Spokojne niedzielne popołudnie

Hanna Krall
Spokojne niedzielne popołudnie
  • Wydawnictwo a5
    Kraków 2004
    114 x 225
    160 stron
    ISBN 83-85568-70-0

Książka ta zawiera wybrane reportaże z lat siedemdziesiątych. Publikowane były w prasie tygodniowej. Jednakże trzy kolejne próby wydania ich w postaci książkowej napotykały na opór cenzury, zarówno urzędowej, jak i nieoficjalnej, redakcyjnej. W roku 1976 został zniszczony skład przygotowanego do druku w wydawnictwie "Iskry" zbioru reportaży Szczęście Marianny Głaz. Następna książka, Sześć odcieni bieli, zdołała się wprawdzie ukazać w roku 1978, ale w postaci poważnie okrojonej. Kolejny wybór reportaży, Katar sienny, autorka złożyła w Wydawnictwie Literackim w roku 1980. Został on nawet wydrukowany, ale i ta książka nie ujrzała światła dziennego, bowiem cały nakład poszedł na przemiał. Złożony w wydawnictwie Czytelnik maszynopis kolejnej książki, Niewinność na resztę dni, po dwu latach czekania został zwrócony autorce bez żadnego uzasadnienia. Wybrane reportaże z niewydanych książek Hanna Krall opublikowała ostatecznie w podziemnym Wydawnictwie Pokolenie w roku 1988 pt. Trudności ze wstawaniem. Dwa lata później książka ta ukazała się oficjalnie, razem z powieścią Okna (wydaną wcześniej przez emigracyjne wydawnictwo Aneks w Londynie). Spokojne niedzielne popołudnie jest nowym wyborem tekstów z tych książek. Żadnej z nich jednak nie powtarza i stanowi nową, integralną całość. Reportaże Hanny Krall, znakomitej polskiej reporterki, mówią o losach konkretnych ludzi, żyjących w konkretnych czasach, a jednocześnie mają charakter uniwersalny, co jeszcze lepiej widać teraz, kiedy się je czyta w innej rzeczywistości, w innych czasach. Autorka w mistrzowski sposób oddaje język epoki, która odeszła w przeszłość. Wystarczy, że przywoła zasłyszaną rozmowę, przedmiot lub krajobraz, a rzeczywistość rozbłyskuje niespodziewanymi znaczeniami. Pozostając świadectwem czasu, reportaże Hanny Krall są jednocześnie wybitną literaturą.

(RK)

Fragment

Tematy do reportażu

Panie inżynierze, mówię (jak również - panie dysponen­cie, panie mistrzu itd.), potrzebuję czegoś ciekawego do re­portażu. Zadania wykonujemy rytmicznie mimo urlopów -odpowiada Inżynier. To wiem, oglądam dziennik przecież. Macie też napojów chłodzących pod dostatkiem. Czy to jest właśnie to, o czym pan sam chciałby sobie poczytać?
Inżynier: człowiek jako gatunek ludzki lubi poczytać o mi­łości. Czy to Joyce, czy Camus, czy nasz Zeromski choćby -zawsze trochę tego seksu musi być. Próbowano - ciągnie In­żynier - zerwać z tym i pisać o pracy, ale to już takie ciekawe nie było. Więc gdyby się pani udało połączyć razem i pracę, i ten seks, wyszedłby może reportaż. Temat proponowany przez Inżyniera: Ostatnie słowo w dziedzinie erotyki On mógłby być magistrem, a ona wydawcą narzędzi, za­szeregowaną jako pracownik fizyczny. Oboje pracowaliby na jednym wydziale, z tym że on by miał żonę i dziecko, a my musimy stać na straży interesów rodziny.
To prawda, że on powinien bezkonfliktowo wyprowadzić całe zagadnienie, ale żona to zaczajałaby się przy bramie za kioskiem, to znów szłaby na skargę do związku i w końcu ca­ły wydział dowiedziałby się o tej miłości.
Trzeba od razu powiedzieć, że załoga byłaby po stronie żony.
Jak żona chodzi na skargę do czynnika społecznego, to jest w porządku; jak magister romansuje z wydawcą narzędzi, zasługuje na potępienie.
Tę społeczną różnicę między magistrem a wydawcą narzę­dzi, zaszeregowaną jako pracownik fizyczny, trzeba by uwypu­klić, bo nie jest wykluczone, że gdyby oboje byli magistrami albo oboje wydawcami narzędzi, to nie wzburzyliby opinii aż tak bardzo i opinia znacznie mniej gorliwie stałaby na straży rodziny.
Może dlatego właśnie, gdy do kierownika przyszedł czyn­nik społeczny z żądaniem: „trzeba to w końcu przeciąć" - kie­rownik odpowiedział: „a czy to źle, że klasa robotnicza nabie­ra u nas znaczenia także i w życiu prywatnym? Czyż nie o to w naszym społeczeństwie nam chodzi?"
W tej sytuacji czynnik musiałby sam poprosić magistra do pokoju związkowego na rozmowę i ta rozmowa wyglądałaby mniej więcej tak: „Czy nie robiłem w terminie wszystkich ana­liz?" - zapytałby magister, a czynnik musiałby przyznać, że analizy były robione na czas, i do tego bezbłędnie. „A czy mo­że ona nie miała porządku w narzędziach?" I czynnik znów musiałby się z magistrem całkowicie zgodzić. „A reszta to już jest moja sprawa" - zakończyłby magister, więc czynnik nie mógłby zrobić nic więcej, niż ograniczyć się do ogólnej rady („przemyślcie to sobie spokojnie jeszcze raz"), rozumiał bo­wiem nie gorzej od kierownika, że znaleźć drugiego takiego fachowca jak magister byłoby w ich mieście trudno.
Od tej chwili i kierownik, i aktyw społeczny mogliby już innym okiem popatrzeć na całą sprawę, a popatrzywszy - zauważyliby parę rzeczy, których jakoś nie dostrzegali dotąd. Ze na przykład ona jest bardzo wcięta w talii. Ze ma ładne nogi, zwłaszcza latem, jak je opali sobie, i tak jakoś prościutko się zawsze trzyma. I że dla mężczyzny po czterdziestce taka wydawczyni narzędzi to rzeczywiście może być spora pocie­cha.
Kiedy więc magister przyjdzie do kierownika (a kierownik pierwszy zaczął uprzejmie jej się kłaniać, czy to żeby dać przy­kład załodze, czy może sam to jakoś podświadomie zaaprobo­wał), kiedy więc magister zgłosi się w sprawie mieszkania - bo jeszcze i do tego dojdzie! - kierownik pomyśli sobie: „ho, ho, popatrzcie w jakiej jest formie teraz". I ograniczy się już tylko do pytania czy może rady raczej: „To już będzie pana ostatnie słowo w dziedzinie erotyki, panie magistrze?", co nie zabrzmi wcale zgryźliwie ani zawistnie, tylko po prostu rzeczowo, bo każdy wie, jak wygląda u nich sytuacja z mieszkaniami.

Temat dysponenta:

Życie rodzinne

Mógłby w takim reportażu wystąpić dysponent magazynu materiałów sypkich oraz jego żona, która robi doktorat.
On dostarcza materiały niestopowe, a ona jest starszą asy­stentką w instytucie naukowym, z tym że materiały niestopo­we są to: dolomit, fluoryt, wapno, kamień wapienny itd., zaś dostarczanie ich jest pracą fizyczną.
On siedzi w obskurnym kantorze i patrzy przez brudne okienko na halę. O szóstej rano patrzy, czy są wagony, i z któ­rej strony, i czy załadowane. Jeśli nie są załadowane, to się wy daje dyspozycje, żeby załadować, a jak załadowane, to się dzwoni i oddział wsadu je odbiera.
Kursują dwa zestawy - ze stalowni przychodzi zestaw pu­sty, a od nich odchodzi z ładunkiem, i tak na przemian.
Można by następnie napisać, że jej koleżanki i koledzy, a także ich mężowie i żony, też są pracownikami naukowymi i wszyscy albo już zrobili doktoraty, albo je właśnie robią, kie­dy się więc spotkają w towarzystwie, to o niczym innym się nie mówi. A on mógłby mówić, ile dziś wywieźli dolomitu, tylko kogo zainteresuje taki temat?