Wykluczeni

Artur Domosławski
Wykluczeni
  • Wielka Litera
    Warszawa, marzec 2016
    205 x 135
    576 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8032-083-3

Wykluczeni Artura Domosławskiego to ponad pół tysiąca stron poświęconych ludziom, o których nie chcemy myśleć. Wiemy, że są, często zresztą bardzo blisko, ale wolimy o tej obecności (i bliskości) nie pamiętać. Nie zadawać sobie pytań; nie dlatego, że trudno byłoby przyjąć odpowiedzi. Przeciwnie, jesteśmy ich świadomi albo możemy się przynajmniej domyślać. Istota tej niechęci jest inna: otrzymawszy odpowiedzi, trzeba coś z nimi zrobić: zgodzić się albo zaprotestować, poszukać własnej winy albo zdjąć z siebie odpowiedzialność. Znaleźć w sobie empatię albo wyzwolić gniew. Lub inaczej: dokonać wysiłku, żeby żadnej z tych emocji nie dać dojść do głosu. Obojętność też wymaga aktywności.

Reportaż właśnie temu ma jednak służyć: wytrąceniu z równowagi. Być może to jedyne, co można zrobić, pisząc: postawić przed oczami czytelnika temat albo człowieka i jego historię – i zmusić, by spojrzał mu w oczy.

Domosławski w swojej najnowszej publikacji, będącej pewnego rodzaju podsumowaniem dwudziestu lat podróży do krajów Południa, stara się nakreślić możliwie szeroki portret tych, „o których nikt się nie upomni i za którymi nikt nie zatęskni”. To bodaj najbardziej zwięzła definicja głównego, zbiorowego bohatera książki (choć sam Domosławski pisze o nich: „współautorzy tej opowieści”). Sam stara się ją jednak pogłębić, tytułowe wykluczenie bowiem dotyczy tak znacznej części ludności świata, że jakiekolwiek próby skondensowania opisu byłyby wycinkowe, niepełne. Oczywiście, Domosławski też zawęża krąg poszukiwań – a raczej kręgi wykluczenia. Robi to jednak po to, by pokazać, ile różni ich od prekariuszy naszego czasu. Jego homo sacer – ludzie przeklęci to „mężczyźni, kobiety i dzieci, którzy żyją w biedzie, bez perspektyw, nieraz w przedsionkach otchłani, wyzuci z praw – politycznych, obywatelskich albo ekonomicznych, a czasem wszystkich naraz”.

I tak, autor stawia nam vis a vis i zmusza do spojrzenia w oczy: matkom, żonom, córkom mężczyzn z kolumbijskiego Soacha zabijanych przez wojsko i „legalizowanych” później jako zlikwidowani partyzanci – w zamian za premie pieniężne. Krewnym kobiet z meksykańskiego Ciudad, które poniosły śmierć, bo… można im ją zadać, sprawcy pozostaną bezkarni. Migrantom ekonomicznym i uchodźcom, pokazując jednocześnie zupełną nieadekwatność tych pojęć, to, jak słowa zmieniły swoje znaczenie i zatraciły precyzję w opisywaniu zjawisk. Rodzinom dzieci zabijanych na zlecenie drobnych sklepikarzy w Brazylii, bo jako „uliczne męty” przeszkadzają w prowadzeniu biznesu. Domosławski pokazuje w tej książce również, jak bardzo bieda niszczy solidarność – jak trudno o nią nie tylko nam tu, ale także tym, których ona bezpośrednio dotyczy; przytacza pytania, które to zobojętnienie w cierpieniu pokazują: „skoro moje życie nie jest nic warte – ile może być dla mnie warte twoje?”.

W książce mówią jednak nie tylko wykluczeni. Głos zabierają w niej również ci, którzy czują się za nich odpowiedzialni. Domosławski przypomina też, że nie można mówić o marginalizowanych bez przedstawiania tych, którzy wykluczają. Podział, który między tymi dwoma grupami występuje, jest – dowodzi w swojej książce autor – immanentną częścią historii świata. Zdanie, któro powraca w Wykluczonych jak refren, fraza zapożyczona od Svena Lindqvista: „Chcemy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm. Tak jest najwygodniej” nie jest tu pozbawiającą złudzeń pointą, przeciwnie, raczej początkiem, punktem wyjścia. Owszem, podział świata na tych, którzy „mają”, o których „ktoś się upomni” a tych, którym odmawia się nawet elementarnego prawa do istnienia, jest wpisany w naturę świata, skala dysproporcji i dystansu, który je dzieli, ma jednak wyjątkowy charakter. Nie jest też usprawiedliwieniem dla zarzucenia wysiłków mających na celu skrócenie tego dystansu.

Wykluczeni to reportaż społecznie zaangażowany, nie wchodzący jednak w obszar publicystyki, a operujący narzędziami właściwymi dla gatunku. Kompleksowość podejścia do tematu wykluczenia (w oparciu o bogatą dokumentację), powracanie do wątków sprzed lat, próby ukazania go z wielu perspektyw – z poziomu łódki, z której wysiądą „ludy Południa i zapukają do bram”, ale i znad folderów reklamujących wycieczki do stref wojennych; znad kawy pitej gdzieś w głębokim interiorze i  raportów organizacji międzynarodowych, stenogramów sądowych; z rozmów z tymi, których odpowiedzi nikt wcześniej nie był ciekawy, jak Rana Ahmed z Pakistanu, który chciał dostać się do Polski i tu pracować, jak matki z Gazy, jak beduini spod Jerozolimy, jak Miriam z Salwadoru, która „wiedziała jak to jest pchnąć człowieka nożem”, ale udało się jej wyrwać z gangu -  to wszystko i wiele innych wątków składa się na książkę, która uwiera.

Bo to nie jest przyjemna lektura. Co wcale nie znaczy, że nie należy po nią sięgać. Przeciwnie. Tak właśnie ma być: niewygodnie. Domosławski wytrąca z równowagi, wyciąga ze strefy komfortu i każe skonfrontować się z tym, z czym konfrontować się zazwyczaj nie chcemy. Nie ocenia przy tym tego „niechcenia”, przeciwnie, stawia siebie w jednym szeregu. Wiele pytań, które stawia czytelnikowi, stawia najpierw przede wszystkim sobie. Na wielu poziomach: musi się z nimi zmierzyć nie tylko jako autor, reporter, opisywacz-świata, ale jako podróżnik, konsument, obywatel. Sąsiad tych, którzy „urodzili się w złej części miasta, czyli po lepszej stronie życia”, wystarczająco odległy, żeby na co dzień o tym dystansie zapomnieć, ale wciąż niewyzbyty wrażliwości na tyle, żeby o niej nie pamiętać.  Doświadczenie Sontagowskiego „widok cudzego cierpienia” nie ma więc na celu wzruszenia, z którego nic nie wynika, wywołania melodramatycznego, a usprawiedliwiającego westchnięcia (równoznacznego z samorozgrzeszeniem). Chodzi przede wszystkim o obudzenie świadomości, o ten szczególny moment zatrzymania się i spojrzenia w oczy.

- Magdalena Kicińska