Ostatnie historie

Olga Tokarczuk
Ostatnie historie
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2004
    125 x 195
    296 stron
    ISBN 83-08-03623-6

Ostatnie historie to trzy opowiadania – o babce, matce i wnuczce. Narracje sumują się w powieść, ale trzy losy nie tworzą całości. Nie jest to bowiem family story, czyli ciepła narracja o bliskich związkach. To raczej anty-saga, czyli opowieść o pozrywanych więzach rodzinnych, o zgubionych relacjach, o niemożności odnalezienia siebie w ogniwach rodzinnego łańcucha. Między głównymi bohaterkami – Praskowią, Idą, Mają – brakuje nie tylko głębokich więzi, ale nawet zwykłej sympatii. Jeśli coś je łączy, to poczucie obowiązku, obcości i winy. Ostatnie historie próbują opowiedzieć, jak rodzi się nieznośna powtarzalność tego wzorca. Najpierw kobieta poszukuje emocjonalnego spełnienia w związku z drugim człowiekiem. Potem przychodzi doświadczenie uwięzienia. Bohaterki, złaknione uczuć, akceptacji, uznania swojej pojedynczości, wyruszają tedy na szlak – porzucają męża, rodziców, bliskich, i zamieniają tryb osiadły w nomadyczną wędrówkę. Każda z trzech bohaterek żyje coraz dalej od nieosiągalnego „dobrego miejsca”, czyli domu: najstarsza, Praskowia, w trakcie II wojny została wyrzucona ze swojej małej ojczyzny; jej córka, Ida, jest przewodnikiem, obwożącym wycieczki po pięciu krajach Europy; córka Idy, Maja, krąży po całym świecie, układając przewodniki turystyczne. Praskowia była więźniem małżeństwa, Ida i Maja są wolne.A jednak nie czerpią radości ze swego życia. Czy zawinił „męski świat”? W jakiejś mierze tak – nie przypadkiem w powieści mężczyźni są nieobecni: zostawili źle urządzoną rzeczywistość, rozbite związki, i odeszli. Zostało po nich cierpienie. Ale nie wydaje się, by Olga Tokarczuk napisała powieść „płciową”. Jest to raczej powieść o nieprzezwyciężalnej obcości egzystencjalnej, o nieprzystosowaniu do życia w ogóle, o kosztach złudzenia, że można osiągnąć w życiu spełnienie. To nie tylko deziluzja świata męskiego, lecz także deziluzja związków rodzinnych. Dziecko, choć „zrodzone z kobiety”, wcale nie musi tejże kobiecie dochowywać wierności. Człowiek, choć potrafi wymarzyć sobie życie idealne, wcale do owego życia nie jest powołany…Trudno byłoby wskazać książkę równie smutną, ale i równie hipnotyczną w literaturze polskiej ostatniej dekady.

-
Przemysław Czapliński

Fragment

3.

Obraz pojawia się niechętnie, ociężale - najpierw prostokąt okna szarzeje na tle jednolitej ciemności pokoju, a potem świeci srebrno i zimno, jak obudzony z letargu ekran, na którym zaraz ma się zacząć projekcja. Ida nie potrafi wskazać momentu, w którym się obudziła. Ale niejasno wie, co będzie, ma wrażenie, że to powtórka innego poranka, a nawet wielu poranków.
Jawa różni się od snu natężeniem myśli - to są nieśmiertelne, rozciągliwe atomy świata, struny brzęczące, drgające, bez początku i końca, pociski, które mkną przez kosmos z szybkością światła jak nasiona Obcych. Zasiedlają głowy i łączą się ze sobą w nieskończone łańcuchy pojedynczymi szczegółami, skojarzeniami, analogiami. I właściwie nie wiadomo, jak się łączą, co je trzyma razem, jaki panuje w tym porządek, i one same tego nie wiedzą, im porządek nie jest potrzebny, one raczej podszywają się pod niego, tworzą na chwilę piękne logiczne konfiguracje, fantastyczne płatki śniegu, ustawiają się dowcipnie w ciągi, gdzie jest jakaś przyczyna, powód i jakiś wynik, żeby to nagle potem zniszczyć i rozbić, przerwać i zamienić górę z dołem, ruszyć do przodu, ale pokrętnie: kołem, spiralą, zygzakiem, albo przeciwnie: zaniknąć, zamrzeć, przejść w stan uśpienia i potem nieoczekiwanie eksplodować, runąć lawiną. Można się chwycić jednej na chybił trafił, złapać jak za linkę latawca, dać się ponieść albo przytrzymać przez chwilę, obejrzeć dokładniej i odłożyć, żeby zrobić miejsce innym, jeszcze bardziej splątanym i natarczywym. Na jawie udają porządek, zwodzą; sen uwalnia je od pozorów. W nocy wiodą hulaszcze życie.
Wraz ze światłem wpadającym przez okno robią się coraz bardziej agresywne i wyraźne, formują się w oszukańcze szyki i ruszają na podbój dnia, rozciągając go między sobą, tnąc na małe paseczki, macerując. Maszyna do myślenia rusza.

Jedna z myśli jest najmocniejsza, przepycha się przez inne i w ułamku sekundy dominuje nad pozostałymi. To obraz: jest maj, wiosna. Ida rozpoznaje zapach ziemi, która już wypuściła pierwsze pąki, a teraz przez chwilę odpoczywa. Słońce wpada przez małe, porysowane szybki okna, wyszlachetnia dom, zmienia go w inną budowlę, większą, jaśniejszą. Prawie poziome smugi światła wyświetlają na ścianach strukturę tynków, tajemnice plam i zacieków, wydobywają dla oczu poprzednie warstwy farb. Słońce jest raczej sprytnym marszandem sztuki świata niż jej twórcą.
Ida ma osiem lat, uczy się czarować, popołudniami bawi się w robienie mikstur, które dadzą jej czarodziejską moc. Jest w swoim pokoju, na górze. Podchodzi do okna i widzi, że słońce wydobyło skądś motyla. Leży na parapecie, brudny, przykurzony, pewnie z zeszłego roku. Ma rozłożone skrzydła z pięknym, symetrycznym wzorem. To nie jest zwykły paź królowej, ale jakiś rzadki okaz. Na szarobrunatnych skrzydłach rysuje się kształt dwojga oczu. Iluzja jest perfekcyjna - migdałowate oczy mają w środku szarozieloną tęczówkę i czarną źrenicę. Motyl tkwi nieruchomo, jak piękny, intrygujący przedmiot, jak delikatna, chimeryczna biżuteria. Wydaje jej się, że końcówki skrzydeł drgają. Mała Ida ostrożnie wsuwa pod niego dłoń i kładzie na samym jej środku, tam, gdzie linie papilarne się krzyżują - pionowa linia przeznaczenia przecina linię serca i zaraz dalej - linię życia. Z matką czasami bawią się we wróżenie z ręki, stąd Ida to wie. Zamyka oczy i wyobraża sobie, że ze środka dłoni płynie życiodajna mgła. Lekki motyl jest w niej cały skąpany, mgła zmywa z niego zimę i kurz, przywraca mu życie. Jej podniecenie rośnie, aż w końcu czuje jakiś ruch, subtelne nerwowe drżenie i kiedy otwiera oczy, widzi, że skrzydła naprawdę poruszają się, chcą się jeszcze bardziej wyprostować, objąć całą przestrzeń. Motyl zaczyna nieporadnie wędrować po jej dłoni, drepcze do przodu i do tyłu, kołuje na lądowisku. Ida porusza się ostrożnie, wstrzymuje oddech. Otwiera okno i wyciąga dłoń z motylem przed siebie. Wpadają rześkie fale powietrza, drobne podmuchy. Motyl ożywia się, czuje słoneczną przestrzeń i ciepło dnia, zaczyna trzepotać skrzydłami. Idzie bije serce, wstrzymuje oddech. Oczy wspinają się na jej środkowy palec i chwilę badają smugi powietrza, jak lotniarz, który czeka na właściwą chwilę, żeby wystartować. „Leć, leć”, mówi do niego, ale on opiera się, skrzydła furkoczą, cienkimi nóżkami trzyma się jeszcze skóry palca, nieposłuszny. W końcu, niechętnie, w zwolnionym tempie odrywa się od podpory i rusza w przód, najpierw opada w dół, ale po chwili szybuje w górę - Ida widzi go na wysokości krawędzi dachu - robi tam kilka kółek i wreszcie leci ku kominowi. Dziewczynka kątem oka dostrzega po lewej stronie mały cień. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Brązowy ptaszek,wielkości wróbla, z pomarańczowym ogonem, podlatuje do oszołomionego lotem motyla i miękko chwyta go, jakby to był porwany wiatrem skrawek papieru. Znika za domem.
Stoi, zaskoczona, z wyciągniętą w powietrzu ręką.