Lubiewo

Michał Witkowski
Lubiewo
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2005
    110 x 180
    291 stron
    ISBN83-89911-04-3

Lubiewo to świetnie napisana i niebanalna powieść gejowska. Można ją czytać rozmaicie, choć dla większości czytelników najważniejszy wydaje się wymiar poznawczy tego utworu. Michał Witkowski odsłania świat dotąd nieopisany: swego rodzaju gejowski underground. Pisarz radykalnie zrywa z polityczną poprawnością i estetyką sublimacji, tak charakterystyczną dla polskiej prozy homoerotycznej XX wieku. Witkowski chce, żeby Inne homoseksualnego pożądania pozostało Innym. Bez koloryzowania i uszlachetniania. Stąd skrajna wulgarność tego utworu, jego prowokacyjny charakter. Lubiewo jednak nie musi być czytane jak skandalizujący reportaż. Walory artystyczne tej powieści sprawiają, iż można w niej zobaczyć po prostu atrakcyjną powieść współczesną – miejscami zabawną, nie wyrzekającą się zgrywy, błyskotliwą, pełną świetnych obserwacji (nie tylko obyczajowych). Na płaszczyźnie fabularnej sprawy przedstawiają się następująco: główny bohater i zarazem nadrzędny narrator wsłuchuje się w opowieści starych wrocławskich pedałów, którzy przechwalają się swoimi miłosnymi podbojami. W drugiej części powieści na tytułowej nadbałtyckiej plaży w Lubiewie dochodzi do spotkania i konfrontacji postaw wyemancypowanych i nowoczesnych gejów z tymi, którzy nadal praktykują sadomasochistyczną, szaletową [rynsztokową] miłość. W powieści tej ogrywa się bowiem nietematyzowany publicznie konflikt, głębokie pęknięcie w środowisku gejowskim. Z jednej strony pojawiają się geje z klasy średniej, zwolennicy małżeństw homoseksualnych, zaangażowani w batalię przeciwko homofobii, z drugiej – ci, którzy nie chcą kopiować norm, jakie wypracowała heteroseksualna większość. To napięcie jest siłą napędową błyskotliwej powieści Michała Witkowskiego.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

Mówią o sobie w rodzaju żeńskim, udają kobiety, do niedawna podrywali facetów w parku, pod Operą i na dworcu. Nie wiadomo, ile w rym było prawdy, ile folkloru, a ile zwykłych żartów. Jedno jest pewne - są częścią wcale nie małej grupy ludzi uzależnionych od seksu. Mają wprawę w wyrywaniu! Nawet teraz, na emeryturze, z tymi brzuszkami, potrafiliby niejedno. Żaden z nich nie wiedział o istnieniu operacji plastycznych, ani o możliwościach zmiany płci. Wystarczało wymachiwanie zwykłymi czarnymi torbami, na które mówili „torebki". Bo ubierają się w to, co mają - ekstrakt przeciętności rodem z Peerelu. Wystarcza inne trzymanie papierosa, brak wąsów, i te wszystkie słowa. W słowach tkwi ich siła. Niczego nie mają, wszystko muszą sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać. Dziś wszystko można kupić: płeć, kolor oczu, włosów... Nie ma miejsca na imaginację. Dlatego wolą być biedne i „bawić się".
- Ależ przestań, moja droga! - teraz Patrycja „przegina się" i podaje herbatę w wyszczerbionej szklance. Tak, w starej, obskurnej szklance, ale jednak na tacce i z serwetką. Formy, formy są najważniejsze. I słowa.
- Ależ przestań! Już nie te lata, dupka już zwiędła, gdzie te niegdysiejsze śniegi? Boże, wariatka, kobieta szalona, zostaw mnie! Dobrze mówił stary Villon: bierz tylko chłopców! To i brałyśmy.
„Przeginanie się" to udawanie kobiet - jakimi sobie je wyobrażają - wymachiwanie rękami, piszczenie, mówienie „ależ przestań" i „Boże, Bożenka". Albo podchodzenie do faceta, kładzenie mu ręki pod brodę i mówienie:
- Główkę, szczeniaczku, wyżej trzymaj, jak do mnie rozmawiasz. - Wcale nie chcą być kobietami, chcą być przegiętymi facetami. Tak im dobrze, to był ich sposób na całe życie.
Zabawa w babę. Bycie prawdziwą kobietą to już nie to - zabawa ekscytuje, a spełnienie, jak to spełnienie... Ale w ich języku spełnienia nie istnieją. Znają tylko takie wyrazy jak «głód", „niespełnienie", „zimny wieczór", ,,wiatr" i „chodź". Stałe przebywanie w wyższych rejonach dna, między dworcem, najnędzniejszą pracą, a parkiem, w którym był szalet. Można nawet powiedzieć, że był to jakiś zafajdany środek świata.
Okazuje się, że dno ktoś specjalnie dla nich wymościł trocinami i szmatami. Wcale wygodnie.
Człowiek zawsze miał dosyć na tą zupę ze słoika, na kartofle, socjalizm im sprzyjał, głodni ani bezdomni nie byli, kobiecie niewiele potrzeba. Teraz w tym ich parku budują wielką Galerię Sklepów, rozkopują im całą przeszłość, więc Patrycja zamierza apelować. Ale to tylko takie żarty. Coraz bardziej gorzkie i smutne, bo:
- Cóż, cóż ja, dziadówka, poradzę? Z kijem na Wielki Kapitał? Torebką po głowie? I co im powiem, że to jest miejsce pamiątkowe? Idź już lepiej, Lukrecja, idź po popielniczkę, pan nie ma gdzie strzepać (hi! hi!) strzepać... popioooooołu!
Patrycja nagle odkrywa, że nazwała siebie „dziadówką" i bardzo się cieszy z tego nowego żartu. W którym gdzieś na dnie jest kropelka poniżenia. Patrycja właśnie zamierza ją wypić, wylizać jak kroplę ajerkoniaku z dna kieliszka. Dziś wieczorem.
- Ja sobie idę elegancko do parku, papierosy najpierw w kiosku kupuję i tak od lat, jest dobrze, nie szkodzi mi na zdrowie. A spotykam znajomego z dawnych lat, co się wybija w życiu, robi interesy. No nic. On patrzy na mnie, jak na ostatnią kurwę, jakbym pod dworzec na Gwarną chodziła. Zresztą - przecież chodzę. Kurwą ci jestem nie lada... I tak słucham, co on mi tam gada, ale jakoś tak
mnie to słodko nie dotyczy, bo jakieś raty, proszę ja ciebie. Raty ma, a pracę traci. Myślę sobie, jeszcze mi tylko raty do szczęścia potrzebne. Taka mnie refleksja filozoficzna natchnęła i Łucja Kąpielowa, której się zwierzyłam, to potwierdziła. Że my sobie tu żyjemy w tych wyższych rejonach dna, jak w raju. Nic nam już nie grozi - Lukrecja przeciąga się leniwie - i ma się ten sens w życiu! - oblizuje się lubieżnie.
Siedzę przy chwiejącym się stoliku w ich starym mieszkaniu, w kuchni. Nic się tu nie zmieniło od czasów komuny, wszędzie złote tajwańskie zegary z targu, barometry z targu, połyskujące figurki z targu, wszystko od Rosjan. Nawet ich język pełen jest rusycyzmów:
– U niego mało w spodniach...
Bieda aż piszczy, nad blachą suszy się pranie na sznurku. Męskie majtki, ale czarne, najtańsze, cerowane skarpetki, ale czarne; czarne - bo po pierwsze - fikuśne, po drugie - w tym domu panuje żałoba. Od ponad dziesięciu lat.
Lukrecja przybiera pozę starej hrabiny, której wojenne zawieruchy zabrały cały majątek, zakłada nóżkę na nóżkę [pomiędzy skarpetką a brązową nogawką w kant wystaje blada łydka poznaczona tatuażem żylaków), zapala papierosa, chwilę trzyma dym, wreszcie wypuszcza jak dama, daleko przed siebie, w tkliwym zamyśleniu. Puszczają ulubioną Annę German. (…)
Podają przesłodzoną, letnią herbatę. Mieszkanie urządzone jest jak poczekalnia w przychodni - widać, jak mało potrzeba ludziom do przeżycia, gdy „żyją" innymi sprawami, gdy ich mieszkanie to tylko poczekalnia, gdzie trzeba spędzać czas pomiędzy nocnymi łowami. Ściany do połowy wymalowane żółtą olejną, od połowy w górę - brudne, na parapecie białe, plastikowe doniczki z banalnymi trawkami i drzewkami szczęścia, które ostatnio przyschły. Czekam, aż obie (obaj?) wreszcie usiądą do papierosów, do herbaty. Aż się przestaną kręcić. Ale jak jeden już siedzi, drugi odnajduje potrzebę psiknięcia sobie dezodorantem pod pachami i podczesania się przy pękniętym lusterku. Na dodatek na kuchni coś się gotuje, a Lukrecja zabiera się za podlewanie kwiatków butelką po mleku. Skąd one jeszcze ją wytrzasnęły? No i cały czas się poprawiają, podczesują. W końcu goście nieczęsto się zdarzają w tym domu żałoby.