Pani Stefa

Magdalena Kicińska
Pani Stefa
  • Wydawnictwo Czarne
    maj 2015
    133 × 215
    272 strony
    ISBN: 978-83-8049-087-1

„Wszystko, co jest związane z osobą Korczaka - internat, propagowanie miłości do dzieci, itd. - wszystko to jest wspólnym dorobkiem obojga. Trudno określić, gdzie zaczyna się Korczak, a gdzie kończy się Wilczyńska" - pisał kronikarz getta warszawskiego, Emanuel Ringelblum, na przełomie lat 1942/43.

Siedemdziesiąt lat później, w listopadzie 2012 roku, wychowanek Wilczyńskiej, Szlojme Nadel, opowiadał Magdalenie Kicińskiej: „Myślałem często: skąd ona wie, gdzie trzeba być? Kiedy coś przeskrobałem, pierwsza znała mój występek. A kiedy jakiemuś dziecku dopiero zaczynało być smutno, już pytała, co się stało. Z kieszeni wyjęła zgubę i jeszcze chustką wytarła zasmarkanie (…). Żyła tak, że mało o niej wiedzieliśmy, taka… Taka… niebyła. Nic po niej nie zostało, jakby jej nigdy nie było”.

Stefania Wilczyńska urodziła się w 1886 roku w Warszawie, w asymilowanej, dość zamożnej rodzinie żydowskiej. W latach 1906-1908 studiowała w Genewie i Liége nauki przyrodnicze oraz medyczne. Ukończyła też kursy freblowskie, przygotowujące przyszłe wychowawczynie do pracy z dziećmi. W 1909 roku wróciła do Warszawy. Poprosiła o „posadę bez wynagrodzenia” w przytułku dla dzieci żydowskich przy ul. Franciszkańskiej 2. Tu poznała dr. Henryka Goldschmita, który zaglądał na Franciszkańską, zainteresowany różnymi metodami wychowawczymi. Pracował wtedy jako lekarz pediatra w Szpitalu dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów, był uznanym już autorem felietonów drukowanych w różnych czasopismach oraz powieści Dziecko salonu. Publikował pod pseudonimem Janusz Korczak.

Nie wiadomo, kiedy zapadła decyzja, że wspólnie poprowadzą Dom Dziecka, wybudowany staraniem Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” przy ul. Krochmalnej 92. W 1912 roku wprowadziło się do niego 50 dzieci z przytułku przy ul. Franciszkańskiej i 30 nowych. Dyrektorem Domu został Janusz Korczak, funkcję naczelnej kierowniczki pełniła Stefania Wilczyńska.

Nikt nie opisał ich pierwszego spotkania ani późniejszych dyskusji, jakie musieli prowadzić, zanim zdecydowali się kierować nową placówką. „Może spotkały się podobne wrażliwości i to było dokładnie tyle, ile trzeba, żeby zacząć pracować razem” – pisze Magdalena Kicińska, autorka biografii pt. Pani Stefa, która niedawno ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Kicińska dokładnie przestudiowała nieliczne materiały, zachowane między innymi w pracowni naukowej Muzeum Warszawy - Korczakianum czy archiwach kibuców Bojowników Getta i En Charod, wielokrotnie rozmawiała z dwoma żyjącymi jeszcze wychowankami Domu Sierot (z pamięcią trzeciego nie zdążyła się spotkać), a także osobami, które poznały Wilczyńską. „Wiadomo mało, nie wiadomo więcej (…). Po lewej zapisuję fakty, po prawej hipotezy. Przestrzeń między nimi zajmują niedopowiedzenia, kusi, żeby ją wypełnić przypuszczeniem, dzięki któremu postaci nabrałyby kształtu (…)” – zanotowała. Na szczęście pokusie przypuszczeń się oparła – z faktów, hipotez, niedopowiedzeń stworzyła nie tylko fascynujący obraz Stefanii Wilczyńskiej, ale też świata i epoki, w których żyła.

Wilczyńska i Korczak mieli podobne poglądy na wychowanie dzieci, którym należy się szacunek, zaufanie i swoboda, kończąca się tam, gdzie zaczyna krzywda drugiej osoby. W Domu Sierot obowiązywały regulamin, a także kodeks praw i obowiązków dla dzieci oraz personelu. Działał samorząd i sąd. Porządku pilnowała Wilczyńska – to ona dbała o to, by kilkadziesiąt dzieci miało czyste i całe ubranie, zdrowo się odżywiało, wstało odpowiednio wcześnie, żeby zdążyć się umyć i zjeść śniadanie przed pójściem do szkoły, potem odrobić lekcje itd.

W pamięci wychowanków Wilczyńska zapisała się jako osoba bezszelestna, surowa, zawsze ubrana na czarno, z czarnymi, krótko ostrzyżonymi włosami i pękiem nieodłącznych kluczy. Samuel Gogol wspominał: „Nie wydaje mi się, żeby była zimna. Dom nie mógłby istnieć bez tej niezwykłej pani o poważnej twarzy. Każdy szczegół ją interesował. Doktór nie zajmował się tymi sprawami: ubranie, czyste ręce, porządek. Sądzę, że zastępowała nam i matkę, i ojca, przecież ktoś musiał nas prowadzić silną ręką. W moich wspomnieniach Dom Sierot to pani Stefa, a pani Stefa – to Dom Sierot”.

Wilczyńska pisała o sobie w listach do znajomych: „Ja nie umiem ani ładnie mówić, ani dużo pisać. Potrafię tylko pracować, i to powoli, ostrożnie” albo „Nie umiem, jak Doktór, bawić się z nimi w pociąg, biegać po piętrach. Niecierpliwię się, bywam niesprawiedliwa. Nie umiem przyznać się do błędu. Karzę siebie za to”. Janusz Korczak wielokrotnie stawał przed sądem, Wilczyńska nigdy - choć wychowankowie często mieli do niej różne pretensje, nikt nie wniósł przeciwko niej oskarżenia.

Dwa lata po otwarciu Domu Sierot wybuchła I wojna światowa. Zmobilizowany Korczak wyruszył na front, Wilczyńska została sama z dziećmi – w 1915 roku było ich już sto trzydzieści pięć. Korczak służył też w wojsku podczas wojny polsko-bolszewickiej.  Po latach Wilczyńska pisała do Fejgi Lipszyc, pracującej wtedy w Domu Sierot w Białymstoku: „A potem ciężkie lata: wojna, głód, Niemcy, tyfus, świerzb, grzybek, a ja sama. Bóg pomógł nie rzucić wszystkiego (…). Niech Pani popłacze w nocy cichutko, a w dzień kontynuuje swoje sprawy”. Kicińska stawia retoryczne pytanie: „A ona sama, płakała w nocy?”.

Po powrocie do Warszawy Korczak znów zajmował się Domem Sierot, pisał kolejne felietony, publikował kolejne książki dla dorosłych i dzieci. W 1926 roku założył pismo „Mały Przegląd”, jako piątkowy, bezpłatny dodatek do dziennika „Nasz Przegląd”, jednej z największych gazet żydowskich wydawanych po polsku w międzywojniu. W piśmie tym, tworzonym dla dzieci przez dzieci, pracowała przez wiele lat anonimowo Stefania Wilczyńska – odpisywała na listy dzieci, przygotowywała materiały do druku, zajmowała się sprawami organizacyjnymi.

Trzy lata wcześniej, w 1923 roku, przybył jej kolejny obowiązek - w Domu Sierot przeznaczono dwa pokoje na internat dla wychowanków powyżej czternastego roku życia, którzy nadal chcieli się uczyć. Bursiści kilka godzin dziennie pomagali w opiece nad dziećmi, swoje spostrzeżenia i obserwacje zapisywali w specjalnych zeszytach. Wilczyńska – sprawdzała ich notatki, poprawiała, zapisywała uwagi. Współtworzyła też Koło Byłych Wychowańców – szukała dla nich pracy, spotykała się z nimi, korespondowała, interesowała się ich życiem.

Janusz Korczak był osobą towarzyską, chętnie spotykał się z ludźmi, uczestniczył w kulturalnym życiu Warszawy. Stefania Wilczyńska, zajęta pilnowaniem codzienności w Domu Sierot, rzadko znajdowała czas, by z niego wyjść, choć na chwilę.  

Żyła w cieniu Korczaka. I w tym cieniu pozostała. Jego imieniem nazwano niezliczoną ilość ulic, placów, domów dziecka, szkół, postawiono mu niezliczoną ilość pomników. W Warszawie trzy – na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej, w parku Świętokrzyskim i przy ul. Jaktorowskiej 6 (dawniej Krochmalna 92). Wszystkie przedstawiają Korczaka kroczącego na czele pochodu dzieci, zmierzających (w domyśle) na Umschlagplatz, skąd zostaną pognani do bydlęcych wagonów, które zawiozą ich do obozu zagłady, gdzie zginą w komorach gazowych. Nie ma z nimi Stefanii Wilczyńskiej, choć wszyscy wiedzą, że była.  W maju 1978 roku na terenie byłego obozu w Treblince uroczyście odsłonięto głaz ku czci Janusza Korczaka i dzieci. Spośród siedemnastu tysięcy kamieni składających się na tamtejszy pomnik jest jedynym, na którym wyryto nazwisko. Dlaczego nie znalazło się na nim miejsce na pamięć o Stefanii Wilczyńskiej? Nie wiadomo.

W grudniu 2013 roku portal Erec Israel wystosował apel z prośbą, by Warszawa uhonorowała Wilczyńską, nadając jej imię którejś z ulicy lub któremuś skwerowi. Komisja do spraw Nazewnictwa Miejskiego Rady Warszawy odpowiedziała: „Zespół Nazewnictwa Miejskiego zwrócił uwagę, że nie powinno się wyróżniać postaci Stefanii Wilczyńskiej, nie upamiętniając równocześnie postaci Janusza Korczaka”.

O obecność Wilczyńskiej w przestrzeni publicznej i historii upominały się między innymi Magdalena Środa, Sylwia Chutnik i Fundacja im. Mojżesza Schorra. Jak dotąd bezskutecznie. Ciekawe, czy książka Pani Stefa Magdaleny Kicińskiej pomoże wreszcie zrozumieć, że Stefania Wilczyńska zasługuje na odpowiednie miejsce w naszej pamięci?

- Katarzyna Zimmerer


Fragment książki Magdaleny Kicińskiej Pani Stefa można przeczytać tutaj.