Nic

Dawid Bieńkowski
Nic
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    130 x 222
    391 stron
    ISBN 83-7414-057-7

Bieńkowski jest jednym z wnikliwszych obserwatorów powikłanych losów współczesnych Polaków. W debiutanckiej książce Jest opisywał młodych ludzi, dojrzewających w okresie stanu wojennego (początek lat 80.). W Nic autor, podejmując grę z klasycznym modelem powieści realistycznej, przedstawia przemiany społeczno-gospodarcze w Polsce lat 90. i początków nowego wieku. Wielowątkowa powieść Bieńkowskiego składa się z monologów kilku postaci opatrzonych narratorskim komentarzem. Pisarz stworzył galerię bohaterów reprezentujących różne pokolenia, środowiska i postawy. Są wśród nich pracownicy francuskiej sieci fast foodów Positive, ale też muzycy i poeta z warszawskiego światka artystycznego. Główny wątek Nic rozwija historię powstawania imperium Positive’a w Polsce. Bieńkowski portretuje kapitalizm z nieludzką twarzą, skupiając uwagę przede wszystkim na losach ludzi zamienianych w bezwolne trybiki korporacyjnej machiny nastawionej wyłącznie na powiększanie zysku. Nic nie jest jednak tylko i wyłącznie oskarżeniem działań wielkich korporacji. Pisarz pokazuje do jakiego stopnia przejście przez magiel przemian, których doświadczyło polskie społeczeństwo po roku 1989, przenicowuje ludzi, zmuszając do stopniowego porzucania marzeń i ideałów. W efekcie pozostaje im jedynie wielki NIC, wewnętrzna pustka, zmęczenie sobą, innymi i światem.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Kilka słów na początek. Miejscem, w którym dzieje się niniejsza historia, jest kraj w samym środku Wielkiego Niżu Europejskiego, rozległej równiny rozciągającej się od Paryża do Uralu. Tą płaską jak stół równiną raz po raz ciągnęły wielkie armie. Wszelkie wojska mogły się tędy przemieszczać, nie napoty­kając większych przeszkód naturalnych, maszerowały więc to w tę, to w drugą stronę, pozostawiając po sobie zglisz­cza i trupy. Czas, w jakim rozgrywa się nasza powieść, to lata odległe zaledwie o niecałe pół wieku od szczególnie inten­sywnych przemarszów wojskowych po owej równinie. Wielkie armie szły na wschód, potem na zachód, zostawia­jąc spustoszenie, jakiego nawet na tej przyzwyczajonej do dewastacji ziemi nie widziano od wielu stuleci. Choć było to tak niedawno, pamięć tych wydarzeń coraz bardziej się zacierała. Nie sposób przecież nieustannie zmagać się z myślą, że życie na równinie nigdy nie będzie trwale i bez­pieczne. I dlatego kiedy już zaczniemy śledzić perypetie bo­haterów, zobaczymy, że są całkowicie pochłonięci małymi pragnieniami, przyziemnymi pasjami, odsuwają od siebie pytanie: z której strony przyjdą tym razem? Pamiętajmy również, w jak szczególnym momencie zaczynamy ich podpatrywać. Oto wkoło dokonała się wiel­ka przemiana. Wydaje się nawet, że kraj, w którym żyją, wreszcie będzie mógł żyć po swojemu, a stało się tak, mi­mo że nie wkładali na siebie mundurów, nie repetowali broni. Historia okazała się tym razem dla tego miejsca wyjątkowo łaskawa. Jesteśmy w Warszawie, stolicy Polski, przeciętnej wielkości mieście położonym mniej więcej w środku drogi między Paryżem a Moskwą. Za chwilę poznamy dwóch mężczyzn, którzy jeszcze nic o sobie nie wiedzą. Widzimy dwudziestoletniego młodzieńca, szatyna o gęstych włosach. Ma twarz o ostrych rysach, wystają­cych kościach policzkowych, wydatny nos, niespełna metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Ale całym sobą, prostą, sprę­żystą sylwetką i zdecydowanymi ruchami, pokazuje, że jest znacznie wyższy. I coraz więcej osób tak właśnie go po­strzega, a jak powszechnie wiadomo, wyższym lepiej się w życiu wiedzie. Drugi mężczyzna właśnie przekroczył trzydziestkę. Jest brunetem o wysokim czole. Na jego czarnych włosach bardzo wyraźnie odznacza się każdy ślad siwizny. Zauwa­żył to z przerażeniem ponad rok temu podczas porannego golenia. Postanowił wtedy, że coś musi się zmienić w jego życiu, że już najwyższy czas. Zapuścił brodę, którą ukradkiem ogląda teraz co rano, z niepokojem szukając oznak postępującej siwizny. Nie przyznaje się sam przed sobą, jak ten pierwszy znak starości nim wstrząsnął i jaki miał wpływ na ważne decyzje, które podjął w ostatnim czasie. Standardy - Tak, na pewno, czterdzieści jeden. - Oj, Euzebku, szybko się uczysz, kilka dni i już bez najmniejszego prob­lemu, rzucisz okiem na nogę i rozpoznajesz numer. - Tak, możesz sobie przymierzyć, ale nie stawaj, człowieku, na asfalcie, tu jest po to położona tektura. - Nie rozumie taki jeden z drugim, że potem przychodzi następny i ogląda bucik na wszystkie strony, czy przypadkiem nie był używa­ny, albo dopatruje się jakiejś usterki i zaraz kombinuje, ile by tu wytargować, i naciska, żebym spuścił. Spuścić to ja się, kurwa, mogę... Chociaż sto złotych chcieliby urwać... A oni sobie nie zdają sprawy, jak każdy grosz musi Euzebek liczyć. Mareczek, lepszy cwaniak, daje od pary ledwie dychę i nic go nie obchodzą moje upusty. - To już jest na twoje konto - i rozkłada ręce, i wypina ten swój kałdun, a Euzebek szybko musi się zastanawiać, czy opłaca się nie obniżać i nie sprzedać, i nie mieć żadnego zarobku, czy jednak opuścić i mieć mniej, ale jednak zawsze trochę. - No, czło­wieku, no, nie mogę, no, zrozum, co ja będę z tego miał, jak zjadę o dwie stówy, jak ja wyjdę na swoje. - Wszyscy chcieliby oskubać. - No, takie jest życie, to jest moja osta­teczna cena... - A idź w pizdu. Jeszcze tutaj wrócisz, bo zobaczysz, że tańszych i ładniejszych na całym stadionie nie ma. I tutaj tłusty Mareczek, trzeba mu przyznać, się za­kręcił... Wynalazł hurtownię - mucha nie siada, dogadał się tak, że chyba nikt na całym stadionie nie ma lepszej ceny. A trzyma to, kurwa, w tajemnicy, sam tam jeździ, pakuje w tego malucha, ile wlezie... Nie chce, żeby mu ktoś kon­takt sprzed nosa zwinął, i Euzebek to rozumie... Ale pomyśl, Euzebku, że to właśnie ciebie Mare­czek, no, co tu dużo ukrywać, polubił, tobie zaufał, ciebie zatrudnił... Euzebek wie, jak z ludźmi rozmawiać... a przede wszystkim wie, z jakimi ludźmi rozmawiać... Bo my wszyscy z naszego miasteczka musimy się trzymać ra­zem, inaczej ta zasrana Warszawa by nas tu wszystkich zjadła... I jak tylko pojawiła się myśl, że trzeba się z tamtej dziury zabierać, to od razu i Mareczek się znalazł, i Jerzyk, i chłopaki od stancji, i jakoś to wszystko się kręci. Bo Euzebek w budzie zawsze ze starszymi trzy­mał... ! Mareczek, jak jeszcze nie był, skubany, w ogóle tłusty, zawsze Euzebkowi piątkę przybił, i w ogóle... papieroski w kiblu się razem paliło, a przecież Mareczek był wtedy w maturalnej, a Euzebek dopiero co przyszedł do szkoły… Na parę latek kontakty się urwały, aż tu taki traf, na osiedlu pod sklepem, Mareczek się zmienił, nie można powiedzieć, ale od razu poznał Euzebka. I od słowa do słowa, dostał Euzebek niezłą robotę... sprzedaż idzie, no bo co ma nie iść, jak Euzebek ją prowa­dzi, i wreszcie dzisiaj rozliczymy się z tłustym, bo tłusty mówi, że wypłata raz na dwa tygodnie.