Królowa rabarbaru

Miłka Malzahn
  • FA-art
    Bytom 2004
    126 x 197
    143 strony
    ISBN 83-912880-5-6

Królowa rabarbaru ma wszystkie cechy eleganckiej i wysmakowanej przypowieści. Fabuła jest tu zatem pretekstowa i umowna. W jakimś bliżej nieokreślonym miejscu i czasie żyje młoda kobieta. Ma męża, gosposię i domek z ogródkiem. Uzupełnieniem tej metafory opisującej mieszczańską stabilizację podszytą nudą i rutyną jest kot i znajome, z którymi bohaterka wymienia plotki. Jej tytułowe przezwisko (Królową Rabarbaru) jest ironiczne – kobieta ze wszystkich roślin pielęgnowanych przez nią w ogródku szczególnie upodobała sobie rabarbar. Słodko-kwaśny smak tej rośliny jest smakiem życia – trochę udanego (słodkiego) i trochę nieudanego (cierpkość), ale ostatecznie jałowego i wypranego z emocji. Bohaterka musi się więc przebudzić, zerwać z nudą i rutyną. Bierność zostaje przezwyciężona. Powieść Miłki Malzahn jest bardzo ładną, z wyczuciem napisaną przypowieścią o dochodzeniu do siebie, o konieczności wypracowania kobiecej tożsamości i podmiotowości. W jednym z wywiadów autorka sformułowała taki oto autokomentarz odnoszący się do Królowej rabarbaru: „rzecz jest o burzeniu pewnej konstrukcji, o rozpadzie widzimisię bohaterki, które zostaje rozbite poprzez bieg wydarzeń. Moja bohaterka szuka prawdy, ale prawdziwe nie jest to, co ona sobie skonstruowała”.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

Początek należy do czasów, gdy — rzecz jasna — byłam kimś innym. Mieszkałam w Miasteczku, pomiędzy innymi miasteczkami. Moje Miasteczko zawsze wyglądało na wyludnione, choć podobno, kiedy jeszcze działała Fabryka, przebywało tu mnóstwo ludzi. Głównie na przedmieściu. W fabryce były nocne zmiany i to sprawiało, że wokół niedużych, dwupiętrowych, brzydkich domów wrzało życie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wszędzie słychać było krzyki, nawoływania, trwała nieustanna bieganina, a poza tym — kwiatki, rabatki, sklepiki, plotki przy płotach, mężczyźni przy karczmach, dzieci przy okazji, do tego psy oraz bardzo popularne wówczas króliki. Króliki hodowało się w niewielkich ogródkach, przy pomocy długich rzędów małych klatek. Na pasztet. Czasy Fabryczne to czasy naturalnych, podmiejskich mięsożerców! Ich dzieci często wyprowadzały króliki na spacer po trawie i mówiły do nich jak do dzieci. A potem wszystko zamarło.Dziś mieszkają tu starzy ludzie bez królików, na emeryturach, odzwyczajeni od spania, próbujący odzwyczaić się od mięsa. A w ogródkach prawie nic nie rośnie. Zaniedbano kwiaty, sałaty i drzewka owocowe, wszystko można kupić w supermarkecie. Po ulicach prawie nikt nie biega, tu się teraz spaceruje i to powoli. Jest cicho, spokojnie, choć wieczorem w ciemniejszych zaułkach duchy straszą przechodniów, a pijani staruszkowie chętnie wdają się z nimi w awantury.Niewiele osób pamięta Czasy Fabryczne. Może i dobrze?Ja nie pamiętam. Przybyłam tu po czasie.Ale było w Miasteczku sporo miejsc godnych uwagi: mały teatr impresaryjny (sam Impresario to nadęty buc, lecz uroczy), były szkoły, jedna nawet półwyższa, więc młodzież wciąż organizowała różne spotkania, akcje i temu podobne malutkie wydarzenia. Był stary i tajemniczy kościół oraz drewniana cerkiew, cicha jak dom kogoś, kto dawno wyjechał. Było boisko do wszystkiego, basen, remiza, ratusz, park, przychodnia – wszystko, wszystko, czego potrzebowali mieszkańcy. A jeśli akurat czegoś nie było, nikt się tym nie martwił, znajdowano coś w zamian. Tylko do sądu jeździło się po sąsiedzku i nikt nie uważał, że jest niewygodnie. Sąd w Miasteczku? Po co? Na duchy? Z tych duchów śmiano się chętnie, bo było wiadomo, że najstraszniejszym duchem jest jeden niezrównoważony cieśla, który po alkoholu bywał koszmarne hałaśliwy. Pracował jako stróż, ale był cieślą i na lewo produkował popularne wśród studentów małe stołki i półki na książki. Było też kilku wyrostków terroryzujących kilka ulic. Radzono sobie z nimi jednak przy pomocy podmiasteczkowej Szeptuchy i jej nieeleganckich zaklęć. Oni odpowiadali swoimi zaklęciami i wychodziło się na zero. Najczęściej. Ksiądz gromił cały ten proceder E ambony, ale prywatnie uważał za nieszkodliwy. Nigdy nie przyłapano wyrostków na gorącym uczynku, bo Miasteczko miało tylko pół posterunku, na którym czuwał półpolicjant. Nieustannie odgrażał się, że zaraz wezwie z miasta posiłki, ale szybko o tym upominał i ze zdenerwowania, jeszcze przed kolacją, zjadał kanapkę przyszykowaną przez żonę. Wkrótce był głodny i zły, w ogóle nie zwracał uwagi na to, co się dzieje. Czekał tylko na koniec dyżuru, żeby coś w domu przekąsić.Kilku wyrostków zresztą szybko dorastało, stawali się ambitni i wyjeżdżali na podbój miasta. Zostawiali po sobie kilku malutkich, którzy znowuż sobie rośli...– Niech im będzie – mówiły panie w sklepie. – I niech im kaktusy powyrastają, jeżeli kogoś krzywdzą – odgrażały – najlepiej tam, hi, hi, hi – dodawały, jeżeli były w dobrych humorach. Matki wyrostków tym się różniły od innych pań, że były mniej skore do żartów.Szczególna bezużyteczność Miasteczka miała urok, któremu szybko uległam. Ten świat był taki, jak chciałam.Zatem mieszkałam sobie miło niedaleko centrum, w domu z dużym ogrodem, w towarzystwie męża, trochę dziwnej Gosposi, Kota Papuasa i sezonowych gości, do których miałam wielką słabość. Mąż, człowiek nieziemskiej cierpliwości, wydawał gazetę, która świetnie się sprzedawała w samym Miasteczku i okolicy. Był uważany za człowieka poważnego. Słusznie! Ja zaś byłam niepoważnym dodatkiem do człowieka poważnego. Słusznie!! Po stokroć słusznie! Aptekarzowa, z którą się przyjaźniłam i która flirtowała z doktorem Agatonem z przychodni, twierdziła jednak, że nie ma osoby, która by sprawy niepoważne traktowała z większą powagą niż ja. Także słusznie!Dziwna Gosposia zaś miała zwyczaj rzucania we mnie ścierką. gdy tylko wchodziłam do kuchni. Podejrzewałam, że myślała podobnie jak Aptekarzowa. Gosposia dostawała wolne weekendy, żebym miała spokój, z czego się wcale nie cieszyła. Jak już wspominałam, była naprawdę dziwna. W ogóle z Gosposią rzecz się miała dla mnie niejasno, ale wtedy całkiem inaczej to widziałam. Ja byłam panią domu, a ona była panującym w nim porządkiem. No to kto był ważniejszy? Zresztą tak naprawdę najważniejszy był mój mąż. przynajmniej dla mnie, przez tę jego cierpliwość do mnie i w ogóle.Było tak: Miasteczko, ja, mąż i sezon na gości, trwający przez cały rok — ŻYCIE!*Moja skłonność do gości polegała na tym, że chętnie zapraszałam do nas ludzi, którzy wydawali mi się szczególnie interesujący. Właściwie nie miałam zajęć innych niż przyjmowanie gości. Praca w gazecie męża męczyła mnie. Nawet próbowałam parę razy, lecz w tej roli wydawałam się sama sobie wyjątkowo nie na miejscu, fałszywa. Czułam się fatalnie pod czułym okiem męża, na obcym terenie. A kiedy miał nieczułe oko – było jeszcze gorzej.Poza tym mogłam przecież przyjmować mnóstwo życiowych ról, w których nie było fałszu. Rola żony mi odpowiadała. O nasz dom dbała raczej dziwna, lecz odpowiedzialna Gosposia, ja zaś dbałam o nasze uczucia. Byłam dobrą, miłą, wyrozumiałą żoną. No, kapryśną czasem, ale tak rozkosznie. Ze szczerą pasją zajmowałam się przyjmowaniem gości, jasne? To zajęcie poszerzało moje horyzonty, wzbogacało mnie, uczyło życia, jak się okazało — także cudzego. I ludzi mnie uczyło, co było — jak się także okazało – nie całkiem do nauczenia. W każdym razie goście byli moim życiowym wyzwaniem, a ja lubię wyzwania.