Drobna zmiana

Marcin Świetlicki
Drobna zmiana
  • a5
    Kraków, 2016
    ISBN: 978-83-61298-99-1
    108 stron
    148 x 210
    oprawa: broszurowa

Czy istota nowej książki Marcina Świetlickiego zawiera się w jej tytule? A jeśli tak, to cóż owa „drobna zmiana” miałaby znaczyć?

Czy to prześmiewcze odwrócenie politycznego hasła „dobrej zmiany”? Być może, bo wierszy-polemik z polską polityką w tle znajduję tu całkiem sporo, jak choćby ten fragment Wojny: „Wojna cwanych z cwanymi, która wywołuje wojnę głupich z głupimi. Wcześniej trwała w ukryciu, teraz toczy się jawnie”.

Czy może raczej „drobna zmiana” to emblemat pełnego goryczy przekonania, że świat niepohamowanie ponurzeje i bylejaczeje? Bo „kawiarnia, w której bywali żydowscy i polscy artyści” zmieniła się w „sklep z militariami” – jak czytam w wierszu tytułowym?

Takie sposoby czytania dadzą się obronić, ale ja chciałbym pójść ścieżką trzecią, wskazaną zresztą przez samego autora. Otóż podczas rozmowy radiowej z Dorotą Gacek (program 2 Polskiego Radia, 19.10.2016) Marcin Świetlicki stwierdził: „Nareszcie zacząłem się starzeć”. Oczywiście, można te słowa odnosić wyłącznie do prywatnie biologicznego wymiaru jego egzystencji i zgodnie z uświęconą konwencją uznać, że nic życiu do sztuki. Ale lektura tekstów z Drobnej zmiany pozwala myśleć, że ów proces starzenia, osuwania się w czasie, przenika także ostatnie wiersze autora Zimnych krajów. Ta „drobna zmiana” to nieostentacyjne i niemal niezauważalne przekroczenie progu. Proszę się jednak nie obawiać! Świetlicki nie dziadzieje! Wręcz przeciwnie, jego wstępne, może nawet nieco kokieteryjne „starzenie się” jest dziarskie, energetyczne i dyskretne.

***

Drobna zmiana to kolejna książka Świetlickiego, w czasie lektury której czytelnik (przynajmniej ja) niemal jak zahipnotyzowany towarzyszy jej bohaterowi w kolejnych przygodach ciała i duszy. Towarzyszy często zirytowany i zły na siebie, że tak ulega sugestywnej stylistyce świetlickiego języka. Sam autor ma chyba świadomość tej czytelniczej irytacji, bo w Konwenansie puszcza do czytelnika oko: „Ale dlaczego główny bohater nie ginie w pierwszej scenie? Ponieważ jest głównym bohaterem. (…) Pozostaje tylko on, niezasłużenie, oczywiście”. Tak to jest – kocham i nienawidzę owego bohatera, ale w jakiś sposób nie umiem bez niego żyć i wyczekuję kolejnego odcinka jego przygód. Przy tym przygody te nie są jakoś specjalnie ekstrawaganckie. Choć zdarzy się, że odnotowany zostanie domniemany ślad pozostawiony na podłodze w kuchni (być może) przez szatana, to generalnie mamy do czynienia z zapisem upływających dni życia; z domknięto-niedomkniętym cyklem wierszy socjo-fizjologicznych, których puenta (tekst Dedlajn: „I nie można w nieskończoność”) tylko częściowo i krotochwilnie przeczy możliwości ciągu dalszego.

Pamiętać przy tym trzeba, że Świetlicki jasno stwierdza, że „(…) to nie jest dzienniczek, pamiętniczek czy inne gówno” (Jedenastego lutego). Ale ten sam Świetlicki 20.10.2016, podczas spotkania na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, przyznał, że „[Drobna zmiana to] Rodzaj takiego trochę kalendarzyka”. Rozumiejąc niechęć autora do form napuszonych, nadętych i nadto wzniosłych („Spisywać sny, jaka żenada!” [W uśpieniu]), dostrzegam jednocześnie jego skłonność do rejestrowania upływającego czasu, skłonność, która już 20 lat temu przybrała formę Zepsutego kalendarza, jak brzmiał tytuł wiersza w tomie Trzecia połowa z 1996 roku.

***

Powrócę jeszcze do pytania: co sprawia, że z niesłabnącym zainteresowaniem towarzyszę perypetiom bohatera wierszy Świetlickiego, jego czułościom, niechęciom i odrazom? I dodam pytania kolejne: dlaczego wciąż jestem zauroczony siłą emocji zamkniętą w tych wierszach? Dlaczego – nie zważając na egotycznie kreowany wizerunku bohatera – wrażliwca ranionego przez życie, świat, kobiety, mężczyzn, konwenanse, zło, politykę, bezmyślną ludzką brutalność, zadowolony z siebie prymitywizm – z zapartym oddechem postępuję za nim krok w krok? Dlaczego kupuję ten dozowany arbitralnie (na własny użytek) sentymentalizm, do którego prawa odmawia się innym? Dlaczego akceptuję tę dumę bohatera wynikającą z tego, że wedle kryteriów tzw. normalsów jest postacią mocno niedoskonałą – jak w Linijkach: „Tego defektu nie da się poskromić, nie da się go zdławić uporządkowanym trybem życia, nie da się go ukryć w bohaterstwie, odwadze i wierności”?

Czy dlatego, że Świetlicki to poeta, który ma talent do narzucania (a w każdym razie przekonującego wyrażania, zapisu) niemal wszechobejmującej kontry – kontry dla wszystkiego, co ogólne, oczywiste, podniosłe, tradycyjnie wspólne? Czy dlatego, że chwile, obszary, które w tych wierszach wypełnia akceptacja, są cudem krótkim i nietrwałym i nie mogą przemienić się w ciągłe zadowolenie? Czy dlatego, że w tym świecie „odrobina ciepła, sensu” jest odmawianym sobie „narkotykiem” (Złe tygodnie), a „(…) niewidzialna ręka zaciśnięta [jest] na wszystkim, co niewinne” (Niewidzialna ręka)?

Być może dla mnie właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Ale pewnie jeszcze i o to, że Świetlicki fenomenalnie układa słowa, delikatnymi ruchami odwraca porządki składni. Jeśli to nawet nie mój świat, to te słowa i frazy są mi bliskie, to znaczy odbrzmiewają we mnie. Są silne oraz intensywne niczym językowe konstrukcje Gałczyńskiego i Białoszewskiego.

***

Przywołanie autora Szumów, zlepów, ciągów, to jest poety prozatora, w kontekście Drobnej zmiany ma dodatkowe uzasadnienie. Otóż książka Świetlickiego jest formalnie cyklem 99 raczej krótkich, dwu-, trzyzdaniowych notacji (poetyckich). Sam autor uprzedzając spodziewane zarzuty (?), pretensje (?), narzekania (?), zamieścił w książce dwa autokomentarze na ten temat. W Jedenastego lutego pisze po prostu: „To są wiersze”, natomiast w Och serwuje taką szyderczą zjadliwostkę: „Och, jakże by to wszystko. Pięknie wyglądało. Rozpisane na wersy. Jakże by to wszystko. Pięknie wyglądało. Ale sytuacja. Oraz środowisko. Oraz sumienie. Nie zezwalają”.

W swojej recenzji z omawianej książki prof. Piotr Śliwiński (Świetlicki w formie, „Gazeta Wyborcza”, 18.10.2016) napisał, że „[W Drobnej zmianie] tylko wierszy nie ma, w zamian krótkie prozy. Ale bodaj wszystkie dadzą się rozpisać na wersy, we wszystkich jest rytm, mocne zdanie, niejednoznaczna, jakby zaplamiona puenta. Odpowiedź na pytanie, dlaczego te utwory nie chcą być wierszami, choć w istocie nadal nimi są, zawiera się w kawałku tytułowym. Nastała brutalna proza”. Ciesząc się, że zacny krytyk wciąż ma dobre oko do dostrzegania poezji, pozwolę sobie na delikatną z nim polemikę i powiem, że moim zdaniem wcale nie jest tak, że „te utwory nie chcą być wierszami”, bo „nastała brutalna proza”. Co nastało, to nastało, ale wiersze nie przestały od tego być wierszami. Bliższa mi jest konstatacja prof. Pawła Próchniaka wygłoszona na wspomnianym już wcześniej spotkaniu na Uniwersytecie Pedagogicznym: „To są ukryte wiersze”. A dlaczego ukryte? Z kaprysu poety, który ma ochotę pokazać, że nawet prozę pisze wierszem? Bo delikatne rytmy i frazowania liryczne wyraziściej brzmią w zapisie liniowym? Bo zepsuty kalendarz nie może być nadmiernie poetycki?

Być może dlatego, a być może z zupełnie innych powodów. Niewykluczone, że przeczytamy o tym w następnym odcinku. Bo kiedy Marcin Świetlicki pisze w tekście Jack Reacher: „To powinien być wielosezonowy serial o dwumetrowym Chrystusie błądzącym po bezdrożach Ameryki ze szczoteczką do zębów w kieszeni. Jeden stosunek płciowy na jeden odcinek. Bezprawie i czuła sprawiedliwość. Dobre dialogi. Elegancka staroświeckość. Więc jeśli ma być po bożemu, to nie Tom Cruise! Na litość boską!”, to niewykluczone, że pisze troszkę i o swoim bohaterze. W końcu w Areburach uprzedzał: „A pomyślcie o robakach, które obudziły się jako ludzie”. Jego bohater i w przyszłości będzie więc miał pełne ręce roboty.

Marcin Baran