KRALL

Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł
KRALL
  • Dowody na Istnienie
    wrzesień 2015
    202 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-941461-9-1

Ona jedna, ich dwóch. Trzy gwiazdy. Wybitna polska reporterka Hanna Krall dała się wziąć na warsztat swym protegowanym, którzy od lat świecą już własnym blaskiem. Mariusz Szczygieł i Wojciech Tochman to autorzy modni. Tak powstała książka skazana na sukces.

Krall składa się z dwóch części. Pierwsza to rozmowa, jaką Tochman przeprowadził z główną bohaterką. Druga - nazwana umownie „Szuflada" - jest wyborem jej archiwaliów, za który z kolei odpowiada Szczygieł. Tekstu zarówno w jednej, jak i w drugiej jest niewiele, ale też forma wydania książki wskazuje, że chodziło raczej o swoisty album. Mamy więc kolorowe reprodukcje szpargałów, dwa rodzaje papieru, mamy marginesy na jedną trzecią strony. Mamy nawet różową wstążeczkę.

Dostajemy przeto Krall w kilku impresjach i sami musimy ją sobie poskładać. Ale nawet w tych skąpych maźnięciach słowem reporterka daje dowody geniuszu. Zatem po kolei.

Gdy wybucha II wojna światowa, Krall ma cztery latka. Z rąk niemieckich zginie wkrótce wielu członków jej rodziny, ona sama zostanie ocalona cudem z transportu do getta. Dla opisu przerażenia małej żydowskiej dziewczynki wobec zbliżającego się frontu można użyć wielu, wielu słów. Krall mówi krótko: „Od rana dudniła ziemia". I w czterech wyrazach zawiera od razu całą grozę sytuacji. W tym zdaniu jest wszystko, co trzeba. Jest fenomenalne!

Początek swej nowej, powojennej drogi Krall zamyka z kolei w małym obrazku. Oto wychodzi z mamą z powstania i znajduje na gruzach czysty, niezapisany brulion. Chowa go do chlebaka. Symbolizm tej sceny jest niewiarygodny. Ale wszystko wskazuje na to, że przyszła reporterka, dla której głównym tematem twórczości staną się Holocaust i losy Żydów, naprawdę tak zrobiła. Podobno myślała tylko, że napisze powieść. Rzeczywistość okazała się jednak dość absorbująca.

I znów dla opisania niejednoznaczności świata Krall wystarcza jedno wspomnienie: o dziewczynce z sierocińca w Otwocku. W czasie wojny ukrywali ją panowie, którzy „jej coś wkładali". Ale byli dla niej bardzo dobrzy. „Przynosili jej jedzenie, strugali zabawki z drewna, dzięki nim wojnę przeżyła". Taką opowieścią czytelnik dostaje wprost między oczy. Sam już nie wie, co myśleć. Ta historia nie wychodzi z głowy.

Po tych kilku przykładach niesłychanej wręcz zdolności do syntezy i trafnego dobierania słów przez bohaterkę z uśmiechem czyta się anegdotę o tym, jak pewnego razu Krall dała swój rękopis Marianowi Brandysowi. Pisarz zrobił kilkadziesiąt poprawek, które autorka uznała za niesłuszne. Zaproponowała więc, by kwestie sporne rozstrzygnęła Halina Mikołajska, która „ma bezbłędny słuch". I rzeczywiście: „Po pierwszej poprawce powiedziała: »Hanka ma rację«. Po drugiej: »Hanka ma rację«. Po trzeciej kazał jej wyjść i zająć się swoimi sprawami".

Bo Krall jest w posługiwaniu się słowem prawdziwą mistrzynią. Dowodzi tego nawet rubryka „Smutek ryb", którą prowadziła w piśmie „Wiadomości wędkarskie", gdy w czasie stanu wojennego nie chciała zostać w „Polityce". Do nowego zadania podeszła z pełnią profesjonalizmu, rozmawiając z bohaterami cyklu na poważne tematy, jak np. ryby w historii myśli społecznej, ryby w malarstwie polskim czy ryby w twórczości Zofii Nałkowskiej. Te teksty to rewelacyjne przykłady, jak powiedzieć coś, nie mówiąc tego wprost. Przypomnienie ich jest jednym z największych atutów książki „Krall". Brawo!

Nieco zaskakujący okazuje się jednak sposób prowadzenia przez Tochmana wywiadu. Swoiste przekomarzanie się autora z bohaterką to bez wątpienia przyjęta przez oboje konwencja, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że uczeń opacznie zrozumiał przykazanie zwięzłości dane mu przez nauczycielkę (słynne: „To zdanie musi być szybciej!"). Proza Krall jest oszczędna, lecz gęsta. W każdym akapicie widać ogrom zebranego materiału. Tochman tymczasem dyscyplinuje swą rozmówczynię już na bieżąco, powtarzając raz po raz: „Znowu dygresja? Króciutko, proszę", „Proszę nie żartować i zmierzać do puenty", „Nie odejdziemy od tematu za daleko?". W efekcie traci szansę na tę najbardziej wstrząsającą opowieść, która pojawia się zwykle dopiero w piątej dygresji.

Może więc trzeba czytać tę rozmowę bardziej jako niepowtarzalny zapis ścierania się ze sobą dwóch reporterskich osobowości? Zabawnie w tym kontekście wypada ożywienie Tochmana, gdy pyta Krall, jak zaczęłaby opowieść o nim. „Był Wojtek Tochman w ładnym czerwonym sweterku" - proponuje reporterka. „W granatowej marynarce, w czerwonym swetrze - poprawia ją zaraz Tochman. -Sweterek brzmi fircykowato".

Czy Mikołajska powiedziałaby: „Wojtek ma rację"?

- Małgorzata I. Niemczyńska