Spiski. Przygody tatrzańskie

Wojciech Kuczok
Spiski. Przygody tatrzańskie
  • W.A.B.
    Warszawa 2010
    280 stron
    ISBN: 978-83-7414-687-6

Spiski to cykl pięciu opowiadań powiązanych przestrzenią Tatr i – bohaterem. W pierwszym opowiadaniu widzimy dziesięcioletniego chłopca zrozpaczonego ojcowskim pomysłem rodzinnego wyjazdu w góry, jako że właśnie toczą się mistrzostwa świata w piłce nożnej, a w góralskiej chacie telewizor słabo odbiera. W opowiadaniu ostatnim bohater ma lat 28, jest doświadczonym taternikiem i grotołazem, i wreszcie zyskuje nadzieję na wzajemność ze strony najpiękniejszej góralki, w której podkochiwał się od dzieciństwa… Wygląda to na opowieść z pomyślnym zakończeniem – ale wszystko to nie jest zupełnie bezproblemowe.

Spiski są bowiem parafrazę Gnoju – najbardziej znanej i najbardziej przygnębiającej powieści Kuczoka, w której  ojciec stał między dzieckiem i światem niczym okrutny strażnik, zabraniający radości, ingerujący w sferę intymną, niszczący zaufanie dziecka do samego siebie.

Spiski przetwarzają całą tę strukturę: ojciec nadal usiłuje modelować syna, ale ustępuje, gdy napotyka opór; nie stosuje przemocy, więc nie trzeba z nim toczyć freudowskiej walki o dominację. Co więcej, podczas jednej z późnych wypraw syn odzyskuje kontakt z ojcem. Obaj odnajdują w górach doraźną ojczyznę, czyli miejsce, w którym można żyć z wyboru, a nie ze skazania. A wieloletnia chłopięca miłość zyskuje na końcu opowieści szansę spełnienia w trwałym związku – być może więc trzeba było najpierw opowiedzieć historię straszną, aby zyskać prawo do opowieści pogodnej.

Ale ta pogoda wynika z jeszcze jednej linii fabularnej – związanej z oporem stawianym przez rzeczywistość. Istnieją jeszcze górale – gospodarze chętnie goszczący turystów, za to agresywnie nastawieni do każdego, kto chciałby poślubić „ich” kobietę i ewentualnie wśród nich zamieszkać. Nie da się ich zjednać darami bądź pokonać siłą. Dlatego bohater musi ich podejść – trochę oczarować, trochę oszukać.

To uruchamia przewrotną powiastkę – o mieszkańcu miasta, który dzięki wierności, znajomości gór i umiejętności udawania wykradł to, co najcenniejsze, nie naruszając dumy autochtonów i nie tracąc tożsamości własnej. I został uznany za swojskiego przybysza. W tym dziwnym „obcym oswojonym” górale zyskują kogoś bezcennego – zmyślacza, który odnawia folklor. A jest to folklor w stanie zaniku, przegrywającej z wódką i chciwością. W ten świat ginącej kultury bohater wprowadza życie: wymyśla lokalną bestię, podtrzymując legendę wyjątkowości regionu, i snuje opowieść o dobrych związkach między ludźmi i naturą.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Członkostwo w klubie wysokogórskim też mnie specjalnie nie pociągało; nie po to uciekałem w góry, żeby się zrzeszać i stowarzyszać, zbyt dobrze poznałem prawdziwy charakter tych ferajn, ględzących co czwartek w wynajętej piwniczce o sprawach statutowych, dyscyplinarnych, szkoleniowych i tak dalej. Zebrania w klubach wysokogórskich są nade wszystko okazją do tworzenia regulaminów, struktur i hie­rarchii, do smęcenia dziadków, co to już im zdrowie, tusza albo żony nie pozwalają realizować celów wspinaczkowych; nie mogąc wspinać się w górach, szukają szacunku i poważania dla swojej pozycji w strukturach i hierarchiach, które sami tworzą. Rychło zacząłem być przez nich postrzegany jako szkodnik, bo nie kwapiłem się ani do malowania drzwi klubowego kibelka, ani do piwkowania w czwartkowe wieczory, pona­dto działałem w terenie niedostępnym, nie wpisywałem swoich wypadów do księgi wyjść, żeby nie zostawiać na piśmie dowodów bywania w rejonach zakazanych; na domiar złego, wspinając się bez zabezpieczeń, sia­łem zgorszenie wśród kursantów.

Kiedy więc matka zaproponowała, żebym ojca za­brał na jedną z moich wycieczek, uznałem to za pomysł chybiony nie dlatego, bym nie wierzył w potęgę gór­skich doznań, zdolnych przeobrazić największych na­wet malkontentów w ludzi skorych do zachwytu, lecz dlatego że miałem poważne obawy, czy uda nam się w ogóle w jakieś dzikie strefy dotrzeć. Bo gdyby nawet pogoda odpuściła, ojciec by nie odpuścił i zatruwałby mnie pomstowaniem na to, jak cepry Tatry niszczą i plugawią, jak śmiecą i hałasują, jak potem, ratując im dupy, goprowcy stresują kozice i świstaki, bo przecież helikopter hałasuje jeszcze bardziej.

Bez trudu byłem w stanie przewidzieć, jak mój ojciec, idąc szlakiem na grzbiecie Krzesanicy, będzie marudził, że taki rozdeptany, ale przy pierwszej próbie odbicia gdzieś w bok stwierdzi, że ze szlaku zba­czać nie wolno, co by było, gdyby tak wszyscy zbaczali. A jeśli będę go chciał gdzieś poprowadzić ścieżką wy­deptaną przez grotołazów, zapyta, czy mam zezwole­nie, żeby tak zbaczać. A kiedy po raz setny mu odpo­wiem, że mam, specjalnie wstałem rano i załatwiłem w wyznaczonej do tego porze u strażników, pójdzie co prawda za mną, nie przestanie jednak zrzędzić, na przykład o tym, na jakiej podstawie właściwie ta­kie zezwolenia się wydaje. A kiedy mu powiem, że na podstawie okazanej karty taternika, zapyta, na jakiej podstawie wydaje się kartę taternika. A kiedy odpo­wiem, że na podstawie odbytego kursu taternickiego zakończonego egzaminem teoretycznym i praktycz­nym, zapyta, czego właściwie wymagają na takim egza­minie teoretycznym. A kiedy mu odpowiem, że przede wszystkim znajomości topografii Tatr, dopyta, czego jeszcze, a kiedy mu już szczegółowo przedstawię pro­gram zajęć na kursie skałkowym i taternickim, a także pełną listę zagadnień, zapyta o etykę, czy wymagana jest znajomość etyki, jak sprawdzany jest etyczny po­tencjał kandydatów, jak sprawdzić, czy zdolni są do zachowań etycznych w ekstremalnych sytuacjach. Od­powiem mu, że tej zdolności nie sposób przecież zwe­ryfikować w sytuacji, która nie jest ekstremalna, że na kursie co prawda uczą, jak w sytuacjach ekstremalnych sobie radzić, jak w takich sytuacjach zachowywać się wobec partnerów, ale nikt nie może być pewien, że się do tych nauk zastosuje, kiedy przyjdzie mu rato­wać dupę; to wychodzi w praniu. Wtedy ojciec postawi na swoim, przestanie wypytywać i zacznie monologo­wać o etyce i moralności; a kiedy zwrócę mu uwagę, że znajdujemy się poza szlakiem w parku narodowym i właściwie w myśl etyki, o której rozprawia, nie po­winien hałasować, odpowie, że nie hałasuje, tylko mówi.

I przejdziemy jeszcze kilkadziesiąt kroków, aż ścieżka zbliży się do urwiska, a ja wtedy powiem: „Oj­cze, proszę,  żebyś już przestał monologować”, a on wtedy odpowie, że nie monologuje, tylko mówi do mnie. W domu też, kiedy prosiliśmy go, żeby przestał, nie przestawał, odpowiadając, że przecież on tylko mówi, chyba wolno mu mówić. Powiem mu jeszcze raz: "Ojcze, zamknij się, bo zrobię ci krzywdę. Matka kazała mi zapewnić ci ekstremalne przeżycie, które cię odmieni; uważam, że jedyny sposób, żeby cię radykal­nie odmienić, to zrzucić cię w przepaść. Prawdopodo­bieństwo, że przeżyjesz, jest nikłe, dzięki czemu, jeśli rzeczywiście uda ci się przeżyć, to doświadczenie radykalnie cię odmieni".

Oto więc każda moja próba wyobrażenia sobie, jak to będzie, kiedy zabiorę ojca w góry, kończyła się na tym, że zrzucam go w przepaść, dlatego też nie byłem przekonany do sensowności tego pomysłu, dlatego też cierpliwiej niż zwykle znosiłem jego smęcenia już w kuchni ciotki Niewcyrki,  kiedyśmy przez skropione deszczem szyby spoglądali na wczesnojesienną ponurość mgieł, skradających się pod dom. Ciotka jeszcze doparzyła herbaty, Biały Kuruc powiedział, że idzie w chałupę, po czym nie ruszył się z miejsca, a mój oj­ciec wpadł w kolejny słowotok, od którego nie było ucieczki, bo przecież tym razem przyjechałem z jego powodu,  dla niego specjalnie, żeby go rozmrozić, a jednocześnie natchnąć czymś pozytywnym, póki więc deszcz lodowaty odbierał chęć wyściubienia nosa z domu, musiałem znosić nieprzerwane strumienie filisterskiego besserwisserstwa.

– W górach już nie ma czego szukać w taką pogo­dę. Nie ma co chojraczyć. Góry chojraków nie lubią. Górom należy okazywać szacunek, a nawet strach. Kto się gór nie boi, ten się Boga nie boi. Chodzą te wszyst­kie matoły w adidasach, popisują się przed dziewucha­mi, a potem goprowcy życie muszą narażać, żeby im ratować tyłki. Po górach to się chodzi latem; w Tatrach,  jak się lato kończy, to się zima zaczyna, wszyscy wie­dzą, że to są tylko dwie pory roku...

Tym razem ojciec zaprezentował wszechwiedzę specjalisty znad barierki – tak nazywano w środowi­sku tych turystów, którzy po „honornym" dojściu z ro­dziną do schroniska w Morskim Oku drogą asfaltową wspierali się na barierce nad jeziorem i ogarniając wzrokiem pobliskie szczyty, popisywali się wiedzą topograficzną ograniczoną do rozpoznania kształtnej iglicy Mnicha i grani Mięguszy, po czym, spoglądając z resentymentem na młode łydki chłopaków idących na wspin, rozwijali teorię chojraczenia. Polegało to na wygłaszaniu złośliwego komentarza wobec każdego osobnika wyglądającego hożo i pomykającego chyżo, wygłaszaniu, rzecz jasna, cichcem do rodziny, żeby wiedziała, że prawdziwej męskości wbrew pozorom nie uosabiają ci żwawi młodzieńcy igrający ze śmiercią, lecz stateczność i rozsądek. Jak refren powracała przy tych okazjach fraza: ,,Wiecie, jak będą wyglądać te młodzieniaszki w moim wieku? Wcale nie będą, bo nie dożyją". Besserwisserstwo mojego ojca było nieco bardziej urozmaicone, bo przez tępy, filisterski wstręt do wszystkiego, co młode, odważne, spontaniczne, szalo­ne, czasem przebijała głębinowa melancholia; czasem, na krótko, w jego słowotoku pojawiały się fragmenty poniekąd inspirujące.