Księżyc myśliwych

Katarzyna Krenz, Julita Bielak
Księżyc myśliwych
  • Znak
    październik 2015
    140 x 205
    512 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-240-4046-9

Wizyta w laboratorium

Ostatnia dekada upłynęła pod znakiem gigantycznego sukcesu powieści kryminalnej. Okazało się, że historie o zbrodniach, czy to importowane, czy to rodzime, są najbardziej pożądanym, a może i najbardziej wiarygodnym – naturalnie z punktu widzenia czytelnika – rodzajem narracji o społecznej rzeczywistości późnego kapitalizmu.

W każdej modzie tkwi jednak zalążek antymody. Kryminały, nawet jeśli znakomite, budzą apetyt na antykryminał. Nie jest jasne, czym mógłby być antykryminał, ale przyjmijmy taką oto roboczą definicję: to powieść, w której, mimo fabularnych analogii z kryminałem, znaki zapytania są postawione w innych miejscach, przez co odbiorca musi się nagle skonfrontować z własnymi oczekiwaniami. Księżyc myśliwych Julity Bielak i Katarzyny Krenz z grubsza spełnia te warunki.

Po pierwsze jednak jest to – uwaga – powieść o pisaniu powieści o pisaniu powieści. Metametafikcja. Postmodernizm przebył długą drogę z intelektualnych salonów Paryża i Nowego Jorku, by trafić do tej książki, ale nie umniejsza to jej pomysłowości. Autorki, jeśli wierzyć wydawcy, tworzyły Księżyc myśliwych korespondencyjnie, wymieniając się pomysłami i fragmentami tekstu. Znajduje to odbicie w strukturze powieści, w której rozdziały narracyjne mieszają się z epistolarnymi. Tyle że owa warstwa epistolarna także jest częścią fikcyjnej – a przynajmniej upozowanej na fikcyjną – kreacji. Skomplikowane? Co ciekawe, właściwie wcale nie.

Ale idźmy po kolei. Lądujemy na wyspie Sylt, niegdyś ubogim skrawku piasku zamieszkanym przez fryzyjskich rybaków, obecnie eleganckim niemieckim kurorcie. Mglistym, wilgotnym, osobliwie ciepłym jak na swoje położenie geograficzne. Poza sezonem, bez dziesiątek tysięcy zamożnych urlopowiczów z kontyntentu, Sylt trwa leniwie w rytmie przypływów i odpływów, podwiewany zachodnimi wiatrami. Tę leniwą, północną sielankę zakłóca odnalezienie w miasteczku Westerland ciężko pobitego młodego mężczyzny. W jakim tajemniczym celu przybył na wyspę? Z kim miał się tu spotkać? I kto pragnął usunąć go z tego świata?

Kryminały lubią opowiadać o małych społecznościach – tu jest podobnie. Wszystkie fabularne ślady prowadzą do skromnej kawiarni, w której spotykają się główni protagoniści Księżyca myśliwych. Wielu z nich to uciekinierzy ze swoich poprzednich wcieleń: francuski matematyk, szwedzki marynarz, Angielka w dość przypadkowej ciąży. Kawiarnia staje się alegorią całej wyspy, miejsca, gdzie można szukać azylu, bezpiecznego schronienia przed wrogim światem, ale też przed samym sobą z przeszłości.

Za młodzieńcem, chwilowo cierpiącym na pourazową amnezję, zaczynają napływać kolejni przybysze: jego zaniepokojona dziewczyna z Lubeki, arogancki dziennikarz śledczy węszący grubszy temat, działaczka ekologicznej organizacji pozarządowej. Przynoszą ze sobą kolejne pytanie: Co łączy pobicie z głośną rok wcześniej sprawą zaginięcia naukowca badającego przybrzeżne szelfy?

Historia jak historia – sama w sobie jest dość standardowa. Ciekawsze rzeczy dzieją się na styku tej opowieści z epistolarnym komentarzem. Tak czytany, Księżyc myśliwych zaczyna przypominać coś na kształt laboratorium literatury popularnej. Z listów przebijają poważne ambicje artystyczne: chęć nadania tekstowi egzystencjalnej głębi, umieszczenia jej w kulturowym kontekście współczesnej humanistyki i sztuki. Quasi-autorki (pamiętajmy, że to środkowa warstwa narracji, tylko z jednym meta-) fascynują się twórczością Ingmara Bergmana, próbują więc zaszczepić pisanej przez siebie powieści jego fatalizm i melancholię. Tyle że – z drugiej strony – kryminał, jeśli ma zaspokoić oczekiwania wydawców i odbiorców, wymusza rozwiązania silnie konwencjonalne.

I to jest w istocie główny konflikt napędzający tę osobliwą książkę – konflikt umieszczony poza samą fabułą. Pisanie powieści można sprowadzić do sekwencji wyborów w kwestiach motywacji bohaterów czy rozwoju akcji: Księżyc myśliwych ma potężną ideową nadbudowę, ale pozostaje ona bez szczególnego związku z bazą – treścią samej historii o Sylt, która grzecznie mieści się w granicach wyznaczanych przez modne podgatunki prozy kryminalnej (inspirowane raczej przez Camillę Läckberg niż przez Bergmana czy Tarkowskiego). A czytelnik? Czytelnik odnajduje się w stanie miłej dezorientacji.

– Piotr Kofta