Samotność Bogów

Dorota Terakowska
Samotność Bogów
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 1998
    208 stron
    ISBN 83-08-02842-3

Książka podejmuje podstawowe, ważne szczególnie obecnie, tematy naszej roli w świecie, przemian świadomości, miejsca, jakie przyznajemy wierzeniom religijnym, spraw sumienia, odpowiedzialności za los swój i innych. Wyłaniają się one z dziejów młodego Jona, żyjącego w czasie przełomu między pogaństwem a chrześcijaństwem. Umierający pogański bóg umożliwia bohaterowi wędrówkę - i działanie - w czasie i przestrzeni, w świecie, gdzie rzeczywistość materialna przeplata się z historyczną i literacką fikcją, a codzienne wydarzenia stają się komponentami nieodwracalnej historii, zyskują wymiar uniwersalny. Nie jest to typowa fantasy, podobnie jak nie jest baśnią ani "czystą" powieścią inicjacyjną; ten utwór wymyka się klasyfikacjom. Wprowadza czytelnika w otwarty i zmienny świat symboli, archetypów, pozostawiając go z pytaniami i wątpliwościami, z którymi sam musi sobie poradzić. Powieść otrzymała Nagrodę Roku Polskiej Sekcji IBBY na "Książkę Roku" 1998.

- książkę poleca Ulrike Bischof

Fragment

Głównym bohaterem powieści Doroty Terakowskiej Samotność Bogów jest Jon. Czytelnik poznaje go jako dwunastoletniego chłopca, który w czasach nawrócenia pogańskich plemion na wiarę chrześciańską mieszka w wiosce w Puszczy.
Plemię Jona żyje codziennymi sprawami w rozdarciu między lękiem przed starymi bóstwami a miłością do nowego Boga Dobroci.
Jon otrzymuje przydomek "Jon w Drodze" - ale w jakiej drodze? Przyjąwszy zaproszenie Jona czytelnik wie tylko, gdzie owa Droga się zaczyna. Na drugim brzegu rzeki, w Puszczy. Ale już przekroczenie rzeki w tym miejscu jest łamaniem tabu, na co czytelnik zgodzi się razem z Jonem.
Na drugim brzegu Kamienna Droga prowadzi nas do Bezimiennego, do Światowida, którego "powołały do istnienia tysiące ludzi, setki tysięcy ludzi przed wielu wiekami". Jego czas bezpowrotnie się skończył, a nowe które przyszło, miało być lepsze i nazywało się cywilizacją. Co ta cywilizacja ze sobą niesie? Spójrzmy z Jonem przed siebie, tam gdzie spoglądają oczy umierającego Boga - a trafimy za każdym razem do innego świata. Do zielonego świata sali operacyjnej - może gdzieś teraz i tutaj.
Jon, wybitny chirurg wykonuje operację rutynową - przeszczep serca. W sterylnym pojemniku jednak leży niespodzianka "Królowej śniegu", serce mordercy .... a chłopiec po udanej operacji też staje się mordercą. Jon chce mu pomóc i w końcu mu pomoże, płacąc za to wysoką cenę własnego życia.
W innym świecie poznajemy z Jonem prostą wieśniaczkę (Jeanne d'Arc), którą później spotkamy na stosie. Jon nie może już uratować jej od śmierci, ale uratuje ją od zapomnienia, podając jej kropę Wody życia.
"To nie jest Woda zwykłego życia, ale życia po życiu. Ty umrzesz, ale będzie żyć pamięć o tobie. Bardzo długo. Zawsze. Na wieki."
Jon rozumie, że ta jego "cywilizacja" niesie rzeczy okrutne jak stosy: "Stosy są wbrew Bogu. Wbrew wszystkim Bogom, jacy kiedykolwiek istnieli lub będą istnieć." By towarzyszyć staremu bezimiennemu Bogu na jego ostatniej drodze, by spełnić swoją misję, Jon zostawi żonę i dziecko. Umiera w momencie narodzin swego syna.
Wymagająca lektura, nawiązująca do ogólnoeuropejskiej historii, dla czytelników, którzy nie szukają gotowych odpowiedzi i nie lubią obrazów biało-czarnych.

Samotność Bogów Warkot bębnów wciąż nabierał tempa i brzmiał teraz jak stukot tysiąca końskich kopyt, cwałujących po Kamiennej Drodze. Na tę Drogę, po drugiej stronie Rzeki, Jon trafił przez przypadek, ale nim uszedł kilkadziesiąt kroków, wstrzymał go głos szamana. Szaman, stary i zgarbiony, stał na właściwym brzegu, gdzie zbiegały się ścieżki z Wioski, był niewidoczny dla oczu chłopca, a jednak chłopiec usłyszał jego czyste, wyraźne wołanie:
- Jon! Wracaj! Tabu!
Jon nie musiał słuchać szamana. Władza szamanów formalnie skończyła się, wszyscy w Plemieniu pokochali już inne Bóstwo - zwane najczęściej Bogiem Dobroci. Nie potrzebowało Ono plemiennych czarowników, gdyż nowe rytuały odprawiali przybyli z Dalekiego Kraju kapłani. A jednak choć Bóg Dobroci panował już prawie półtorej setki lat, po śmierci poprzedniego szamana Plemię wybrało następnego - i kapłani przymknęli na to oczy. Owszem, szamani służyli dawnym, odrzuconym bóstwom - "bałwanom", jak uparcie mówił młodszy kapłan - lecz chronili też Wioskę przed ich zemstą i leczyli ludzi z chorób. Kapłani, w przeciwieństwie do szamanów, byli uczeni w piśmie, nigdy nie ulegali przesądom i nieśli - Jon kochał to słowo - Cywilizację, nie umieli jednak radzić sobie ze starymi Bogami, z ich mściwą naturą, ani z chorobami nękającymi ludzi z Plemienia. Niektórzy szeptali nawet, że część tych chorób - wcześniej nie znanych w Wiosce - przynieśli z sobą, z różnych Dalekich Krajów i zza mórz, właśnie ludzie w długich sukniach. Szamani nauczyli się je leczyć, minęło jednak wiele lat, nim odkryli, jakie zioła są naprawdę skuteczne, a które należy dopiero wyhodować, krzyżując różne gatunki z pomocą całkiem nowych zaklęć. Nim się tego nauczyli, wielu ludzi w Plemieniu zmarło na dziwaczne, nieznane choroby, ale już nie szaman - w rytualnym stroju i strasznej masce - odprowadzał ich w ostatnią Drogę. Rolę tę wzięli na siebie kapłani, nawet nie pytając, czy Kraina, ku której wiodą umierających, im odpowiada. Wyglądało, że wiedzieli lepiej niż Plemię, co jest dla ludzi z Puszczy dobre i co służy Cywilizacji.
Kapłani zatem wciąż jeszcze tolerowali obecność ostatniego szamana (kiedyś było ich wielu); udawali, że go nie dostrzegają, a czasem zezwalali na rytualne bębnienie w czasie dawnych świąt - nie zgadzali się jedynie na składanie krwawych ofiar bóstwom. Dawni Bogowie potrzebowali ich - Bóg Dobroci nie tylko ich nie przyjmował, ale wręcz potępiał. Na razie.
Dziś właśnie była Noc Starych Bogów, a właściwie najważniejszego z nich, którego jednak nigdy nie wymieniało się z imienia, aby go szybciej i łatwiej zapomnieć. Dlatego bębny zaczęły wybijać swój rytm zaraz po zmroku, a gdy zapadła noc, ich rytm był już szaleńczo szybki, a bębniący mokrzy od potu. Pot spływał po nagich ciałach, wielkimi kroplami skapywał na ziemię, wsiąkał w nią - jako przebłagalny dar Plemienia dla porzuconego już bezimiennego Boga. Bębny dudniły prawie pół doby, ale kapłani skryli się w świątyni i udawali, że nie słyszą. Polish edition by Wydawnictwo Literackie