Żeby nie było śladów

Cezary Łazarewicz
Żeby nie było śladów
  • Czarne
    Wołowiec, luty 2016
    133 × 215
    320 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8049-234-9

Są historie same w sobie tak mocne, że przesadna „literackość” mogłaby im tylko zaszkodzić. Cezary Łazarewicz na szczęście o tym wie. Swą opowieść o sprawie Grzegorza Przemyka zaczyna od intymnego wyznania. Przywołuje chwilę, gdy w czytelni Sądu Okręgowego w Warszawie znalazł list od matki zakatowanego przez milicję chłopaka - poetki Barbary Sadowskiej. Nie znał jej osobiście, ale poczuł się tak, jakby pisała do niego. Zrozumiał, że wobec jej bolesnej skargi zbyt wielu dziennikarzy pozostało obojętnych, zatem on już nie może. Musi się tym zająć. „Padło na mnie” - pomyślał.

Po tych kilku zdaniach łatwo się obawiać egzaltacji wybrańca. Ale już w następnym rozdziale autor chowa się za faktami. Pozwala im mówić na tyle, na ile to tylko możliwe. Choć to on dokonał selekcji materiału (przeczytał m.in. 83 tomy akt IPN!) i skomponował opowieść według własnego pomysłu, wystrzega się dosadnych sądów, ideologicznych wykładów, wszelkiej łopatologii. Wykonuje po prostu rzetelną pracę reportera, przemawiając w pierwszej osobie już tylko wtedy, gdy jest to konieczne (bo musi np. wyjaśnić, dlaczego czyjejś wypowiedzi nie udało mu się zdobyć). Mimo to książka Żeby nie było śladów zmienia się niepostrzeżenie we wstrząsające oskarżenie minionego systemu.

Przypomnijmy: 12 maja 1983 roku Grzegorz Przemyk został zatrzymany na Placu Zamkowym w Warszawie. Świętował z kolegami maturę pisemną. Wygłupiali się, wcześniej wypili trochę wina. Był w zadziornym nastroju i nie zgodził się pokazać dokumentów. Ciężko pobity w pobliskim komisariacie zmarł dwa dni później. Jego pogrzeb przerodził się w manifestację. Był najmłodszą ofiarą stanu wojennego - do ukończenia 19 lat zabrakło mu pięciu dni. Mimo dwóch procesów (w latach 80. i 90.) jego sprawa nie doczekała się sprawiedliwego wyroku.

Łazarewicz pokazuje, jak śmierć nastolatka angażuje stopniowo niemal całą machinę państwową. Upiorny absurd goni absurd koszmarny. Dla ratowania wizerunku milicji podejrzenia zostają rzucone na sanitariuszy pogotowania, którzy nie tylko nie mieli powodu, ale też możliwości pobić Przemyka. Przeraźliwe wycie z bólu ofiary jest interpretowane jako okrzyki karate, co ma tłumaczyć użycie siły wobec agresywnego jakoby aresztanta. Wreszcie mnóstwo wysiłku zostaje włożone w zrujnowanie reputacji jemu i jego rodzinie.

Matka to w tej książce jedna z najważniejszych postaci. Trudno rozstrzygnąć ponad wszelką wątpliwość, czy zatrzymanie na Placu Zamkowym było przypadkiem, czy zaplanowaną zemstą za jej działalność opozycyjną. Na tym bynajmniej nie koniec niewiadomych. Łazarewicz prowadzi dziennikarskie śledztwo uczciwie i niczego nie przemilcza, by np. uwiarygodnić wybraną przez siebie, jedną z możliwych wersji wydarzeń. Kłamstw i zatajeń było w tej sprawie już dosyć, dlatego nie odpuszcza czytelnikowi niczego - ani drastycznego opisu narządów umierającego Grzegorza, ani sekretnych szczegółów prywatnego życia Barbary.

Ale jest w tej historii jeszcze ktoś, kto fascynuje być może bardziej od tych dwojga. To imiennik autora: Cezary F. Niewiele starszy od Przemyka nie jest jednak jego przyjacielem, tylko partnerem matki. Staje się głównym świadkiem. Choć sam nie jest święty i wciąż przeżywa rozterki, nie daje się próbom zastraszenia ani emocjonalnym szantażom. Rozpracowuje go 240 esbeków, a on uparcie trwa w przekonaniu, że musi dać świadectwo prawdzie. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że donosi na niego jego własny ojciec - najpewniej przekonany, że robi to dla jego dobra. Nic tu nie jest jednoznaczne, od niuansów puchnie głowa. Warto czytać tę książkę szczególnie dziś - gdy otwiera się bieliźniarki, a ferowanie wyroków przychodzi niektórym zbyt łatwo.

Świetna rzecz. Nie ma takiej możliwości, żeby nie było po niej śladów w czytelniku.

- Małgorzata I. Niemczyńska