Krivoklat

Jacek Dehnel
Krivoklat
  • Znak Literanova
    Kraków, maj 2016
    124 x 194
    240 stron
    ISBN: 9788324036288

Najpierw był Hans-Joachim Bohlmann (1937-2009), urodzony we Wrocławiu niemiecki wandal seryjnie niszczący słynne dzieła sztuki – podliczono go na blisko 140 milionów euro strat. Bohlmann, długoletni pacjent klinik psychiatrycznych, bywalec sal sądowych i aresztów śledczych, obiekt licznych mniej lub bardziej eksperymentalnych terapii (w tym, o ironio, terapii przez sztukę), ostatni raz dał o sobie znać w 2006 roku, gdy w amsterdamskim Rijksmuseum wylał paliwo z zapalniczki na „Bankiet gwardii narodowej" Bartholomeusa van der Helsta – a następnie paliwo to podpalił.    

Bohater nowej powieści Jacka Dehnela, tytułowy Krivoklat, współdzieli z Bohlmannem wiele szczegółów biograficznych, włącznie z dramatycznym końcem małżeństwa (tak żona Bohlmanna, jak żona Krivoklata opuściły ziemski padół, wypadając niechcący przez okno podczas mycia szyb), operacją lobotomii, wspomnianą już terapią przez sztukę, a także podstawową metodą niszczenia obrazów wielkich mistrzów – za pomocą przemyconych na teren muzeum bądź galerii dwóch litrowych butelek kwasu siarkowego.

Ale od tego momentu zaczynają się już różnice, a to za sprawą Thomasa Bernharda. Dehnel – pisarz obdarzony słuchem niemal absolutnym – nie tylko błyskotliwie i trafnie pastiszuje pulsujący Bernhardowski styl, pełen powtórzeń, wtrąceń i fatalistycznego sarkazmu, lecz także pożycza od autora Wymazywania samą figurę narratora wpisanego w koncepcję szaleństwa rozumianego jako unikalny przejaw zdrowego rozsądku. Bohaterowie mizantropijnej prozy Bernharda popadali w obłęd – czy też może bywali w obłęd spychani – dlatego, że dostrzegali rzeczywisty porządek rzeczy, ukryty pod miękką pierzyną mieszczańskiego samozadowolenia i samozakłamania. Sam akt dostrzeżenia owego porządku alienuje, stawia poza nawiasem, bez możliwości powrotu. Jest to więc tortura, która spotyka ludzi nadwrażliwych i genialnych – kara, jaką, nawiasem mówiąc, wymierzają przede wszystkim sami sobie za własną przenikliwość.

Krivoklat Dehnela to zatem bohater Bernhardowski, nie tyle sobowtór Hansa-Joachima Bohmanna (zwłaszcza, że Austriak, nie zaś Niemiec), ile pewna szczególna figura literacka – nieprzygotowanego czytelnika jego maniackie wywody mogą odstraszyć, koneser ucieszy się jak dziecko, któremu trafił się niespodziewany deser, ostatecznie Bernard nie żyje już od prawie trzech dekad. Po co jednak Dehnelowi Krivoklat? I po co mu ta gorzka satyra, „ein österreichisches Kunstidyll", jak zgryźliwie głosi podtytuł powieści? Po to, najogólniej rzecz ujmując, by porozmawiać o paradoksach naszego współczesnego stosunku do sztuki.

Krivoklat nie jest bowiem ani śliniącym się ignorantem, ani fanatycznym ikonoklastą – wręcz przeciwnie, uważa się za prawdziwego i szczerego miłośnika malarstwa, za oddanego sprawie znawcę, który prowadzi krucjatę  w  o b r o n i e  sztuki. Sztuka, sądzi Krivoklat, jest celowo zohydzana i wykorzeniana, jej miejsce zajmuje obsesja pieniądza „wysysająca z rzeczy ich dawną wartość". Muzealny terroryzm to rodzaj ofiary składanej z pojedynczego arcydzieła na ołtarzu sztuki, by „zadzwonić na trwogę i obudzić ludzkość". Cel uderzenia musi być starannie wybrany: „Bo jeśli mam poruszyć tysiącami, milionami sumień, jeśli naprawdę mam moim czynem potrząsnąć społeczeństwem (...) – to muszę uderzyć w to, co znają choćby z reprodukcji, z pudełek herbatników, z telewizyjnych reklam, (...) muszę im wyrwać to, co jest im bliskie jak drugi człowiek, jest bowiem równie co drugi człowiek niepowtarzalne".

Jeśli czynimy literackim wehikułem prozę Bernharda, musimy w pakiecie skorzystać także z jego świdrującej ironii. Samotnicza, desperacka donkiszoteria Krivoklata, „kwasowego wandala", interesuje głównie dziennikarzy, którzy mogą spektakularnie oszacować wywołane przez niego szkody na kolejne miliony euro, oraz firmy ubezpieczeniowe, które wypłacają muzeom odszkodowania. Dla wszystkich innych to po prostu wariat. Nikogo nie obchodzi, skąd się wziął, nikogo nie obchodzi, co się z nim stanie, o ile znajdzie się pod kluczem w stosownym przybytku. Sztuka naturalnie też nikogo nie obchodzi.

- Piotr Kofta          

Fragment powieści Krivoklat można przeczytać tu.