Nie te czasy. Utwory nieznane

23.01.2017 Rafał Wojaczek
#
  • Instytut Mikołowski
    Mikołów, grudzień 2016
    224 strony
    152x215
    oprawa: twarda
    zrealizowano z środków MKiDN

Archiwa bywają wciąż hojne. Niedługo po odnalezieniu w Ossolineum wczesnej powieści Marka Hłaski, z tych samych zbiorów Maciej Melecki i Konrad Wojtyła wydobyli na światło dzienne pokaźną liczbę nieznanych wierszy i próz Rafała Wojaczka, które składają się na tom „Nie te czasy”. Mówiąc ściśle, mikołowska książka przynosi sześćdziesiąt siedem wierszy (z wyodrębnionym krótkim cyklem „Źrenica. Wiersze dla Teresy”), nieobszerny i gęsto przetykany wierszami „Dziennik dla Teresy” z 1966 roku i osiem utworów prozatorskich o zróżnicowanym, czasem wyraźnie fragmentarycznym statusie.

Najbardziej może zadziwiające jest to, że odnalezione przez Meleckiego i Wojtyłę utwory spoczywały w Ossolineum od lat i z pewnością były dostępne w chwili przygotowywania przez Biuro Literackie najpełniejszego obecnie wydania dzieł Wojaczka, czyli „Wierszy i prozy 1964 – 1971” z 2014 roku, co uwidacznia znamienny rozdźwięk między rangą, zasięgiem i siłą rażenia twórczości poety a niedostateczną pieczołowitością edycji jego spuścizny. Rzecz jest tym bardziej jaskrawa, iż znaczna część tekstów Wojaczka, także tych od lat kanonicznych, to utwory podawane do druku już po śmierci autora. A że Wojaczek pisał obficie i obficie kreślił, wariantywność i szkicowość wielu części jego dzieła powinna skłaniać do tym większej edytorskiej staranności. Mówiąc krótko, pora, od dawna zresztą, na porządne, krytyczne wydanie całości spuścizny Rafała Wojaczka z uwzględnieniem wszelkich szkiców i wariantów.

Wydana w Mikołowie książka to ważny krok w tym kierunku. Owszem, można zastanawiać się, dlaczego wśród kilku tekstów, wskazywanych w posłowiu jako warianty utworów znanych z innych edycji zabrakło wczesnego wiersza o incipicie „[Wspólnie wzięliśmy naszą martwą siostrę...]”, który jest niewątpliwie wariantem utworu znanego z edycji Bogusława Kierca „Wieczna aktualność najwyższą cnotą sztuki”. Można też wątpić o celowości decyzji, by odnalezione wiersze ułożyć niechronologicznie, bo podnoszony w tej kwestii argument Macieja Meleckiego, iż „Odrzucenie praw chronologii może jedynie zintensyfikować doznania lekturowe, a także uwidocznić niewielkie tylko różnice w jakości wierszy – powstających niekiedy w sporych odstępach czasowych – które, tak właśnie zestawione i niejako ze sobą zderzone, mogą jedynie uchodzić za dowód na to, że twórczość poetycka Rafała Wojaczka stanowi integralną jednię”, gdyż Wojaczek jest sam z siebie wystarczająco intensywny i nie sądzę, by potrzebował dodatkowo intensyfikujących jego lekturę zabiegów. Tak czy inaczej, „Nie te czasy” kapitalna lektura, wydatnie poszerzająca naszą wiedzę o twórczości Wojaczka. Szczególnie rewelacyjna jest prozatorska część książki. Partie poetyckie, choć oczywiście zajmujące, nie przynoszą bowiem tekstów, które radykalniej zmieniałyby znany nam obraz wierszopisania poety. Tymczasem utwory prozą, z których najciekawsze, jak się zdaje, nie trafiły nigdy do publikacji z powodu obyczajowej i politycznej cenzury (bardzo niewinny skądinąd passus o wyborach do sejmu w 1969 roku w „Martwym sezonie”), zdają się wyraźnie wzbogacać i komplikować dostępne wcześniej prozatorskie dokonania Wojaczka. Znamienny jest zwłaszcza tekst o incipicie „[Piotr jadł gówno...]” (dodajmy, iż incipit ów precyzyjnie zapowiada ciąg dalszy utworu), który Wojtyła, najpewniej słusznie identyfikuje jako „brakującą” część „Sanatorium”. Znamienny, bo jaskrawo widać w nim Wojaczkowe zamiłowanie do transgresyjnej obsceny wziętej wszakże w karby wysoce ceremonialnej i ironizującej wypowiedź ramy literackości. Uporczywość, z jaką poeta zajmuje się (tu i w innych tekstach), a właściwie epatuje obscenicznością i fizjologią, wynosząc je niemal na piedestał, skutkuje niezwykle ciekawym efektem rytualizacji i wysokoartystycznej celebry sfer, które tradycyjnie skazuje się na przemilczenie. A przy tym, Wojaczek z jednej strony wciąż siebie/swego bohatera „obnaża” i „zawstydza”, z drugiej – nieustannie bada wydolność literackiego zapisu najtrudniejszych  doświadczeń. Także tych dokonywanych na sobie samym. Owszem, częstokroć nie jest to zapis „przyjemny”, często jest wręcz „skandaliczny”, lecz nie sposób go zignorować. Nie te czasy.

Marcin Sendecki