Królestwo potrzebuje kata

Wojciech Albiński
  • Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
    Warszawa 2004
    104 x 185
    185 stron
    ISBN 83-7163-408-0

Europa od dawna jest obłudnie zainteresowana Afryką. „Co tam się dzieje?”, pytamy i oczekujemy uspokajających odpowiedzi. Nasze pytania wynikają ze złej pamięci – w końcu trzysta lat rozwijaliśmy się dzięki kolonialnej eksploatacji – i z informacyjnego lenistwa, które utrwalały w nas krótkie depesze agencyjne albo obszerne, wszystkowiedzące reportaże. Wojciech Albiński pisze o Afryce inaczej. W jego opowiadaniach poznajemy codzienne życie w RPA i Botswanie oglądane z perspektywy obcego mieszkańca. Właśnie ta paradoksalna zbitka – połączenie obcości z oswojeniem, zdumienia i wiedzy – sprawia, że narracje Albińskiego pozwalają nam nie tyle zorientować się w aktualnej sytuacji w Afryce, ile zorientować się w naszej niewiedzy. Zrozumieć, że nie wszystko zrozumiemy. Autor mieszka i pracuje w Afryce od trzydziestu lat. Nie jest więc świeżym przybyszem czy tym bardziej turystą. A jednak jego obserwacje i opowiadania cechuje przede wszystkim cnota powściągliwości. Cały czas wyczuwamy, że narrator wie i rozumie więcej, niż mówi, ale coś go powstrzymuje przed formułowaniem wniosków, uogólnień czy zgrabnych podsumowań. Nie ma więc w tej prozie ani pół zdania w rodzaju „Afrykanie są leniwi, ale dumni” albo „Mieszkańcy Afryki wsiedli już do samochodów, ale nadal wierzą w magię”. Albiński – jako geodeta - sporo podróżuje po południowej części kontynentu, a swoje zadanie pisarskie rozumie jako obowiązek zapisywania tego, co widać. Dlatego konstruuje narratora, który przede wszystkim patrzy i słucha. To dobry obserwator: uważny, czujny, życzliwy. Zna trochę miejscowe języki, więc potrafi się porozumieć. Nikomu się nie narzuca, więc ludzie chętnie zapraszają go do wspólnego stołu czy ogniska i częstują opowieściami. Dzięki nim Albiński, jak etnograf, staje się zbieraczem historyjek, które nie sumują się w żadną całość. Widzimy więc, jak w stolicy RPA trwają rozmowy polityczne, które decydują o przyszłości państwa, a równocześnie na drugim planie wielkiej polityki drobne cwaniaczki, akwizytorzy ponowoczesnego handlu, załatwiają sobie korzystne kontrakty w poufnych rozmowach z ministrami; widzimy przyspieszającą historię państwa, które wkracza w objęcia demokratyczno-liberalnego Lewiatana, a jednocześnie poznajemy plemienne porachunki rozgrywane na peryferiach. Poznajemy także rękę Europy: jej wysłannicy chcą nade wszystko, aby w Afryce panował spokój, więc działają w imię zasady „kompromis uświęca środki” – usiłują rozdawać karty, ale w rezultacie zawsze prowadzą do zamieszania i rozlewu krwi. A przecież Albiński pokazuje, że nie tylko Europa ma coś Afryce do zaproponowania. Może być i odwrotnie. Przykładem służy afrykańska wersja lustracji – upiora, który niedawno obudził się w Ameryce Południowej, teraz zaś hula po krajach postkomunistycznych. RPA to bodaj jedyny kraj na całym świecie, któremu udało się uniknąć krwawych rozliczeń.

-
Przemysław Czapliński

Fragment

„Królestwo na rozdrożu?" „Brutalny akt źle wróży programowi reform". Leżały przede mną dwa tygodniki i kilka gazet. Tytuły były alarmujące. Na pierwszej stronie dziennika umieszczono fotografię króla. Wystąpił w stro­ju ceremonialnym, brzuch odkryty, skórzane sandały. Siedział w towarzystwie czterech żon, które patrzyły obojętnie w przestrzeń. Popołudnie w Sandton. Piłem kawę na pla­cu zaprojektowanym przez Francois Pienaara. Z czterech stron stylowe budynki, z których jeden był modnym hotelem. Dzień był sło­neczny, przechadzały się gromady dziewcząt i dojrzałe panie, turyści nieśli kolorowe torby. Do połowy placu wychodziły stoliki, na środku biła fontanna. Wysoki strumień opadał i podnosił się w nieregularnych odstępach. Pod okiem rodziców dzieci skradały się ostrożnie, a kiedy strumień narastał, uciekały z krzykiem. Parada pośladków właśnie się zaczęła. Białe, czarne i brazylijskie. Przetaczały się po­śladki szerokie, zadziwiająco ruchome, mało było panieńskich. Na wysokich obcasach biegły pośladki jak piąstki, inne znowuż w ró­żowych barchanach. Dla ludzi wrażliwych ta­ka różnorodność mogła być niebem albo pie­kłem. Wróciłem do pism... Królestwa obecnie nie wzbudzają sympatii, atakowany kraj był mały i wciśnięty w góry. Dziennikarze gromi­li monarchę, wskazywali na kruchość jego tro­nu. Ratunkiem mogły być reformy. Tymcza­sem młody król, lamentowali, głuchy jest na rozsądne rady. W długim artykule redaktor zliczał błędy króla... I tak, nieudana próba zakupu odrzu­towca, którym monarcha chciał poruszać się po świecie. Projekt budowy pięciu pałaców, skrytykowany przez nielegalną opozycję, lecz zatwierdzony przez uległą Radę. I w końcu wybór nowej żony... Sprawa żony jątrzyła na­ród, niejasne były okoliczności uzyskania jej zgody, stawiano kłopotliwe pytania... Jakiś chłystek twierdził, że tę pannę zna i odradzał królowi małżeństwo. Piętnaście lat temu sześciu chłopców wy­słano na studia do Anglii. Każdy był z innej królowej i był tak kształcony, aby pewnego dnia mógł wstąpić na opuszczony tron. Ale o tym, kto był prawdziwym następcą, którego z nich w tajemnicy naznaczono, wiedziało tyl­ko trzech zaufanych doradców. Sekretu nie wydaliby nawet na torturach. Dlaczego wy­znaczono sześciu chłopców? Dlaczego nie tyl­ko jednego? W dniu śmierci starego króla do­radcy udali się do Anglii. Zwołali chłopców, nastała uroczysta cisza. Na ramionach jednego położyli ręce, odtąd go nie odstępowali. Nie ma ważniejszej sprawy od wyboru żo­ny, zwłaszcza gdy ma to być dopiero piąta. Kandydatki powinny pochodzić z różnych części kraju, każda z ważnej, stojącej przy tro­nie rodziny, w ten sposób zachowuje się jed­ność państwa, tworzą się więzy krwi. Po powrocie do kraju młody król rozsma­kował się w miejscowych dziewczętach. Lecz kierował się osobistymi względami, co gor­szyło podległą mu Radę. „Kobiet nie należy indywidualizować", po ojcowsku tłumaczyli mu doradcy. „Popatrz, w czasie Święta Trzcin tańczy przed tobą tysiąc dziewcząt, każda ubrana tylko w kilka kłosów i cienki wianu­szek na głowie... Wszystkie wspaniale wy­czuwają rytm, natarte są świeżą oliwą. Dzisiaj się w jednej zakochasz, ale jak ją rozpoznasz jutro?" Król nie odstępował od swych fanaberii, brnął w nie dalej. Jego najnowszą wybranką była młoda osoba, która właśnie ukończyła wydział prawa. „Dość mam biedy, chcę być królową", śpiewają normalne dziewczyny. Ale ta względy monarchy odrzuciła. „Piszę wła­śnie doktorat z praw człowieka... I tym mam całkiem zaprzątniętą głowę", podała jako po­wód odmowy. Wysłannicy króla uprowadzili ją z domu, skracając w ten sposób zbędne ko­rowody. Wtedy matka dziewczyny, nauczy­cielka z zawodu, podała zauszników królew­skich do sądu. Żądała zwrotu córki oraz od­szkodowań. Sprawa wchodziła na wokandę i spadała z wokandy, zapadały nieprzychylne dla dworu wyroki. Dziennikarz łamał ręce: „Nad Królestwem zbierają się czarne chmury". Czyżby nie wie­dział, że czarne chmury zwiastują deszcz? A deszcz jest błogosławieństwem bożym? A błogosławieństwa boże wyjednuje król za wstawiennictwem swoich zmarłych przod­ków? Nie chcąc oskarżać monarchy o chęć ab­solutnej władzy, specjaliści winili sklerotyczną Radę. Na arenie światowej przeoczano istnienie Królestwa. Nikomu nie wadziło ani nie miało bogactw naturalnych. Powodem wzmożonego zainteresowania był ostatni skandal, którego przyczyny były wciąż niejasne. Grupę turystów, głównie z Europy, bezce­remonialnie wydalono z kraju. W pośpiechu zostali doprowadzeni do granicy, bez wyjaśnień, bez unieważnienia wiz. Na nic zdały się rezerwacje hotelowe, szlabany graniczne pod­nosiły się i opadały... Sprawę zaogniały wywiady z ofiarami. Umieszczano je na pierwszych stronach. Tu­rysta rosyjski zgubił w pośpiechu walizkę. Dwaj Bułgarzy i Szwed osiem godzin oczeki­wali na samolot, siedzieli na lotnisku w dusz­nym pomieszczeniu. „Teraz już wiem, na czym polega gwałcenie praw ludzkich", stwierdził oburzony Rumun. „Nie grożono nam rozstrzelaniem - świadczył gwoli praw­dy Serb. - Ale z pewnością rozważano taką opcję". Przypadkowo byłem świadkiem wydarzeń, które wywołały tyle oburzenia... Bezstronnie mogę opisać ich przebieg.