Cud w Esfahanie

Andrzej Czcibor-Piotrowski
Cud w Esfahanie
  • Wydawnictwo W.A.B.
    Warszawa 2001
    125 x 195
    288 stron
    ISBN 83-88221-73-6

Nowa książka Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego jest kontynuacją wydanych przed dwoma laty Rzeczy nienasyconych, powieści o dojrzewaniu chłopca w ostatnich przedwojennych miesiącach 1939 roku i w pierwszych latach wojny, kiedy to wraz z matką i bratem zostaje zesłany do Kazachstanu. Cud w Esfahanie jest powieścią równie fascynującą i sugestywną. Po wyjeździe z Kazachstanu jedenastoletni Andrzej rusza w dalszą tułaczkę szlakiem wojennych wygnańców. W towarzystwie podobnych mu sierot przemierza rozległe i obce, a zarazem urzekające krainy. Trasa wiedzie przez Ałma Atę, Samrakandę i Taszkent do Esfahania, miasta z baśni, gdzie w każdej chwili może zdarzyć się cud, a po tysiącu i jednej nocy dalej prze Egipt aż do odległej Szkocji. Historia wygnania jest jednocześnie liryczną opowieścią o erotycznym wtajemniczeniu i budzących się uczuciach. Miłość i zmysłowość stają się azylem dla dziecka okrutnie doświadczonego przez historię. Oddzielają je od koszmaru toczącej się wojny i nadają poetycko-baśniowy wymiar jego dramatycznym wspomnieniom. W pamięci bohatera Cudu w Esfahanie wydarzenia, miejsca i ludzie łączą się w cudowną fascynującą baśń, a zło splata się z namiętną żądzą życia.

Andrzej Czcibor-Piotrowski (ur. 1931), prozaik i poeta, bohemista, tłumacz literatury czeskiej, słowackiej i angielskiej. Opublikował dziewięć tomów wierszy i powieść Prośba o Annę. Pierwsza część cyklu o dzieciństwie na zesłaniu Rzeczy nienasycone ukaże się wkrótce w przekładzie francuskim.

Fragment

Przemiana

Jest nas tu kilkudziesięciu: ostrzyżeni do skóry, nadzy, stoimy w sklepionym refektarzu, nie odważając się nie tylko głośniej odezwać, ale nawet głębiej odetchnąć, bo wydaje się nam, że zabrzmiałoby to jak wystrzał, i tylko obrzucamy się spojrzeniami: jeszcze się nie znamy, jeszcze nie wiemy, kto jest kim, jak się nazywa, skąd pochodzi, choć wszyscy wiemy, skąd zostaliśmy ocaleni, i już nie wstydzimy się siebie nawzajem, nie przysłaniamy dłońmi naszych nieopierzonych ptaszków, ale we mnie, rzecz dziwna, budzi się wstyd, jakiego przedtem nie odczuwałem ani przez chwilę, mimo, iż w krąg nie brakowało gołych dziewczyn, tu jednak, wśród samych chłopców, uświadomiłem sobie nagle, tak jak Adam i Ewa w raju po zjedzeniu grzesznego jabłka, że jestem nagi, ze powinienem osłonić się nawet przed takimi samymi jak ja malcami, co nigdy dotychczas nie przychodziło mi do głowy, wprost przeciwnie: zawsze pragnąłem, aby mnie widziano i abym ja widział innych, czy to dziewczyny, czy chłopców, niczym nieprzysłoniętych, tak jak ich Bóg stworzył,
lecz nie unoszę ręki, jest we mnie, tak jak w nas wszystkich, oczekiwanie i napięcie, które naraz prysło, bo oto wchodzą czterej brodaci zakonnicy w brunatnych habitach, wręczają każdemu z nas małą kostkę mydła i duży włochaty ręcznik i wskazują drogę do łaźni, pod prysznice, z których tryskają naraz strugi ciepłej wody, więc odkładamy na ławeczkę ręczniki i wbiegamy radośnie pod tusze,
milczenie kruszy się, pęka, rozlegają się głosy, najpierw odosobnione, lecz w chwile później łączą się po dwa, kiedy się myjemy: ja mydlę plecy jemu, on mnie, i już wiem, że ma na imię Albin, on zaś, że ja to Andrzej, i wpatrujemy się w siebie, odnajdujemy w przypadkowym zbliżeniu coś niezwykłego, zapowiedź przyjaźni,
i śmieję się, i on się śmieje, opryskujemy się nawzajem wodą, i figlujemy, bo znów jesteśmy po prostu niespełna jedenastoletnimi beztroskimi chłopcami, którym nikt nie każe być dorosłym i którzy wraz ze starą odzieżą ze śladami wielomiesięcznej wędrówki z miejsc zesłania uwolnili się na okamgnienie od jakże złych wspomnień, zapomnieli na krótko o tym wszystkim, co składało się na ich życie przez prawie dwa lata, tam na północy, a później na południowym wschodzie, w uzbeckich wioskach,
i ścigamy się - najpierw on goni mnie, potem ja jego, wymijając zręcznie wciąż jeszcze nieoswojonych ze sobą malców, stojących nieruchomo, niemo, z niedowierzaniem, pod strumieniami wody, jakby na skraju płaczu, porywamy więc opornych i opierających ze sobą, tak że wkrótce po kamiennej posadce łaźni mknie długi wąż, twarze ożywiają się i niebawem wszyscy śpiewamy o ognisku płonącym w lesie i wietrze niosącym smętną piosenkę, i już nie jesteśmy w łaźni, lecz w jednej ze stepowych stanic na ukrainnych rubieżach, to znów o strumyku, który płynie z wolna, i o maju, co rozsiewa zioła, jesteśmy wolni i swobodni, lecz ja zdaję sobie naraz sprawę, ze znowu jestem sam, że straciłem, kto wie, czy nie bezpowrotnie, swoją trzecią mamę i trzy piękne siostry, i ich i mojego brata, a więc znowu osierociałem, i myślę: ile jeszcze razy będę tracił najbliższych, bo oni zostali - na jak długo, nie wiadomo - w Związku Sowieckim, od Krasnowodzka nad Morzem Kaspijskim jechałem już bez nich: w pierwszym transporcie znaleźli się tylko żołnierze, wojskowi i ich rodziny oraz sieroty, a i tak ten statek pomieścił wszystkich, i przestałem być małym braciszkiem tych ślicznych dziewczyn, które mnie naprawdę kochały, chciały być moją rodziną, a ja wiedziałem, że zawdzięczam to swojej pięknej zmarłej mamie, i pomodliłem się do niej krótko, z ufnością, że zostanę wysłuchany, że i tu będę miał matkę, bo ona, w niebie, to mi przyrzekła,
i to przywróciło mi uśmiech, i stanąłem znów pod tą ulewą, i pluskaliśmy się jeszcze długo, a kiedy wycieraliśmy się po kąpieli, podszedłem do Albina, który od początku tak bardzo mi się podobał, bo przypominał, choć niższy o głowę, Włodka, tego pięknego Ukraińca ze szkolnego dziedzińca we Lwowie, i poprosiłem, by mi pomógł, bo nie sięgam rękoma do tyłu, a on bez słowa wziął ręcznik z moich rąk i osuszał mi delikatnie plecy, a potem - ni stąd, ni zowąd - przesunął dłońmi po moich krągłych biodrach i pulchnych pośladkach i pochyliwszy się, szepnął mi do ucha:
- Masz śliczną pupcię, taka dziewczęcą... zupełnie jak Lidka tam u nas, na północy... a ja odwróciłem się powoli, by nie przerwać zbyt gwałtownie tej nieśmiałej pieszczoty, która przejęła mnie nagle niepojętym wzruszeniem, i zbliżyłem usta do jego warg, nikt na nas nie patrzył, i pocałowałem go, tak jak mnie całowała Sara i Ania, i Ludka, a on się nie cofnął, i przedłużałem pocałunek, bo obaj wiedzieliśmy, że wiele zapowiada, że to może - choć wcale nie musi - stać się już niedługo, i nie przypadkiem zamknąłem w dłoni jego słodki strączek z dwoma groszkami,
a kiedy wracają nasi brodaci opiekunowie, aby zaprowadzić nas do sypialni, kiwają głowami, patrząc na nas: nie poznają nas, to już nie ci sami chłopcy, choć nadal nadzy i ostrzyżeni do skóry, i szepczą z niedowierzaniem:
- Ach, ci Polacy!...