Uprawa roślin południowych metodą Miczurina

Weronika Murek
Uprawa roślin południowych metodą Miczurina
  • Czarne
    Wołowiec, luty 2015
    ISBN: 9788380490246
    125 × 195
    144 strony
    oprawa twarda

Iwan Miczurin to rosyjski genetyk, który zajmował się krzyżowaniem roślin, aby stworzyć odmiany odporne na niesprzyjający klimat. Nie jest on bohaterem żadnego z opowiadań z debiutanckiego tomu Weroniki Murek, ale jego słowa: „Nie możemy czekać na łaskawość przyrody. Naszym celem jest wziąć ją sobie od niej samemu” są mottem do jej książki. Opowiadania zawarte w tomie Uprawa roślin południowych metodą Miczurina rzeczywiście są eksperymentem na narracji. Autorka krzyżuje między innymi dwie perspektywy – bardzo bliską i bardzo daleką. Dopracowuje szczegół a zarazem umieszcza narrację w przestrzeni odrealnionej, w chmurach (często dosłownie, bo bardzo ważny jest w tych opowiadaniach wątek religijny oraz zaświaty jako miejsce akcji).

W opowiadaniach powracają motywy religijne – choć może raczej należało by powiedzieć, że autorka ożywia dewocjonalia, korzysta z folkloru, a to co święte ustawia często w bardzo konkretnych cielesnych ramach (anioł, którego drażni to, że drugi anioł chrupie łodygę rabarbaru maczaną w cukrze; Matka Boska, która nosi w kieszeni podomki herbatniki maślane – „włożyła go do ust i zaciamkała”).

Spotkanie perspektyw bardzo bliskiej i bardzo dalekiej jest ważne w każdym z opowiadań, a w opowiadaniu „Trzeci pochówek generała Sikorskiego z uwzględnieniem koca” jest wręcz osią konstrukcyjną: „Z perspektywy żabiej wyróżniało się kilka rzędów napiętych mięśni łydek i okrągłych pięt gapiów wychylających się ponad barierką: pięty różowe, w bawełnianych skarpetkach o przybrudzonych spodach, odchylających się ponad pociemniałą od potu podeszwą jasnych sandałów, lub pięty spękane, powleczone luźną pończochą, lub nagie i czerwone, wychylające się tylko nieznacznie z niebieskich, brudnych adidasów. Z perspektywy bożej wyróżniała się jasna plamka z bystrym, żółtym oczkiem”.

Weronika Murek, zderzając style, układa mozaikę z narracji dziecięcej, ludowej, reporterskiej: raz przepełnionej okrucieństwem, raz poetyckością, raz absurdem – za każdym razem jednak szybko ściszając głos, jak gdyby narrator uciekał przed czytelnikiem. Opowiadania Weroniki Murek są zatem literaturą wymagającą,  czymś w rodzaju szarady - czytelnik musi być bardzo skoncentrowany, żeby nadążyć za narratorem.

Uwagę zwraca malarski aspekt tej prozy, obrazy takie jak ten otwierający opowiadanie „Ołówek, siekierka, kijek” pełen światła jak z płócien impresjonistów: „Żółciły się liście, dojrzewały jabłka; w cieniu papierówki, wzdłuż jego konturu przechadzały się dwie kobiety w identycznych sukienkach z białej wełny. Każda niby łyżkę, na której kołysze się jajko, niosła przed sobą lusterko, a w nim pochwycone ukradkiem spojrzenia mężczyzn pracujących w polu”.

Zestawienia różnych stylów wywołują efekt zaskoczenia, to jest klucz do humoru w książce Weroniki Murek – bohaterka opowiadania „W tył, w dół, w lewo” obserwując przygotowania do własnego pogrzebu, zauważa, że ubrano ją w stary czerwony sweter („rozciągnięty, noszony chętnie, ale nigdy na ważne okazje”), komentuje to słowami: „Ja pier... W swetrze mnie chowają”. W innym opowiadaniu w ramach przygotowań do zabawy sylwestrowej dla nerwowo chorych gospodyń zapowiada loterię: „Każdy los wygrywa. Mamy w piwnicy karton z butami. (…) Na nas nie pasują, można oddać chorym”.

W rozmowie dla „Dwutygodnika” Weronika Murek tak opowiada o swoich priorytetach i technikach literackich: „Jeżeli idę sobie ulicą Stawową w Katowicach i codziennie chodzę tą ulicą Stawową w Katowicach, to nie chce mi się tą ulicą chodzić w pisaniu. Jeżeli uważam, że na tej ulicy nic ciekawego się nie dzieje, to mogę ją wyposażyć w takie włazy i luki, które otwierają jeszcze jakąś inną atmosferę tej ulicy – nie inną rzeczywistość, ale właśnie atmosferę”. Jej debiutanckie opowiadania są taką właśnie grą terenową, otwierającą inną atmosferę.

- Agnieszka Drotkiewicz