Epigonia

Wojciech Wencel
Epigonia
  • Arcana
    Kraków, kwiecień 2016
    54 strony
    150 x 215
    oprawa: twarda
    ISBN: 9788365350077

Najnowszy tom wierszy Wojciecha Wencla wypełnia poetyka powtórzeń. Autor posługuje się nią z dużą świadomością, jej znaki umieszcza w wielu miejscach, także tam, gdzie zaczyna się ścieżka czytania – na okładce tomu, w jego tytule. „Epigonos” to ten, kto jest „później urodzony”. Epigonia – tak właśnie brzmi tytuł zbioru – to stan oczekiwania na wenę twórczą, okres poszukiwania bodźców, także tych, których źródłem może być twórczość kogoś uznawanego za mistrza. Czy kimś takim jest dla gdańskiego poety Vlastimil Hofman? Ciśnie się na usta to pytanie, bo na okładce książki autor umieścił kadr obrazu tego właśnie malarza: Eloe nad zwłokami Anhellego. Kusząca perspektywa czytania wierszy Epigonii poprzez pryzmat obrazów Hofmana pozwala odkryć, że tym, co łączy współczesnego pisarza z artystą starszym o dwa pokolenia, jest stosunek do tradycji romantycznej. Podobnie jak dla Hofmana, romantyzm staje się dziś dla Wencla najważniejszym źródłem twórczości, podstawowym środowiskiem kształtującym wyobraźnię poetycką i rodzaj wrażliwości, podpowiadającym tematy i obrazy, kształtującym nie tylko sposób widzenia świata, ale także formę wiersza. Wspólną własnością twórczości obu artystów jest świadomość „późnego urodzenia”. Obaj rzadko korzystają z tradycji romantycznej w sposób bezpośredni, o wiele częściej sięgają do niej za pośrednictwem innych uznanych twórców. Hofman podąża śladem Jacka Malczewskiego. Wencel – Jana Lechonia.

Poetyka powtórzeń – tak śmiało, niemal ostentacyjnie eksponowana przez gdańskiego pisarza –  służy zatem zabiegom mnemotechnicznym, podtrzymującym pamięć kulturową. Ich poetyckim wyrazem są rozmaite węzły, dzięki którym autor zbioru spaja swoje utwory z twórczością romantyków – aluzje, cytaty, kryptocytaty, nawiązania tematyczne, formy wersyfikacyjne itp. Tworzą one gęstą sieć intertekstualną, która czytelnikom o temperamencie (i kompetencjach) historyka literatury będzie mogła służyć jako przedmiot szczególnej, filologicznej delektacji. Bylibyśmy jednak w błędzie, gdybyśmy myśleli, że Wencel zaprasza swych czytelników przede wszystkim do zwiedzania tekstowych labiryntów, że prowadzi ich przez światy złożone wyłącznie z liter i słów. Najważniejszym przedmiotem uwagi poety nie stała się (na szczęście) w omawianej książce literatura, lecz historia. Najistotniejsza forma pamięci to dla niego pamięć historyczna. Nie jest ona w naszej części świata pamięcią zwycięzców, zacierającą obrazy krzywd i niesprawiedliwości. Jest pamięcią traumatyczną, która nie może i nie chce odwrócić spojrzenia od tego, co w indywidualnej lub zbiorowej przeszłości bolesne i ciemne. Raz po raz powracają w nowych lirykach Wencla traumatyczne obrazy losu warszawskich powstańców, katyńskich oficerów, żołnierzy ZWiN czy ofiar komunizmu. Poruszany wewnętrznym nakazem wpatrywania się w ciemną głębię ich losu, podmiot zbioru uzasadnia swój wybór odwołując się do etyki odpowiedzialności za obecność w zbiorowej świadomości tych, którzy złożyli ofiarę ze swego życia na rzecz wspólnego dobra. Nietrudno dostrzec, że jego postawa przeciwstawia się różnorodnym formom opresyjnej polityki pamięci.

Powtórzenia, z których składa się książka Wencla, mają jednak jeszcze inny wymiar: mieszczą się w ramach estetyki melancholii, która unosi się nad całym zbiorem. Eksponowany w nim obraz świata można odczytywać jako projekcję melancholicznego uwięzienia w poczuciu utraty. Jeśli tak, to warto jednak zauważyć, że ofiara i utrata stają się w analizowanym zbiorze stanem szczególnie uprzywilejowanym, otwierającym drogę do Boga, który ocala. W utworach poety nie jeden raz natrafiamy na fragmenty przekonujące, że istnieje osobliwa „nadzieja smutku”, coś, co sprawia, iż rozpacz i ból kierują nas ostatecznie ku horyzontom ocalenia, pochodzącego spoza dostępnej nam zmysłowo rzeczywistości. Także melancholia ma w omawianym zbiorze charakter romantyczny, otwarty na przemianę. Książka Wencla wpisuje się w szerszy nurt, który można chyba określić mianem „powrotu romantyzmu”. Czy zaowocuje on dziełami na miarę dokonań Mickiewicza, Słowackiego i Norwida?

- Wojciech Kudyba