Pulsary

Michał Sobol
Pulsary
  • Nisza
    Warszawa, 2013
    ISBN: 978-83-62795-22-2
    84 strony
    135 x 208

Znakiem rozpoznawczym tej poezji jest długie zdanie, niekiedy wypełniające cały wiersz. Michał Sobol jest bowiem poetą namysłu biorącego się z obserwacji; zdanie musi więc udźwignąć zarówno to, co jest treścią spostrzeżenia, jak i to, co jest jego interpretacją.

Uprawiać dziś lirykę refleksyjną to zajęcie niemal karkołomne. Propozycje, jakich w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat dostarczyli z jednej strony Miłosz, Szymborska i Herbert, z drugiej – Różewicz, Miłobędzka i Karpowicz, tak szczelnie zapełniły to pole, że znaleźć na nim miejsce niezagospodarowane wydaje się niemożliwością. Między rozległymi traktatami Miłosza a jednowersowymi zapisami Miłobędzkiej otwiera się obszar ogromny i zarazem skolonizowany. Poetów jednak od zawsze przyciąga to, co niemożliwe. Skoro wciąż z obserwacji rodzi się refleksja, skoro język ma zapisaną w sobie tęsknotę za ujęciem tego, co dane w doświadczeniu, poeta nie odpuszcza, szuka nowych możliwości, choćby w szczelinach czy na marginesach zostawionych przez poprzedników.

Tak właśnie jest w przypadku wierszy Michała Sobola. Wydaje się, że zawdzięcza on wiele wszystkim wymienionym – i licznym niewymienionym – a jednocześnie udało mu się sformułować propozycję własną, rozpoznawalną i intrygującą.

Zasadniczym elementem tej rozpoznawalności jest, powtórzmy, syntaktyka. Długie zdania w wierszach Sobola budowane są zgodnie z naturą pewnego rodzaju mowy – płynnej, nie tworzącej niepotrzebnych przeszkód i spiętrzeń, nieco meandrującej, czasem umykającej boczną odnogą, ale na ogół trzymającej się jednego nurtu. Co to za mowa? Jaka to tradycja mowy? Wiersze Sobola wyrastają z gawędy, z powiastki filozoficznej, trochę także z baśni. A więc z takiego mówienia, które próbuje uwagę czytelnika zatrzymać dłużej, które liczy na jego cierpliwość i skupienie, a przy tym nie szarpie go za klapy, nie wstrząsa nim. Sobol posługuje się rożnymi rejestrami polszczyzny, ale robi to nieostentacyjnie, raczej naturalnie, włączając je tam, gdzie wymaga tego prowadzona refleksja. W efekcie nawet wtedy, gdy podsuwa czytelnikowi puentę, ma się wrażenie, że to dopiero zaczątek myśli, która się rozwinie, a ściślej – będzie rozwijać się dalej, w nieskończoność, w kolejnych wierszach-zdaniach.

Taka syntaktyka odpowiada wizji świata i relacji człowiek-świat wpisanej w tę poezję. Świat pulsuje, nieustannie uwalniając energię i dostarczając treści, które mogą być pochwycone. Ale i człowiek pulsuje – i to nie tylko reaktywnie. Jego pulsacje objawiają się pod postacią najprostszych fizycznych czynności (wiele w tych wierszach opisów fizycznego wdzierania się w świat, rozpoznawania go poprzez działanie), ale też wysiłków rozumu, który stara się uporządkować zbierane doświadczenia. Robi to w dialogu ze światem, ale też z mądrością zdobytą przez poprzedników – których intrygującym wcieleniem jest powracająca w całym tomie postać pana Orkusza, emerytowanego nauczyciela języków klasycznych. Postać ta to jakby odziedziczona przez bohatera w spadku pamięć pokoleń („pan Orkusz powtarzał mojej mamie, która powtarzała to mnie”), głos wewnętrzny podpowiadający możliwe interpretacje, pomagający na różne sprawy spojrzeć z innych, mniej oczywistych punktów widzenia.

Mądrościowe wiersze Sobola nie ciążą w stronę aforyzmu. Opowiadają o trwającej nieustannie wymianie, w której łatwiej zestroić się z cudzym rytmem (rytmem natury, rytmem czyjejś mowy lub myśli) niż uchwycić coś pewnego, co na zawsze pozostanie w rękach.

Wojciech Bonowicz