Drożdżownia

Jakub Kornhauser
Drożdżownia
  • Wydawnictwo WBPiCAK
    Poznań 2015
    160 × 210
    66 stron
    oprawa miękka

Drożdżownia, najnowsza książka poetycka Jakuba Kornhausera, w całości składa się z trudno definiowalnego gatunku literackiego, jakim jest poemat prozą – gatunek, którego ojcem i arcymistrzem po dziś dzień pozostaje Charles Baudelaire. Krakowski poeta formą swoich zapisków nawiązuje więc do najdonioślejszych dokonań literackich XIX wieku i jednocześnie relacjonuje w nich słowem poetyckim poszukiwania i dokonania artystycznych (malarskich) awangard pierwszej połowy XX wieku. Bohaterami jego utworów są, z jednej strony, wyjęci z opowieści o przedwojennym Krakowie rabin, szojchet, mełamed i uczniowie z chederu, z drugiej, lubujący się w pornografii mistrz wiedeńskiej secesji Egon Schiele, uprawiający ekspresjonizm i deformację Chaim Soutine, gustujący w grotesce i satyrze ekspresjonista James Ensor, miotający się od ekspresjonizm, kubizmu i surrealizmu po abstrakcjonizm Paul Klee i wreszcie poszukujący radykalnych rozwiązań w abstrakcjonizmie awangardowy sensu stricte malarz Kazimierz Malewicz, z trzeciej zaś, zagubiona w czasie i przestrzeni rodzina, niechybnie związana zresztą z krakowskim adresem Smolenia 50. „Willę wybudowano sto lat wcześniej” – czytamy w pierwszy zdaniu otwierającego tom Drożdżownia kawałku Smolenia 50. Kornhauser przywołuje egzotyczne już dzisiaj słowa oraz obrazy, by odtworzyć klimat przedwojennego multikulti w jego specyficznej, środkowoeuropejskiej odmianie. W rezultacie tworzy staroświeckie w formie, a anachroniczne i nostalgiczne w klimacie mozaiki, za pomocą których cofa się, jeśli dobrze rozumiem, do dzieciństwa nowoczesnej Europy. Poeta sugeruje tym samym, że prawdziwe jest tylko to, co przeżywamy po raz pierwszy, a więc w dzieciństwie. Szuka zatem korzeni zmierzchającego współcześnie świata w początkach nowoczesności, którymi była awangarda artystyczna pierwszej połowy XX wieku. Co w ten sposób odtwarza? Nieco infantylne, a przecież kubistyczne, nierealistyczne, fantasmagoryczne, surrealistyczne, lecz przede wszystkim baśniowe obrazki: „Zmięliśmy ostatnie zabudowania, żołędzie zmiażdżyły kościoły, młyn i sołtysa. Bar obrósł tłuszczem i pękł wstydliwie za zakrętem. Zapakowaliśmy tylko sentymentalne galaretki; makaron z mięsem rzuciliśmy gawronom. Stryj, co homologuje busy, dał nam konia, wymknęliśmy się ze wsi tylnym wyjściem, którego od dawna nikt nie pilnował. Koń skrzypiał, coś czerwonego nabrzmiało między pniami. To ministrant. Nie zauważył, że zmienił się w brodatego krasnala, a raczej stracha na wilki” – tak brzmi utwór Aleja drzew (Soutine) z cyklu Mały cukiernik. W tych na poły bajkowych, na poły ludycznych pejzażach urodzony w 1984 roku poeta przedstawia swój los jako całkowicie już dziś niemożliwy do zrealizowania – możliwy jednak do poetyckiego odtworzenia: „Wyrzucają przez okna gęsie pipki! Pędzimy jeden przez drugiego. Sprzedawca widelców łapie się za głowę: poszturchiwania i wyzwiska, zbieramy z trawy resztki rozgotowanych ziemniaków. W synagodze koncert, klapa fortepianu odcięła komuś dwa palce – przynajmniej tak mówił ojciec, któremu nie zawsze można wierzyć. Nie weszliśmy do środka, bo koło starej cegielni rozgrywano mecz czwartej ligi. Pod wypłowiałym smokiem na transparencie – wuj K. z wąsami i megafonem, ten, który przywiózł nam kiedyś kopertę z banknotami. Był gruby i spadały mu okulary. Oprócz pieniędzy podarował mi też złoty łańcuszek z kozłem. To właśnie wtedy ojciec stwierdził, że Żydów już nie ma. Wuj K. coś mu odpowiedział, ale w jidysz, wszyscy jedliśmy jajka i macę z powidłami” – pisze Kornhauser w utworze Dom w Kwapince z cyklu Domy polskie, sugerując tym samym, że spóźnił się na swoje własne życie o dobry wiek. Ale czy poeta uważa ostatnie sto lat za całkowicie stracone? Nie. Tęskni po prostu do dzieciństwa nowoczesności, tak samo zresztą jak tęskni do własnego dzieciństwa i tego domu, w którym „gdzieś na dnie szafy w dużym pokoju” odnalazł niegdyś starą menorę.

   

Karolina Felberg-Sendecka