM
Nie, nie. Ale gdy przestaję w to wierzyć, wtedy czuję się, jakby mnie Bóg opuścił.
BÓG
Ona nie żyje. Od siedemnastu lat. Wiesz o tym?
EM
A kim ty jesteś?
BÓG
Jestem Bogiem.
EM (Pauza pełna zaskoczenia — i — )
Przychodzisz do mnie teraz, kiedy jestem wyprany jak ścierka? Jak mogłeś nie docenić mojego poświęcenia i mojej przemiany? Jak mogłeś mnie opuścić?
BÓG
Prawdę mówiąc... Twoja przemiana była tak doskonała, że zajęło mi trochę czasu, zanim cię na nowo rozpoznałem.
EM
Aha, różnimy się pod względem gustów estetycznych! Musiałem zdziecinnieć, pokochać kicz oraz sztukę jarmarczną, żeby znaleźć się w paśmie twoich zainteresowań.
BÓG
Nie, to naprawdę nie jest sprawa smaku —ja zwyczajnie nie zwracam uwagi na upływ czasu. Jako wielkie dzieło żyję w wiecznym teraz.
EM
Miej odwagę się przyznać. Ty po prostu jesteś przeciwko mnie! Jesteś... jesteś rodzaju męskiego.
BÓG
A ty jesteś ambiwalentny, co niezmiernie utrudnia zrozumienie twojego problemu.
EM
Nie znaczę nic zupełnie.
BÓG
To nie iluzja, to fakt.
EM
Ciebie miało nie być! Ciebie miało nie być, a ja miałem być szczęśliwy.
BÓG
Więc pragnąć możemy śmiało i bez skrupułów, więc używać możemy bez trwogi o przeszłość, której nie ma.
EM
Kto to powiedział?
BÓG
Istota zwana Em.
EM
Nie ma takiej osoby.
BÓG
Ona cię nie kochała. Ja też cię nie kochałem. Ani nie kocham. Jestem za bardzo sponiewierany na miłość. Ale niekiedy czytam coś, a nawet. Niektóre twoje prace znam na pamięć. Dlatego myślę, że za bardzo się nadwerężyłeś. Może zamiast zmieniać ubranie, nazwisko... mówiąc krótko, zamiast zmieniać płeć, może wystarczyło zmienić styl?
EM
Czy jesteś bogiem poezji? Nie masz pojęcia, co przeżyłem.
BÓG
Jestem bogiem bez specjalnych aplikacji. I nigdy nie lubiłem tej waszej modemy. Stylistyka jak mały palec odgięty przy uszku filiżanki. Banialuki o chuci i o tym, że umarłem. I ten potworny twórczy egocentryzm...
Z początku słychać tylko straszny rumor, a potem do Księgi wtaczają się, podtrzymując się nawzajem, zalani na wesoło Lemański i Włast.
LEMAŃSKI
Prosimy o wybaczenie dobrodziejów. Ten tu Hirszband przeżywa straszny spleen! Raz kiedyś w zamierzchłych czasach, panowie, moja żona, zanim jeszcze została moją żoną, wystąpiła na piśmie w jego obronie! Taka zawsze współczująca była. Ujęła się za jego sprawą, kiedy był dys... dys... dyskryminowany na tle... No wiadomo, co ja tam panom będę opowiadał, jak to zwykle w zatargach prasowych. Młoda dziewczyna, panowie! Zrujnowała sobie reputację! Potem było źle i jeszcze gorzej, desperacji przeżywała morze, a ten tu Hirszband — nic a nic!
WŁAST
Ja nawet lubiłem na to patrzeć, że raz coś parszywego nie dotyczy mnie! Ja, Jellenta, dostałem posadę — redaktor „Ateneum”! — no, ale co — bezwarunkowo przecież nie! Ja bym się za nią wstawił, a oni by mnie Hirszbandem!
LEMAŃSKI
No i zgasła! Moja żona... (Rozpoznaje Em — pomimo wieku i męskiego przebrania.) Moja żona!
EM
Na wszystkie diabły z piekła rodem! Czy to się nigdy nie skończy? (Do Boga) Zrób coś!
BÓG tylko gest: »Ale co?«
WŁAST o Lemańskim, rozkosznie
Delirka!
LEMAŃSKI
W tym stroju jeszcze piękniejsza, jeszcze bardziej zniewalająca niż kiedyś... Nie płosz się, sarenko. Chcę ci służyć.
Włast odciąga Lemańskiego od Em wykonując przy tym nadzwyczaj niezgrabne ukłony.
WŁAST
Państwo wybaczą, ja tylko pragnąłbym napomknąć, że trzeba być wolnym człowiekiem, żeby móc wykazać się współczuciem. Ale to... (Brakujące słowo: »beznadziejne zadanie«.)
EM
Stałam się tobą? Odpowiedz.
WŁAST (Pauza i — łagodnie, serdecznie, szczerze — )
Nie. I nie musiałaś. Ty od początku byłaś wolnym człowiekiem.
LEMAŃSKI
Ten dureń na moich oczach rozmawia z moją żoną!
Lemański wyjmuje zza pazuchy pistolet i bardzo niepewną ręką mierzy do Em i Własta.
EM
Po śmierci jako i za życia, to beznadziejne.
Włast robi wiele, żeby odciągnąć uwagę Lemańskiego od Em. Kiedy mu się (o udaje, ucieka. Za nim Lemański z pistoletem.
BÓG
Czy nie o tym mówiłem? Gdybym sobie na coś takiego pozwolił, zbankrutowałbym około środy A ja, spójrz. Pracowałem z dnia na dzień i powstał... no, świat. Może poważyłbyś się mnie naśladować? Wiesz... Rzeczy nie muszą być od razu doskonałe.
EM
A więc wszystko to było na marne.
BÓG
Nie. Był moment, kiedy ja. Naprawdę umarłem.
EM
Naprawdę?
BÓG
Całkowicie. Rok 1886. Ten wariat Nietzsche i jego pomysły... Co chcesz? Ja też mam swoją wrażliwość. Też mogę się ugiąć pod siłą potwarzy... insynuacji... oskarżeń... czy choćby tylko przemilczeń.
EM
Jak ja cię rozumiem.
BÓG
No właśnie. Wy, ludzie, jesteście bardziej skłonni do empatii niż my, bogowie. Dopiero twoja przemiana i następująca po niej gorąca wiara we mnie. W hierarchię. W mędrców. W Ojców. Przywołała mnie na powrót do życia. Niechże ci podziękuję. Swoją ofiarą ocaliłeś porządek świata i przywróciłeś mi sens istnienia.
EM
Więc — gdyby?
BÓG
Tak. To dzięki tobie wciąż jestem starym, dobrym sobą. A wracając do ciebie — nie wiem. Naprawdę nie wiem, co zrobiłbym na twoim miejscu. Może spróbuj się poddać? Jak mężczyzna.
EM
Kpisz sobie ze mnie.
BÓG
Jesteś najlepszym z moich męczenników. Cóż za wytrwałość! Świat nie znał dotąd takiej historii jak twoja.