Zuza albo czas oddalenia

Jerzy Pilch
Zuza albo czas oddalenia
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków, czerwiec 2015
    123x197
    ISBN: 978-83-08-05543-4

Nowa powieść Jerzego Pilcha, nieobszerna, fragmentaryczna i dygresyjna, ujęta została w nawias konwencji „rękopisu ukrytego w bucie”. Zyskała już nawet miano „powieści pośmiertnej”, skoro autorstwo jest rzekomo niejasne, a rzecz dotyczy spraw z półświatka. Zuza albo czas oddalenia to skandaliczno-romantyczna historia miłości pana w wieku dojrzałym („mam sześćdziesiąt sześć lat”) do warszawskiej prostytutki. Dwudziestolatka trudni się najstarszą profesją świata, sześćdziesięciolatek literaturą i jakoś, w przekonaniu narratora, do siebie pasują. Pisarz jest luteraninem. Mieszka w Warszawie na Hożej. Wypisz, wymaluj Pilch! Znów więc, jak zawsze, gdy go czytamy, będziemy badać cienką granicę między fikcją a biografią, dystans między narratorem a autorem, sposoby kreowania i kamuflowania osobistych wyznań i mur ironicznego dystansu. Zuza albo czas oddalenia jest pod tym względem bodaj najbardziej dwoista - fikcja i biografia są splecione gęsto, lament miłosny i kunszt prozatorski spychają się nawzajem ze sceny. Narrator wprost nas powiadamia - gdyby ktoś miał wątpliwości - że sam zapisał pożółkłe kartki ręcznym pismem i sam ukrył je w narciarskim bucie porzuconym, zapewne przez siebie, na schodach domu, w którym sam mieszka. „Po niezbędnej przerwie próbuję odczytać, co ostatnio wiecznym piórem na żółtym papierze napisałem i niektórym fragmentom nadziwić się nie mogę.” Słusznie, bo są tu rzeczy dziwne, aby nie powiedzieć niepokojące. Pomijam kwestię smaku; zachwyty nad sztucznym biustem, hialuronową linią ust, sztucznymi włosami, wyzywającymi strojami i pustką w głowie ukochanej. Każdy ma prawo zachwycać się czym chce. Niepokoić może gotowość bohatera do łożenia znacznych, jak rozumiemy, sum na seks i pogrążanie się w miłosnym majaczeniu, bezbronność starego ironisty wobec przeistaczania się fizjologii i neurologii w duchowo-emocjonalne uniesienia. Wybranka, mogąca być jego wnuczką, wzbudza w bohaterze rozdzierające tęsknoty. Stary wyga wyśpiewuje piosenki niekochanego na wycieraczce panny z agencji towarzyskiej. Wystawienie siebie samego – choćby w literackiej postaci – na śmieszność, obnażanie   żałosnej bezbronności starszego, chorego pana skubanego z kasy – to w istocie śmiały, pisarski czyn. „Nie mogłem pomóc, byłem otępiały ze starości. Brałem poza tym silne leki antyparkinsonowskie, na parkinsona nie działały prawie wcale, dawały za to nieopisany szwung erotyczny”.

Przedwczesne użalanie się nad bohaterem/narratorem nie byłoby tu jednak na miejscu. Kto powiedział, że to wszystko jest prawda? Czytamy, że on sam spisał te wyznania, ale przecież jasne jest, że „rękopis” to bzdura, wymyślona na poczekaniu. Który parkinsonik mógłby napisać wiecznym piórem cokolwiek, co daje się potem odczytać? Igraszki z serii  autor/nie autor nie są tu czczą kokieterią, raczej zasadniczym tematem Zuzy..., filozoficznym pytaniem, wokół którego osnuwa się powiastka.    

Zuza.. pozostaje klasyczną, rdzenną wręcz pilchowską prozą, z wszelkimi znakami rozpoznawczymi i znajomym rytmem składni. Skoro pisarskie ja, choćby najzupełniej  autobiograficzne, jak w przypadku prozy Jerzego Pilcha, jest zawsze „kimś innym”, autor/narrator zabawił się z czytelnikami we wszystkie tego konsekwencje. Jest bezbronny,  wystawia się na ośmieszenie, ale pozostaje nietykalny. W jakim porządku ta opowieść „z buta” – brutalna momentami i z buta rzekomo wyciągnięta – traktuje o wstydzie i bezwstydzie. Wiele tu zapewnień, że autor świadom jest „żenady”. Seks seniorów jest rzeczą wstydliwą, ale miłość, z tego wynikła, jest wstydliwa w dwójnasób. Czy nie wstyd płacić za miłość? Czy nie głupio traktować płatną miłość dosłownie, jak miłość? Może i tak. Jednak znacznie poważniejszym skandalem, niż korzystanie z agencji towarzyskiej jest w świecie Pilcha samo istnienie. Jego żenady nic nie przebije. Po pierwsze ciało; popęd, symptomy, fizjologia. Po drugie dusza; chłód, samotność, uniesienia, sentymenty. Dopaminowe majaki (parkinsonicy przyjmują dopaminę w różnych kombinacjach), wieczne „teraz” w czterech ścianach mieszkania, gdzie jedyną dramaturgią są zwyżki i upadki formy – nie literackiej, a fizycznej. W tym wszystkim seksualność – „sedno mojej ciemności” – okazuje się godnym uwagi punktem oparcia. Czymś, co winno zostać opisane. Pilchowski bohater, czyli „ja sam”, zakochany w prostytutce to ktoś, kogo warto poznać. Może jest okropny, ale nie oszczędza siebie i wciąż włada swą frazą. Bezwstyd zakochanego pokonuje bezwstyd kobieciarza, miłosne cierpienie odkupuje żenadę klienta burdeli. Cóż. Śmieszne, żałosne i wstrząsające jest to, co przychodzi wyciągnąć z buta, gdy skandal istnienia ostatecznie zagnał nas pod ścianę.   

- Kazimiera Szczuka