Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia

Witold Szabłowski
Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia
  • Znak
    Kraków, wrzesień 2016
    ISBN: 978-83-240-4318-7
    352 strony
    140x205

W latach siedemdziesiątych jeden z najwybitniejszych polskich reportażystów Krzysztof Kąkolewski wyruszył do RFN, aby odnaleźć tam wiodących spokojne życie nazistów, spojrzeć im w oczy, spróbować opisać naturę zła. Książka Witolda Szabłowskiego opiera się na podobnym pomyśle, a w zasadzie stanowi jego odwrócenie – autor Sprawiedliwych zdrajców wyrusza na Wołyń, by odszukać tych, którzy udzielili pomocy Polakom w okresie rzezi wołyńskiej w 1943 roku. UPA karała śmiercią Ukraińców, którzy udzielili pomocy Polakom, bądź nie chcieli brać udziału w mordach (wydana przez IPN Kresowa księga sprawiedliwych odnotowuje kilkaset osób, które takiej pomocy udzieliły). Szabłowski opowiada o Wołyniu, o potworności zbrodni, ale także – albo przede wszystkim – o naturze dobra, zachowaniu człowieczeństwa w strasznych latach II wojny światowej. Grzegorz Motyka, wybitny znawca tematu uważa Sprawiedliwych zdrajców za najlepszy reportaż na temat rzezi wołyńskiej, zauważając, że opisuje on antypolskie czystki w sposób, w jaki zwykło się pokazywać zbrodnie w dawnej Jugosławii, Rwandzie czy Kambodży. Ta uniwersalizująca perspektywa jest warta podkreślenia – gdyż reporter przez cały czas pozostaje blisko swoich bohaterów, na ogół nie wchodząc w polityczne zawiłości.

Było mi strasznie wstyd, że myśmy tym sprawiedliwym sąsiadom z Wołynia tak naprawdę nawet nie podziękowali. Nie podziękowaliśmy im jako kraj i jako naród. Jeśli ktoś im dziękował to uratowani, którzy odnajdowali ich indywidualnie – mówi w jednym z wywiadów prasowych Szabłowski. Paradoksalnie odpowiedzi na ten zarzut, udziela jedna z jego bohaterek, pracująca w Polsce Ukrainka, która tak mówi o Polakach z Wołynia: Ja naprawdę rozumiem tych, co przeszli przez Wołyń. Rozumiem ten ich żal, że za jedną stodołę na północy Polski i wasi biskupi przepraszali i prezydent (…) Bo o tej stodole w mojej wsi – cisza. (…) A ci nasi chcieliby po prostu powiedzieć światu, że oni też płonęli w stodole. Że ich matki, ojcowie, dziadkowie, też płonęli. Sto takich stodół spłonęło na Wołyniu, może więcej. (…) Chcieliby tylko przed śmiercią usłyszeć, że ludzi nie wolno palić w stodołach. Trudno rozpatrywać książkę Szabłowskiego w oderwaniu od kontekstu, którym jest przepracowywanie przez kolejne pokolenia II wojny światowej.  Trudno, aby siedemdziesiąt lat po zdarzeniach, pisarz trafił na tych bohaterów z Wołynia – których ludzki gest mógł kosztować życie zarówno ich samych, jak i ich rodziny. Jego rozmówcami są już ich dzieci i wnuki. Świadectwa ocalonych Polaków też są zaczerpnięte z wcześniej publikowanych źródeł. Jest to więc książka tyleż o pamięci, co o postpamięci.

Sam autor czasami popada w sprzeczność – chciałby pojednania krajów i narodów, działań na poziomie polityki historycznej i z taką tezą zdaje się pisać swój reportaż. Chwilami też za bardzo stara się kontrolować emocje czytelników, wtrącając pachnące językiem niespecjalnie pogłębionej publicystyki własne komentarze. Tymczasem najcenniejsze w jego książce jest to, co wychodzi poza zaklęty krąg rozważań na temat zbiorowej odpowiedzialności. O ile łatwo bowiem jest wywołać na gruncie politycznym nienawiść, prawie niemożliwe jest zaprogramowanie pojednania. Czy zatem skazani jesteśmy na determinizm? Sprawiedliwi zdrajcy dostarczają dowodów, że nie.  Poza determinizmem znajduje się przede wszystkim głęboko pojmowana wiara, co ujawnia się zwłaszcza w mało znanym w Polsce wątku czeskim – wprowadzonym przez opowieść pastora Jana Jelinka. Pastor jako Czech (Czechów mieszkało na Wołyniu kilkadziesiąt tysięcy) nie jest uwikłany w narodowe waśnie – dzięki temu jest najbardziej obiektywnym z narratorów, a jednocześnie uczestnikiem zdarzeń. Dobro pojawia się wbrew okolicznościom, czasami wbrew logice, otwiera na tak współcześnie ignorowany pierwiastek tajemnicy. Pisarz tworzy też poruszające portrety Ukraińców – potomków sprawiedliwych z Wołynia, którzy wrażliwości nauczyli się od swoich rodziców, od nich dowiadywali się o objętej tabu zbrodni oraz o tym, że leżące w ziemi i w domach sąsiadów cenne przedmioty pochodzącą z grabieży polskich domów.

To ważna i potrzebna książka. Świadectwo rozwijającej się już nie tylko na polu badań historycznych dyskusji wokół wołyńskiej rzezi. Warto podkreślić jej staranną kompozycję - konstrukcję swojego reportażu zapożyczył pisarz od filmu Wiosna, lato, jesień, zima…i wiosna koreańskiego reżysera Kim Ki Duka. Życie ludzkie podległe jest przypadkowi i rytmowi natury. W tym rytmie zawierają się też powtórzenia i pętle. Czy zapętlić się może i powtórzyć stara nienawiść? Jedno jest pewne – wciąż w Polakach i Ukraińcach tlą się iskry z tego pożaru…

Artur Nowaczewski