Wilk

Marek Hłasko
Wilk
  • Iskry
    Warszawa, wrzesień 2015
    opracował Radosław Młynarczyk
    348 stron
    125 x 195
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-244-0407-0

W Pięknych dwudziestoletnich Marek Hłasko z właściwą sobie dezynwolturą wspomina (czy też udaje, że wspomina), jak powstała Baza Sokołowska. Otóż sprezentowano mu – w nagrodę za artykuły (w roli „robotniczego korespondenta”) dla „Trybuny Ludu”, organu KC PZPR – powieść Anatola Rybakowa Kierowcy: „Była to pierwsza socrealistyczna książka, jaką przeczytałem; muszę przyznać, że wpadłem w osłupienie. Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem”. I chwilę potem: „W tym czasie przepisałem książkę Rybakowa pod tytułem Kierowcy, podpisałem ją własnym nazwiskiem, nazwałem Baza Sokołowska i zaniosłem do Związku Literatów. Po jakimś czasie Newerly – będący wówczas opiekunem Koła Młodych, zawezwał mnie na rozmowę”. 

Do czasu pośmiertnej publikacji Sonaty Marymonckiej (1982) zdawało się, że Baza... była jedyną oczywistą próbą socrealistycznego pisania w karierze Hłaski. Dziś, dzięki zdumiewającemu odkryciu Radosława Młynarczyka, który w zasobach Ossolineum odnalazł Wilka, czyli coś w rodzaju przedwojennego prequela Sonaty... z tym samym głównym bohaterem Ryśkiem Lewandowskim, wiemy, że korpus tekstów Hłaski próbujących w latach 50. wpisać się w obowiązującą doktrynę jest jeszcze większy, niż sądzono. Trudno zresztą z tego czynić jakikolwiek zarzut. Zdaje się, że Hłasko po prostu bardzo chciał zostać pisarzem i to pisarzem pełną gębą, publikowanym i docenianym, imał się więc jedynie dostępnych w owym czasie sposobów, by cel swój osiągnąć. Można także przypuszczać – wbrew temu, co czytamy w Pięknych dwudziestoletnich – że czynił to w dobrej wierze (albo w oparach świętej naiwności, jak kto woli). Dość przypomnieć, na przykład, co w 1954 roku pisał Marek Hłasko w Po prostu: „Kocham przygody, kocham fantazję Lema, chociaż jestem stary byk – śni mi się po nocach Grant, czasem odwiedza mnie samotny i szlachetny Unkas – ostatni Mohikanin. [I wiemy już, skąd fascynacja Dzikim Zachodem, i przygodą w ogólności u Ryśka Lewandowskiego – ms]. Ale kocham sprawy piękne i czyste, kocham sprawy, za które ludzie tracili życie, i kocham to, co ludziom żyć pomaga. Dzieje się wokół tyle pięknych rzeczy, że trudno je wszystkie przeżyć, widzieć, napisać o nich. Jako człowiek, który pragnąłby zostać w przyszłości pisarzem, pisarzem-komunistą, mam prawo wszelkimi środkami bić się o to. Mam prawo walczyć o to, żeby nasza młodzież miała teksty, opowiadania, wiersze, filmy, sztuki – jak najpiękniejsze”.

W istocie, pisany między 1953 a 1956 rokiem Wilk, opowieść o Ryśku Lewandowskim z biednego, przedwojennego warszawskiego Marymontu, łączy w sobie chęć doszlusowania do literatury oficjalnej (ze szczególnym uwzględnieniem Pamiątki z Celulozy Igora Newerlego) z przyrodzonym talentem i pisarską pasją młodego autora. Na kilkuset stronach tej naprawdę zajmującej powieści, Rysiek Lewandowski, pośród nędzy i beznadziei, z marzącego o kowbojach wisusa wyrasta na (prawie) komunistę, lecz nie wiadomo, co z nim dalej będzie, bo akurat kończą się lata 30. i Stalin rozwiązuje KPP. No właśnie, Stalin, który w jednym z fragmentów Wilka zaznaje swoistej apoteozy, czego się musiał późniejszy Hłasko, autor Cmentarzy, niewątpliwie wstydzić, jest – paradoksalnie – papierkiem lakmusowym Hłaskowego talentu. Bowiem przy całej politycznej i historycznej absurdalności kultu, jakim otaczają go w powieści strajkujący robotnicy, wśród których Rysiek zdobywa pierwsze rewolucyjne szlify, Hłasko potrafi zarazić czytelnika patosem i żarliwością tego epizodu.  

Zostawiając zaś na boku sprawy polityczne, i pomijając liczne jeszcze młodzieńczości stylu, widać w Wilku sprawne dialogi, plastyczność opisów, dbałość o nasycenie języka mową marymonckiej biedoty (jak wiadomo, Hłasko wychował się w tzw. dobrej rodzinie, więc musiał się paru rzeczy w tej mierze nauczyć). Wilk opowiadany jest nieciągle, w paru dłuższych epizodach, często gracko zaprojektowanych, lecz największą uwagę przykuwa parę wątków (proszę zwracać baczną uwagę na problem butów) i pojedynczych scen (wśród nich parę z butami w ważnej roli), w których Hłasko ma już wyczucie rasowego pisarza.

Mówiąc krótko, rzecz jest ze wszech miar (także ze względu na polityczną absurdalność i stylistyczne niedoróbki) wzruszająca. To jest już, choć w zalążku, ten sam Marek Hłasko, który napisze potem swoje rzeczy klasyczne: opowiadania z Pierwszego kroku w chmurach, Cmentarze, Następnego do raju, prozy izraelskie. Chyba trochęśmy o nich zapomnieli. Teraz, dzięki Wilkowi, może częściej będzie się do nich wracać. Naprawdę warto. 

– Marcin Sendecki