Mysza na wakacjach. Bajka nie dla dzieci

Tomasz Matkowski
Mysza na wakacjach. Bajka nie dla dzieci
  • Sic!
    Warszawa 2004
    172 x 205
    180 stron
    ISBN 83-88807-56-0

Nowa książka Matkowskiego jest kontynuacją bestsellerowej Myszy wydanej w roku 2003, przedstawiającą kolejne przypadki nietypowej pary: Myszy i Niedźwiedzia. Tym razem autor w epizodycznej, pełnej dygresji historii, skupia uwagę między innymi na wakacyjnych wojażach swoich bohaterów i ich karierze literackiej (można to odczytać jako wątek autotematyczny). Pisarz, odwołując się do konwencji bajkowych historii dla dorosłych i bajki ezopowej, kreśli opowieść o codziennym życiu i prozaicznych problemach dwojga ludzi żyjących w stałym związku, o słabostkach i śmiesznostkach kobiet i mężczyzn. Przy okazji ironicznie komentuje współczesność, na przykład mechanizmy życia politycznego, zacietrzewienie feministek, fascynację Polaków sukcesami skoczka narciarskiego Adama Małysza (ukrytego w powieści pod postacią mistrza Muchyplujki). Inaczej rzecz ujmując: Matkowski przedstawia naszą codzienność w krzywym, myszowo-niedźwiedziowym, zwierciadle. W Myszy na wakacjach nie ma jednak złośliwości czy zgryźliwej ironii. Dominuje w niej ciepły humor, który sprawia, że czytelnik, śmiejąc się ze słabostek Myszy i Niedźwiedzia, odnaleźć może dystans do samego siebie. „Mysza jest zjawiskiem kojącym i krzepiącym, działa kuracyjnie i, jak mawia autor, powinna być dostępna nie tylko w księgarniach, lecz również w aptekach”.

-
Robert Ostaszewski

Tomasz Matkowski z wykształcenia romanista, dziennikarz i scenarzysta, przez wiele lat pracował jako fotograf. Pisaniem zajmuje się od dawna, kilka jego książek prozatorskich napisanych po francusku ukazało się w wydawnictwie Denoel.

Fragment

Znów przez pomyłkę dostali zaproszenie. Wciąż dostają. Widocznie niedaleko mieszka ktoś sławny i listonosz się myli. (A może się myli specjalnie, bo nie lubi tego kogoś sławnego a Myszę i Niedźwiedzia lubi, bo zawsze z nim pogadają? Bo ten sławny ma pewnie manię wielkości i listonosza traktuje jak pluskwę?)
Miś też dostał małej manii wielkości. Co prawda jest nadal dla wszystkich uprzejmy i miły, ale od tych zaproszeń mu się uroiło, że sam jest kimś sławnym, i robi tak godną minę, że faktycznie wszyscy go biorą za kogoś znanego i się zastanawiają -kto to? Tak było i tym razem. Zaczęło się od tego, że dostali zaproszenie na uroczystość przywitania wiosny kawiorem. W modnej restauracji. Będą artyści, biznesmeni i inni twórcy Kultury i będą robić performance (a może happening, na zaproszeniu było to trochę zatarte).
Niedźwiedź w zasadzie nie znosi życia towarzyskiego, ale gdy Mysz się doczytała u dołu zaproszenia, że będzie dużo kanapek, to powiedział, że się poświęci.
Impreza miała być dopiero wieczorem, więc popołudnie mieli wolne i pojechali sobie do obermarketu. Tylko po masło i cukier, jak zapewniła myszą.
Po godzinie Niedźwiedź zaczął jęczeć: „Po co chodzimy tu już godzinę, mieliśmy wziąć dwie rzeczy, czyli podejść do dwóch stoisk i do kasy...". Lecz Mysza milcząco wlecze go od stoiska do stoiska, przy każdym się zatrzymuje i medytuje nie wiadomo nad czym, tak jakby nie można po prostu łaps i dalej, a najgorzej było przy serach - brała każdy serek do łapki i obwąchiwała, i obwąchała ich ze dwieście zanim zdecydowała się na jeden. Niedźwiedź, który nienawidzi grzybobrania i wszelkich zajęć, przy których się trzeba zatrzymywać i ruszać, zatrzymywać i ruszać, zatrzymywać i ruszać, i tak dalej, aż do zwariowania, w końcu się zbuntował. „Idę na łyżwy - oświadczył - a ty sobie kupuj ten cukier jak długo chcesz". I wyszedł. Przed ober-marketem, koło parkingu, była urocza mała ślizgawka otoczona choinkami, i bezpłatna, reklamowana w całym mieście olbrzymim zdjęciem przewróconej wiewiórki. I jeździł (łyżwy ma zawsze w bagażniku na taką okazję), i jeździł, i jeździł, i holendrował, i przeplatanką, a kiedy hamował to aż cała tafla drżała (i ludzie też). I tak mu było dobrze, że gdy w końcu Mysza wyszła z obermarketu i zaczęła go poganiać, że już jedziemy, bo przecież dzisiaj impreza, to jęknął:
- Buuu! Ja nie chcę! A inne dzieci to jeszcze mogą!
Rzeczywiście, na ślizgawce było dużo dzieci, a obok siedziały na ławeczce mamusie i pilnowały ich, i te mamusie zwróciły się do Myszy:
- Niech pani pozwoli mężowi jeszcze pojeździć. Przecież do dobranocki godzina z okładem!
I rzeczywiście, Mysz musiała mu jeszcze zrobić okład, bo z takim guzem, nabitym przez lód, trudno się pokazać na uroczystości. Okład też był z lodu, z kawałka, który Niedźwiedź, na polecenie Myszy, dyskretnie odłupał z brzegu ślizgawki.
Gdy w końcu dotarli na „happpening-performance-witania-wiosny-kawiorem", było już późno. Niedźwiedź, dla zaoszczędzenia na czasie, wcale się nie przebrał i był w swoim barwnym, hokejowym stroju, z nagolennikami i nałokietnikami, i z ochraniaczem na kość ogonową (który w jego przypadku trochę odstaje). Tylko łyżwy zdjął, związał sznurówkami i przerzucił przez ramię, tak że jedna dyndała mu na plecach, a druga z przodu, i wyglądał bardzo atrakcyjnie i nietypowo. Tak nietypowo, że ochroniarze powiedzieli „Tu promocji nie robimy" i nie chcieli go wpuścić, bo myśleli, że to hostessa z pobliskiej lodziarni chce reklamować lody „Pingwin", lecz Mysz powiedziała „Ten pan jest ze mną" - i go wpuścili.
A w środku było pełno sławnych gości, witających wiosnę przy pomocy campari, kawioru i ptifurków. I każdy miał na sobie coś zielonego na znak, że już wiosna: albo zielony szaliczek, albo skarpeteczki, albo majteczki... I był też fotograf z agencji „Vanity & Vanity" i błyskał fleszem każdemu, kto chciał czy nie chciał, i łapał atrakcyjne migawki jak to gwiazda X sięga po pti-furka a gwiazda Y uśmiecha się znacząco do amanta Ypsilon (wystarczy na pięciostronicowy artykuł o ich romansie). Wbrew logice, nikomu to błyskanie nie przeszkadzało, a nawet można było odnieść wrażenie (na pewno mylne), że niektórzy specjalnie prowokują zainteresowanie flesza. Celował w tym Niedźwiedź, który nie tylko podstawiał się pod obiektyw, lecz jeszcze dawał instrukcje fotografowi:
- Niech pan do tego napisze taki komentarz: „Spotkanie drugorzędnych sław zaszczycił osobiście sam Niedźwiedź. Całkiem zwyczajnie, jak szary człowiek, piechotką, a nie limuzyną, przyszedł"...
- .. .i zabrał się za kanapki - dodała szybko Mysza, odciągając go sprzed obiektywu w stronę barwnych, pełnych kanapek stołów, bo wiedziała, że to jedyny sposób aby spacyfikować jego narcystyczne zapędy.
I gdy tak sobie stali i chrupali, Mysz powiedziała:
- Wiesz, Niedźwiedziu, mam wrażenie, że niektóre z tych osób skądś znam, ale nie mogę sobie uprzytomnić, gdzie je widziałam i kim one są...
- To zrozumiałe, Myszo - rzucił Niedźwiedź tonem zapowiadającym coś przemądrzałego lub utajony dowcip - takie drugorzędne sławy - kontynuował -to trudno rozpoznać. Ale mnie poznałaś od razu, prawda, Myszo?
- Tak, po chodzie - potwierdziła Mysza uprzejmie i sięgnęła po kolejnego ptifurka.
A nazajutrz gazety obficie komentowały „wydarzenie towarzyskie stolicy", na którym była „cała stolica" (czyli banda zidiociałych narcyzów, jak mawia Niedźwiedź, a Mysza w tym wypadku całkowicie się z nim zgadza), a zwłaszcza koncentro-wały się na tajemniczej postaci z łyżwami i spekulowały, kto to: czy ekscentryczny milioner z Davos, czy przebrany Eskimos w ramach antyglobalizmu, czy może Yeti?
Lecz żadna nie wpadła na to, że był to po prostu Niedźwiedź, który swym zimowym sprzętem chciał odpędzić wiosnę, a przyspieszyć nadejście zimy, a wraz z nią zimowego snu.
Niestety, na razie było odwrotnie: nadchodziła wiosna, a wraz z nią nieuzasadniona przykrość, o której Mysza przypomniała Niedźwiedziowi wieczorem:
- Wiesz, że dzisiaj jest zmiana czasu, Niedźwiedziu?
- Dłużej śpimy? - spytał z nadzieją w głosie.
- Odwrotnie - sprostowała Mysza.
- Aha, rozumiem. Śpimy dłużej.