Wtedy. O powojennym Krakowie

Joanna Olczak-Ronikier
Wtedy. O powojennym Krakowie
  • Znak
    październik 2015
    140 x 205
    320 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-240-3869-5

Wspomnienia Joanny Olczak-Ronikier to historia bez happy endu, choć rozpoczyna się w 1945 roku, a więc po końcu wojny. Autorka wspomina swoje dzieciństwo, ale robi to bez sentymentu, brak tu też nostalgii, wiele za to goryczy.

Nawiązuje się tu nić opowieści przerwana w „Ogrodzie pamięci”, u progu wojny właśnie. W 1945 roku odnajdujemy zatem Janinę Mortkowiczową i jej córkę Hannę Mortkowicz-Olczakową w małym pokoiku na ul. Krupniczej w Krakowie, w kamienicy zajętej przez literatów. Brakuje jeszcze najmłodszego członka rodziny, Joasi, bo ta – oddana pod opiekę zakonnic w 1942 roku – zagubiła się w czasie zawieruchy wojennej. Dziewczynka odnajduje się dopiero w czerwcu 1945 roku. Kobiety próbują odbudować swoje życie, nadać mu fason, choć ich życie daleko odbiega od warunków przedwojennych. Mieszkają we trzy w jednym pokoju, ale babka nie zgadza się, by gotować w salonie, nakazuje umieścić kuchenkę w łazience. Gdy przychodzą goście, trzeba chować odzież i zmiatać ze stołu papiery, ważne jest przecież utrzymanie formy inteligenckiego domu, nawet jeśli to forma ograniczona do kawalerki.

„Wtedy” to opowieść odkłamująca przeszłość, prezentująca absolutną zapaść społeczną po zakończeniu wojny, rodzenie się nowej polityki i dopasowanej do niej nowej kultury, strach, żałobę i rozpacz. Olczak-Ronikier pokazuje, że nasza wiedza o przeszłości jest wiedzą naiwną, bo typowe dla okresu powojennego były nie radość, a raczej lęk, milczenie, czy bolesne wspomnienia, których jednak nikt nie ujawniał. Na straży milczenia oficjalnego stało państwo z aparatem cenzury. O śmierci w czasie wojny pisano peryfrastycznie: „umarł w 1942” lub „umarł w 1943”, gdy w gruncie rzeczy chodziło o śmierć głodową w getcie czy wywózkę do Treblinki. Obok milczenia narzuconego przez władzę istniało także inne milczenie, oddolne, nieuzgodnione społecznie, a powszechne: wynikało z pragnienia zachowania godności, nierozpływania się w dramacie wojennym, wreszcie z psychologicznej potrzeby zatrzymania koszmaru i ograniczenia go do ram wojny. Cierpienie wojenne i rozliczenie przywoływała władza rzadko, tylko wtedy gdy było ono użyteczne w sensie politycznym – tuż po wojnie nakłaniano do wypełniania kwestionariuszy strat wojennych, bo ich celem było zdobycie odszkodowań od Niemców. Nie wliczano tutaj strat, jakie spowodował Związek Radziecki, nie pozwalano zabrać głosu „wrogom ludu”, ani też mieszkańcom Ziem Odzyskanych.

Przyszłość przywoływana jest tutaj na podstawie wspomnień, ale też listów matki i babki, różnych zapisków i dokumentów, które w domu się przechowały. Ważna to perspektywa, ponieważ Joanna Olczak-Ronikier rzadko używa poetyki dziecięcego wspomnienia, co pozwala jej uniknąć uproszczeń. Często za to wprowadza dramatyczny chwyt konfrontacji między tym, co powraca w dziecięcym wspomnieniu a prawdą historyczną, rozmowami, które dorośli toczyli z daleka od pokoju dziecięcego. Z czasem zmienia się jej rozumienie przeszłości: na nowo opowiada różne sceny, w których uczestniczyła – wspomina spotkanie babki z księżną Radziwiłłową, której przyniosła część rodzinnych dokumentów z utraconego pałacu w Nagłowicach, zamienionego na dom pracy twórczej. Księżna unosi się dumą, nie chce rozmawiać jak równy z równym, proponuje za to pieniądze, co oburza babkę, liczącą na sympatię i wdzięczność. Współcześnie komentuje tę sytuację Olczak-Ronikier: „Zmądrzałam i dopiero dziś rozumiem tragizm przeżytej sytuacji (…). Los między mną a nami ustawił dwustronne lustro. Widziałyśmy tylko własne odbicia”.

Można czytać opowieść Joanny Olczak-Ronikier po krakowsku, wyszukując tropy miejskie i nazwiska osób tu urodzonych lub szukających tutaj po wojnie schronienia. To także historia o kamienicy zajętej przez komunę literatów, jedyny taki adres w Polsce, gdzie dach dzielili: Wisław Szymborska, Tadeusz Różewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński, Sławomir Mrożek. Można czytać „Wtedy” jako opowieść o wojennych stratach i chwili transformacji powojennej, gdy powoli odchodziła w przeszłość dawna formacja, a jeszcze nie zajęła jej miejsca nowa rzeczywistość (bo opowieść ta kończy się na przełomie 1948 i 1949 roku). Można szukać tu rachunku wojennych start, jakie poniosła wspólnota polskich Żydów, prześladowana przez szmalcowników, odsprzedająca swoje mieszkania i biblioteki, zmieniająca nazwiska. To także opowieść o przemianie ideałów, o dzieciństwie w cieniu wojny, o tym, jak wracają nieprzepracowane traumy i nie sposób wyrzucić wojennych papierów. Jest to także fascynująca historia rozgrywająca się w długim cieniu wojny, którą można czytać wraz z reporterską książką Magdaleny Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój” oraz prozatorskim „Szumem” Magdaleny Tulli. Powracają w nich te same problemy i podobne diagnozy, podobnie kształtuje się pamięć kultury.

- Paulina Małochleb

Fragment książki można przeczytać tu.