Pan wszystkich krów

17.07.2017 Andrzej Dybczak
#
  • Wydawnictwo Nisza
    Warszawa 2017
    200 stron
    ISBN: 9788362795499

„Po prostu wyobraził sobie…”

To książka, którą można czytać na kilka sposobów. Jako cykl reportaży z życia inteligenta na wiecznym dorobku, chwytającego się fizycznej pracy, by utrzymać siebie, żonę i dwie dziewczynki, o których pisze z dyskretną czułością. Jako rozpisaną na dziesięć krótkich opowiadań medytację na temat ziemi, miejsca człowieka wśród innych stworzeń, religii, wolności. Jako osobisty rozrachunek z „wiekiem klęski”, w którym, wbrew rozczarowaniom i lękom jest miejsce na nadzieję.

Narrator Pana wszystkich krów w najbardziej wiarygodny sposób – z pozycji uczestnika – relacjonuje codzienność ludzi zatrudnionych przy rozładunku dorsza w Norwegii, przyuczających się do zawodu pilarza, kłusowników, pasterzy. Eksponuje ich i swój niedostatek, upodlenie harówką ponad siły, brak perspektyw. Wykazuje szczególną, znaną już z jego debiutanckiej Gugary (wyróżnionej Nagrodą Kościelskich) uważność w odtwarzaniu rytmu pracy i odpoczynku, obowiązującego w świecie nieznającym Excela i białych kołnierzyków. Jakby mimochodem wyłuskuje okruchy życiowej mądrości z rzucanych skąpo półsłówek i przekleństw. Wszystkie opowieści są pierwszoosobowe, a główny bohater najbardziej surowy bywa wobec samego siebie. Gdy rozlicza się za brak współczucia, puentuje krótko: „Byłem głupcem” (Marek, s. 39). O gatunku ludzkim, gotowym zabijać dla przyjemności lub przeliczyć na pieniądze drzewa, zwierzęta, lojalność, powie: „już na zawsze wszyscy jesteśmy przeklęci” (Bambi, s. 25).

Pesymizm mocuje się u Dybczaka z nadzieją. To prawda, brud, strach, ból, śmierć, obecne prawie na każdym kroku, każą myśleć o „przepaści bez dna”, nad którą mieszkamy (Marek, s. 32). Mimo wszystko czytelnik nie ma poczucia, że poznaje historię życiowych nieudaczników skazanych na przegraną. Werystyczne portrety Hadamka, Marka, Siwego, którzy próbują utrzymać się na powierzchni jak najdłużej, są pełne empatii. Przypominają prozę Ernesta Hemingwaya, złagodzoną Hrabalowskim ciepłem. Także sam narrator nie traci woli walki, próbuje zachować godność w konieczności i czasami czuje smak zwycięstwa: „Pusta ładownia była jak medal olimpijski, jak bilet na Hawaje, jak coś niemożliwego, co stało się możliwe, jak spacer po Księżycu. Dałeś radę, człowieku. Żyjesz. Ręce całe, głowa cała i wreszcie możesz iść do domu” (Rambo, s. 92).

Porusza cierpliwość, z jaką bohater wprowadza w brutalny, pełen nieuchronnych rozczarowań świat swoje córki. Pielęgnuje ich otwartość i zdolność do zachwytu, choć sam odnajduje w sobie coraz mniej pasji. To dzięki obecności dziewczynek brak straty na loterii okazuje się niespodziewanym darem od losu (Czekając na sygnał) a maleńkie ognisko streszcza historię cywilizacji (Dawno temu).

Nagła zmiana perspektywy wnosi do każdego tekstu nowy, nieoczywisty sens. Wieloznaczność tytułu książki jest dobrym przykładem tej autorskiej strategii. Zapisany minuskułą „pan wszystkich krów” to bohater opowiadania Gopala, wzbogacony niedawno właściciel podgórskiej doliny, na której łąkach pasie się jego bydło. A może jest nim byk, najsilniejsze ze zwierząt stada, podstępem okiełznane przez człowieka? „Pan krów” jest jednak także jednym z przydomków Kryszny-pasterza (w sanskrycie „Gopala” właśnie). Dybczak wykorzystuje mit wisznuizmu, by autobiograficzną historię o klęsce życiowych planów przekształcić w pochwałę niepodległej wyobraźni: „Mówią, że Bóg Kryszna też kiedyś pasał krowy w wilgotnym cieniu lasu Vindravan. A kiedy Brahma mu je odebrał, nie przejął się tym. Po prostu wyobraził sobie, że one są tam nadal. I one tam były” (s. 180).

To wyobraźnia pozwala wznosić się ponad uciążliwość i banalność rzeczywistości. W opowiadaniach tomu bloki przedstawione są jako zmiennocieplne prehistoryczne zwierzęta, zastygłe nocą w bezruchu (Ziemia), pusta ładownia statku przypomina wnętrze potężnego kościoła (Rambo) a greckokatolicka cerkiew odsyła do opowieści z tysiąca i jednej nocy (Odwiedziny). Nierzadko skojarzenia odnoszą się do sfery sacrum, jakby pozbawiony wiary bohater wciąż napotykał zdegradowane ślady po niedostępnej mu transcendencji.

Niespieszny tryb opowieści, kontemplacyjne nastawienie wobec szczegółu pozwalają dostrzec znaki tam, gdzie – zdawałoby się – nie dzieje się nic ważnego. Dlatego „góra pulsującego żaru” ze spalonych gałęzi wygląda jak przejaw jakiegoś kultu, najpewniej kultu mamony (Gopala, s. 155), budowanie domu trzeba zacząć od zabicia jadowitych węży, a klatki schodowe musza być ciemne – „w końcu to nasze jaskinie, prawda? Porysowane i umęczone obecnością człowieka” (Hadamek, s. 98).

To książka, która można czytać kilkakrotnie, bo za każdym razem inne zdanie, inny obraz uderzy z niespodziewaną siłą. Zostanie na długo.

 - Anna Spólna