Straszyć nie jest łatwo

Marcin Pałasz
Straszyć nie jest łatwo
  • Nasza Księgarnia
    Warszawa 2004
    165 x 215
    oprawa twarda
    ISBN 83-10-11017-0

Wśród przyjaciół, przy kominku, w czułych ramionach mamy czy taty najstraszniejsze opowieści najlepiej smakują. Co jednak się dzieje, gdy jakaś zagubiona grupa upiornych stworzeń zaplącze się w dzisiejszej rzeczywistości i będzie próbowała swoich sztuczek straszenia na współczesnych mieszkańcach wiekowego dworku? Zapewne tak sobie pomyślał Marcin Pałasz, autor wielce zabawnej i sympatycznej książki o tym, że Straszyć nie jest łatwo. Pomysł okazał się przedni i powstała nowoczesna baśń pełna nie tyle horroru, ile humoru.
Niepozbawione dramatycznego napięcia scenki ukazują, jak to dawne duchy i strachy same poczuły się wystraszone. Zagubione w zmienionym świecie, gdzie kareta jedzie bez koni, deszcz nie gasi światła w lampie, zetknięcie dwóch drucików wywołuje błysk ognia - jakby tracą dawne moce. Nowi mieszkańcy dworku nie zwracają na nich uwagi, zajęci swoimi sprawami. Gorzej, bo starają się duchom pomóc, biorąc ich za dziwnych, ale jednak ludzi. Dziadek, wiekowy duch Zjawomir Upiorzycki, wzięty jest za ogrodnika poszukującego posady, wilkołak Łokuś schodzi na psy głaskany przez panią Kornelię, nową właścicielkę dworku. Traci też swoją tożsamość, znajdując radość w zabawie w berka z jej dwunastoletnim synem, Kacprem. Rudolf, wampir dyplomowany (przez samego Drakulę) na fotelu dentystycznym ciotki Leokadii traci charakterystyczne wystające kły, według niej nieprawidłowe. Dusia. wiekowy duch i odwieczna przyjaciółka Zjawomira, ciekawa dziwnego łóżka w Salonie Piękności pani Kornelii, nieprzewidzianie dla samej siebie opala się na Murzynkę.
Ta oryginalna baśń ma także swój morał, i to niejeden. Oto każdy zauważy, że przyjaźń i miłość są najważniejsze. Będzie też wiedział, że to, co jest poznane, nie straszy, a nawet daje się lubić. I wreszcie - odkryje, że bogactwo wcale nie musi być marzeniem wszystkich.
Rozstajemy się z barwnymi postaciami w pogodnym nastroju, przyjaźnie nastawieni do ciekawego świata. Dobrze jest sobie czasem coś takiego poczytać, a jeszcze lepiej wspólnie z dzieckiem. Ta sprawnie opowiedziana historia zyskała nominację do nagrody Polskiej Sekcji IBBY dla Książki Roku 2004.

- Barbara Tylicka, Nowe Książki 2/2005


Fragment

— Zwiększ jej dopływ tlenu! — radził szalenie zdenerwowany Dziadek. — Tam przy butli jest taki zawór. Przekręć go szybko…!
Mały w okropnym wzburzeniu pokręcił zaworem i syczenie natychmiast mocno przybrało na sile. Po kilku chwilach dostrzegł jednak z przerażeniem, że Złota Rybka zaczyna się niepokojąco nadymać. Otworzyła oczy, poruszyła się nerwowo i zaczęła miotać się po powierzchni wody.
— Ratunku! — wybulgotała rozpaczliwie, nadymając się coraz bardziej. — Kto to włączył, co za idiota…?! Zaraz wybuchnę, na pomoc…!!!
— Chyba za bardzo zwiększyłeś dopływ tlenu — jęknął Dziadek, z osłupieniem patrząc na Rybkę, która była już wielkości dorodnego karpia. Mały szlochał rozpaczliwie tuż obok Zgryzeldy, zrozumiał bowiem, że jeśli Rybka wybuchnie, on będzie bezpośrednim sprawcą jej zagłady. Nie chciał na to patrzeć.
Paski aparatu były jednak za krótkie dla kogoś o takiej wielkości, jak rozdęta Złota Rybka, toteż w końcu urwały się z trzaskiem, aparat poleciał gdzieś w trzciny, zaś Rybka wrzasnęła i znienacka zaczęła wypuszczać tlen pyszczkiem. Chwilę później, pchana siłą odrzutu, z olbrzymią prędkością zataczała na wodzie kółka i spirale, taranując kwiaty lilii wodnych i zostawiając za sobą spieniony ślad. Zarazem jednak zmniejszała się błyskawicznie i po chwili zakończyła ostatni wiraż, z impetem wjeżdżając w wielki stos nadgniłych wodorostów, leżący przy brzegu nieopodal.
Wszyscy przyglądali się temu z osłupieniem. Jedynie Zgryzelda, pociągając nosem, kończyła właśnie myć twarz.
Pierwszy oprzytomniał Szurek. Uważnie przyjrzał się ukochanej i ze zdumieniem dostrzegł, że spod czerwonej mazi wyłania się dobrze mu znana, zielonkawa twarzyczka. Co prawda brwi i rzęsy miała smoliście czarne, usta zaś karminowoczerwone, ale poza tym oraz rudymi włosami Zgryzelda wyglądała tak samo jak przedtem.
— Jak to? — wybełkotał prawie z pretensją. — To ty nie jesteś zmasakrowana…?!
Nimfa po raz kolejny popukała się w czoło, po czym westchnęła ciężko.
— Mówiłam przecież, że nic mi nie jest, tylko się wystraszyłam — powiedziała zbolałym głosem. — Dopadły mnie obie. A ja nie miałam siły, żeby uciec, bo wcześniej byłam żabą. Ta starsza zrobiła mi coś z zębami. A ta młodsza z twarzą.
— To czerwone…? — Dusia aż się wzdrygnęła na samo wspomnienie okropnej mazi.
— Maseczka z truskawek — odparła Zgryzelda z godnością. — Specjalnie dla ożywienia cery. I trochę ogórków. A kolor włosów wybrałam sobie już sama. Moim zdaniem, kontrast pomiędzy zieloną skórą i włosami jest teraz wyjątkowo interesujący.
Powiedziawszy to, uśmiechnęła się szeroko, a zebrani cofnęli się z przerażeniem. Łakuś zawył strasznym głosem i uciekł, podkulając ogon. Jedynie Mały uniknął wstrząsu, bowiem zdążył już odnaleźć aparat tlenowy między trzcinami, a w tej chwili wydobywał jęczącą Złotą Rybkę ze śmierdzącej kępy wodorostów.
— Co ty masz w buzi…? — spytała słabym głosem Dusia, powoli dochodząc do siebie.
— Aparat do korekcji zębów — mruknęła z zadowoleniem Zgryzelda, prezentując w kolejnym uśmiechu masę srebrnych drutów oplatających jej uzębienie. — Pani Leokadia zapewniła mnie, że za jakiś czas będą równe i proste. Nawet nie wiedziałam, że w obecnych czasach są ludzie zajmujący się wyłącznie zębami, kiedyś chodziło się z tym do kowala…!
— Zgryzeldo — powiedział surowo Dziadek. — Zęby zębami, ale powiedz nam to, co najważniejsze. Czy wystraszyłaś ich?
Nimfa błotna zmieszała się.
— Próbowałam — bąknęła niepewnie. — Ale mi nie wyszło. A w ogóle to już umówiłam się na kolejną wizytę. Pani Kornelia obiecała, że zrobi mi manicure, pedicure i pokaże, jak się tapiruje włosy.
Dziadek jęknął rozpaczliwie i złapał się za głowę, a Dusia spojrzała na Zgryzeldę ponurym wzrokiem.
— W takim razie teraz już tylko jedno nam pozostało — mruknęła stanowczo. — Dziadku, Szurku, Mały, jutro idziemy do Rudolfa na cmentarz!
Następnego wieczora grupa duchów stała przed ciężkimi wrotami jednej z krypt na małym cmentarzyku, ukrytym w niewielkim brzozowym lasku tuż za ogrodzeniem wielkiej posiadłości. Dziadek po raz kolejny zabębnił we wrota, tym razem znacznie głośniej.
— Gdzie on się podziewa? — spytała zdumiona Dusia. — Przecież o tej porze zawsze jest u siebie, a poza tym wrota są zamknięte od środka…!
— Rudolfie? — Dziadek zapukał ponownie. — Odezwij się, to my!
— Idźcie sobie — wymamrotał nagle nerwowo głos dobiegający ze środka. — Jestem chory i nie mogę rozmawiać.
Dziadek uniósł brwi w górę.
— Chory? — spytał stropiony. — Jakże to? Przecież wampiry nie chorują, zawsze nam to powtarzałeś. Co się więc stało? Głos masz normalny…
— Wcale nie — odparł wampir stanowczo. — Jestem niezwykle chory i nie mogę wychodzić z domu. Idźcie sobie.
— Skoro ty nie możesz wychodzić, to chyba zaprosisz nas na chwilę do środka? — spytała Dusia. — Kto tyle razy wspominał nam o staropolskiej gościnności, hę? A my niczym się nie zarazimy, bo duchy z całą pewnością nie chorują na nic poważniejszego, jak katar sienny.
Rudolf najwyraźniej zrozumiał, że popełnił błąd taktyczny, bowiem westchnął tylko rozdzierająco, po czym powoli, ze zgrzytem, ciężkie drzwi uchyliły się nieco. W szparze ukazało się oko, patrzące na nich podejrzliwie.
— Czego chcecie? — spytał niechętnie stary wampir. — Nie mam czasu. Piszę bardzo ważną rozprawę naukową o wpływie światła księżycowego na zwyczaje pogrzebowe stonki ziemniaczanej…