Gulasz z turula

Krzysztof Varga
Gulasz z turula
  • Czarne
    Wołowiec 2008
    125x195
    196 stron
    ISBN: 978-83-7536-040-0

Gulasz z turula to tom znakomitej prozy eseistyczno-podróżnej poświęconej Węgrom. Wybór tego akurat kraju zupełnie nie dziwi, bo w żyłach autora płynie również krew węgierska. W tytule książki znajduje się nazwa jednej z charakterystycznych potraw kuchni węgierskiej, podobnie jest w tytułach rozdziałów (“Pieczeń z Horthyego” czy “Salami ze  świętego Stefana”). Varga sporo miejsca poświęca opisom wizyt w restauracjach i knajpach różnego autoramentu oraz walorom rozmaitych potraw, od prostej pieczonej kaszanki, serwowanej z chlebem, musztardą i marynowanymi warzywami w sklepach mięsnych począwszy, a na bardziej skomplikowanych smażeninach i duszeninach skończywszy. Co więcej, przybliżanie specyfiki węgierskiej kuchni, niezdrowej, tłustej i ciężkostrawnej, służy opisowi węgierskiej duszy, pogrążonej w dusznej atmosferze i dręczących spleenach. Varga przedstawia Węgry jako miejsce, w którym panuje nieustanna melancholia, nostalgia, smutek, a nawet rozpacz, poczucie klęski i depresja, hołubiona z masochistyczną przyjemnością. Autor Gulaszu z turula przyczyn takiego a nie innego samopoczucia Węgrów upatruje przede wszystkim w powikłanej historii, która doświadczała ich licznymi klęskami, niespełnionymi marzeniami o Wielkich Węgrzech, a także w kulturowej odmienności dawnych nomadów, którzy przywędrowali do Europy Środkowej nie wiadomo dokładnie skąd.

Gulasz z turula jest nieco gulaszowaty, sporo w nim różnego rodzaju kawałków zmieszanych razem. Varga celowo upichcił taką właśnie tekstową potrawę. Nie opisuje jednej wyprawy na Węgry ani też jednego okresu z historii tego kraju, szwenda się po czasie i przestrzeni, przypomina o wydarzeniach z odległej przeszłości, ale pisze również o dniu dzisiejszym (między innymi o groteskowej rewolcie z roku 2006 skierowanej przeciwko premierowi Gyurcsányemu), sławi uroki Budapesztu, wspomina też o wyprawach do anonimowych węgierskich wiosek, przedstawia kuchnię, kulturę, obyczaje... Pewne motywy szybko porzuca, do innych nieomal obsesyjnie powraca. Przedstawia swoją, trwającą prawie od urodzenia, przygodę z Węgrami i węgierskością, pisząc o tym kraju z dystansem, a równocześnie z szorstką czułością.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Musiało upłynąć trochę czasu, żebym wypuszczony ze świata obowiązkowych weekendowych wizyt u znajo­mych ojca pojął wreszcie, że ten świat to nie tylko leczo, faszerowana papryka i zapiekanka kartoflana, ale także frustracja, kompleksy, nieuleczalna, bolesna, pokręcona pamięć. Że to także nostalgia za czasami regenta Miklósa Horthyego i towarzysza Janosa Kadara; grunt, żeby była jakaś nostalgia, bo to ona konstytuuje węgierskie życie. Pamiętam, że nazwisko towarzysza Kadara często po­jawiało się w tamtych rozmowach, pewnie na niego narzekano, a dziś pewnie narzeka się na jego brak. Czasy kadarowskie są takie nostalgiogenne, bo były w Europie Wschodniej najlepsze, choć najgorsze zarazem, bo to czasy złamanego kręgosłupa i mentalnych kajdan.

W Budapeszcie co trzecia herbaciarnia nazywa się ,,Nostalgia”: dostępne są nostalgia-cukierki, nostalgia pokrywa liszajem ściany domów i bruk ulic. To tęskne wzdychanie do dawnej wielkości, choć ostatnia prawdziwa wielkość miała miejsce ponad pięćset lat temu, za króla Macieja Korwina, jeśli nie liczyć wielkości węgierskiej piłki nożnej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz między­narodowych sukcesów zespołów Omega i Lokomotiv G T w latach siedemdziesiątych.

Nostalgiczna jest nawet prognoza pogody w telewizji Duna, podawana dla tak zwanego Basenu Karpackiego, który jest eufemistyczną nazwą całego obszaru zamiesz­kanego przez mniejszość węgierską, ze szczególnym na­ciskiem na Siedmiogród.

W sklepie ze starociami „Nostalgia" na Klauzal utca, pośród dziesiątek starych młynków do pieprzu, w na­tłoku lamp, butelek i naklejek z oranżad stoi zdyscyplino­wany rząd popiersi Lenina. Nad wnętrzem sklepu góruje jego wielki portret, a na wystawie zmieścił się jeszcze je­den Stalin. W głębi sklepu, obok wieszaka z sowieckimi czapkami wojskowymi o rondach wielkości pizzy, stoją kolejne popiersia, chyba wykonane już współcześnie; ich taśmowość jest podejrzana. Dominują głowy Lenina, jest parę Stalinów i nawet jeden Adolf Hitler za siedem ty­sięcy osiemset forintów.

W bufecie „Nostalgia" na parterze hali targowej przy placu Lehela nostalgicznie kiwają się nad szklankami okoliczni alkoholicy. Piwo kosztuje tu dwieście forintów – dwa razy mniej niż w śródmiejskich piwiarniach; to cena przywołująca stare, dobre czasy. Nie ma bowiem innych czasów niż dawne, które były lepsze, choć nikt nie potrafi powiedzieć sensownie, w czym się ta lepszość objawiała. Z pobliskiego dworca Nyugati odjeżdżają „nostalgiczne pociągi" do Esztergomu i w Zakole Dunaju; można je­chać ciuchcią siedemdziesiąt kilometrów w jedną stronę, wzdychając nad dawną świetnością.

Najbardziej nostalgiczne są jednak turule,  mityczne węgierskie ptaki, które gdy się rozejrzeć, można znaleźć wszędzie. Na pomnikach, kamienicach, tablicach, emble­matach wojskowych, plecakach nacjonalistycznie zorien­towanej młodzieży i na płaskich piersiach dziewczyny sprzedającej kanapki i robiącej kawę w piekarni „Brunch" na Retek utca przy placu Moskwy. Turul, dziwne skrzyżowanie orła z gęsią, jest połączoną personifikacją węgierskich marzeń i kompleksów.

W całym Budapeszcie ma tylko jedną ulicę i jeden za­ułek. I ulica, i zaułek znajdują się na krańcach II dzielnicy, tuż przy granicy miasta, z dala od centrum. Dzielnica, na  której znajduje się Turul utca, to właściwie małe mia­steczko, do którego dociera co prawda stołeczna komu­nikacja, ale ulice i domy przypominają rozrośniętą wieś z pretensjami. Siedząc w ogrodzie gospody ,,Nancsi nevi" przy Ordógarok utca, można poczuć się jak na dawno minionych wakacjach, gdzieś daleko od Budapesztu, na pewno w lepszej przeszłości, może przedwojennej, i jedząc gęsie udo, popaść w obowiązkową nostalgię.

0 ile jednak do "Cioci Nancsi" budapeszteńczycy obcokrajowcy przyjeżdżają na świetne, i owszem, całkiem drogie, jedzenie, to kto pojedzie oglądać pobliską ulicę Turula, na której jest tylko przystanek autobusowy i parę domów?

W Budapeszcie, podzielonym na dwadzieścia trzy jed­nostki administracyjne, każda nazwa ulicy może występować w każdej dzielnicy. Teoretycznie więc mogłyby być dwadzieścia trzy ulice Turula, tak jak mnóstwo jest ulic i placów Janosa Aranya, Atilli, Batthyadnyego, Bema, Kossutha, Petofiego, Rakocziego, czy Vórósmartyego. Tymczasem ulica Turula jest tylko jedna. A mimo to na każdym węgierskim kroku natykam się na ślady tego ptaka.

Turulem zainteresowałem się dopiero wtedy, gdy w gór­niczym mieście Tatabdnya, jakieś sześćdziesiąt kilome­trów na zachód od Budapesztu, zobaczyłem na wzgórzu dumną replikę ptaka stojącego na zamku w Budzie. Ptak z zamkowych murów znany jest wszystkim, którzy do węgierskiej stolicy przyjechali turystycznie, i wszyst­kim mieszkańcom, bo rozpościera swoje wielkie skrzydła w najbardziej obleganym przez turystów miejscu. Pamię­tam go od zawsze i nigdy nie wzbudzał we mnie żadnych emocji, wszak orły masowo wzbijają się w powietrze na pomnikach, zamkach i grobach całej Europy, wznoszą też dumnie dzioby i ostrzą pazury w Ameryce Południo­wej i Afryce. Jaka to sensacja z powodu jednego więcej?

Ano taka, że turul nie jest zwykłym orłem, tylko orłem wymyślonym. To nierzeczywiste zwierzę żyjące w przy­rodzie, o którym można zrobić film dokumentalny dla kanału Animal Planet, w którym to filmie turul piko­wałby nad puszczą i polował na myszy. To zupełnie osobna węgierska wersja drapieżnego ptaka, niby podobna do orla, ale jakoś nie do końca.