Uchodźcy

Henryk Grynberg
Uchodźcy
  • Świat Książki
    Warszawa 2004
    130 x 226
    246 stron
    ISBN 83- 7391-774-8

A to nas Grynberg zaskoczył! Po książkach pełnych zajadlej walki z antysemityzmem napisał opowieść lekką, anegdotyczną i pełną uroku.
W poprzednim zbiorze esejów grzmiał jak patriarcha: winię chrześcijańską Europę najpierw o mordowanie Żydów, dziś o stronniczość w konflikcie izraelsko-palestyńskim. W nowej Polsce odnajdywał dawne antysemickie gesty i słowa, przed którymi uciekł stąd w 1967 roku. Nie była to przyjemna dla nas lektura, oj, nie.
Zgniłej Europie przeciwstawiał Amerykę jako miejsce, w którym Żyd wreszcie nie musi się ukrywać. A teraz napisał książkę o tych, którzy tam się schronili, o uciekinierach z gomułkowskiej Polski: o Hłasce, Polańskim, Komedzie i przede wszystkim o sobie samym.
Ta książka ma wiele smaków: jest pełna młodości, energii i seksu. I nie szkodzi wcale, że niektórzy bohaterowie to również uchodźcy z życia - samobójcy. Wydaje się też bardzo osobista, bo choć większość książek Grynberga odwoływała się do jego biografii i losów rodziny, to zawsze podkreślał, żeby nie łączyć go z bohaterem. Tutaj też się odrobinę asekuruje. - Te męskie przygody to tylko głupstwa młodości! - zapowiada w przedmowie. Ale po raz pierwszy pisze choćby o swoich małżeństwach, przyjaciołach.
Uchodźcy przypominają nieco jego świetne Życie ideologiczne i Życie osobiste, powieści o latach 50. w Polsce. Bohater Życia, młody Żyd, musiał nauczyć się udawać, maskować. W Uchodźcach widzimy tego samego bohatera, który wreszcie nie gra. Ten oddech, ulga, jest wyczuwalny w całej narracji. Grynberg bawi się konwencją z wyraźną przyjemnością. A czytelnik razem z nim.

-
Justyna Sobolewska

Fragment

Po zainwestowaniu wszystkiego, z czym przyjechali, w owe półtora pokoiku na Cafonie mama i Uszer musieli pójść do pracy - on w serowni, ona w szwalni - która była ponad ich niemłode siły, zwłaszcza podczas chamsinów, a klimatyzacji nie było ani w serowni, ani w szwalni, ani w mieszkaniu nawet na eleganckim Cafonie, nie starczyło na to pieniędzy, nawet za krew. Postanowili więc uciekać dalej i czekali na papiery z Ameryki, gdzie mama miała dwie kuzynki, a Uszer siostrę i brata. I dlatego mama nie nalegała, żebym został.
Chciałem wracać przez Paryż. Mamy przyjaciółka przysłała mi zaproszenie, podając się za krewną. Wypełniłem długi kwestionariusz - osiem razy, bo nie wolno było przez kalkę - przypiąłem osiem fotografii, zapłaciłem czterdzieści dolarów z mamy kieszeni i po czterech tygodniach, które spędziłem w kibucu, dostałem wizę. Miałem kartę okrętową na powrót z Hajfy do Neapolu i bilet kolejowy z Neapolu do Warszawy, dokupiłem więc za trzydzieści dolarów z mamy portmonetki bilety na dodatkowy zygzak Mediolan-Paryż-Wiedeń i udałem się do Adriatiki. Statek odchodził dziewiątego i dwudziestego trzeciego lutego. Obok rozkładu rejsów widniało ogłoszenie, że Adriatica sama załatwia pasażerom wizy w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Poprosiłem o rezerwację na dziewiątego, bo bilet kolejowy miałem ważny do dwudziestego.
- A wizę włoską pan ma?
- Nie.
- To musi pan wpierw pójść do ambasady.
- Przecież sami załatwiacie wizy.
- Nie z pana paszportem. To może tylko ambasada.
Tel Awiw nieduże miasto, w piętnaście minut byłem w ambasadzie i wypełniłem na miejscu papiery.
- Kiedy mam przyjść po wizę?
- Za dwa tygodnie.
- Dlaczego, przecież Adriatica załatwia u was wizy w ciągu dwóch dni?
- Z polskim paszportem trzeba przez Rzym.
Pośpieszyłem do przedstawicielstwa Orbisu.
- Czy można przedłużyć bilet kolejowy?
- Nie tutaj, to może tylko Warszawa.
Pobiegłem z powrotem do ambasady.
- Niech będzie za dwa tygodnie, byle przed dwudziestym trzecim.
Włoch zajrzał do mojego paszportu.
- Ee, signore, nie możemy, pana austriacka wiza wygasa szesnastego.
Obejrzałem mój orbisowski bilet. Wypisany był kopiowym ołówkiem dwudziestego listopada z ważnością na trzy miesiące. Dopisałem więc - zwykłym ołówkiem - do zera ogonek i stał się ważny na trzy miesiące od dwudziestego dziewiątego listopada. Na tej podstawie Austria przedłużyła mi wizę tranzytową do dwudziestego ósmego lutego i wróciłem do włoskiej ambasady.
- Ee, signore, jeśli wiza austriacka wygasa dwudziestego ósmego lutego, to włoską może pan dostać tylko do dwudziestego siódmego, a pana statek dopiero wtedy Przybije do Neapolu i nie będzie czasu na przejazd przez całe Włochy.
Pobiegłem z powrotem do Orbisu.
- Co mam robić?
- Jest izraelski statek osiemnastego, Adriatica z nimi współpracuje, wypiszą panu transfer.
Pobiegłem z powrotem do Adriatiki. Włoch spojrzał na moją kartę okrętową.
- Ee, signore, to wystawiono w Warszawie, a oni sobie zastrzegają, że ich klienci mogą podróżować tylko Adriatica.
Pobiegłem z powrotem do Orbisu.
- Czy Warszawa nie robi wyjątku, jeśli ktoś nie może inaczej wrócić?
- Nie. Ale niech pan pośle im bilet ekspresem z prośbą, że bardzo pilne.
Pobiegłem z powrotem do włoskiej ambasady.
- Załatwcie mi wizę do dwudziestego siódmego lutego, będę miał nowy bilet kolejowy.
- Bene, ale senza siesta, nie będzie wolno panu się zatrzymywać.
- Bene.
Starłem ogonek z daty i wysłałem bilet ekspresem do Warszawy, do dziewczyny, której mogło zależeć, żebym wrócił. Po dziesięciu dniach dostałem nowy bilet, na jeszcze dwa miesiące. Na tej podstawie Czechosłowacja przedłużyła mi provodkę do końca marca, Austria skrzywiła się i zrobiła to samo, zostawiając mi dosyć czasu nie tylko na Paryż, ale i całą Italię, którą, jadąc w tę stronę - z pięcioma dolarami, jakie pozwolono mi wywieźć z Polski -widziałem tylko z okna pociągu pośpiesznego. Senza siesta? A co mi zrobią, jeśli się zatrzymam?
Mietek Całka, kolega z dziennikarki, który przerwał studia w połowie i przyjechał tu, żeby zostać hebrajskim pisarzem, a na razie służył w czołgach, zapisał mi nazwę kawiarni na Saint Germain, gdzie siedział codziennie Sartre, i nawet poradził, co mu powiedzieć. Hłasko zaś dał mi złożoną we czworo karteczkę dla koleżanki z dziennikarki, Agnieszki Osieckiej.
Wysłużony mały stateczek był przesiąknięty kwaśną wonią oliwek. Podróżowali nim przeważnie mężczyźni w średnim wieku, przeważnie Żydzi z Marsylii, przeważnie karciarze. Jak się dowiedzieli, że wracam do Polski, to zrobiło się zbiegowisko.
- Dlaczego?
- Po co?
- Taki młody człowiek jak ty? Zaczęli zbierać pieniądze.
- Masz, zejdź w Famaguście i wracaj do Hajfy. Uspokoili się trochę, gdy powiedziałem, że jadę przez Paryż.
- Aha, Paryż...
Wiedzieli, że z Paryża się nie wracało. Nie tylko pisarze, filmowcy, malarze. Opowiadali o dziewczynie z komunistycznej rodziny, która też przyjechała tylko w odwiedziny, ale jak zobaczyła Paryż, to powiedziała: Ja się stąd nigdzie nie ruszam! Zostawiła w Warszawie narzeczonego u progu uniwersyteckiej kariery i wyszła za szefa kuchni z północnych Włoch. Z Paryża nie wracali nawet komuniści, bo dużo lepiej być komunistą w Paryżu niż w Warszawie.