Profesor Andrews

17.11.2015 Dominik Szcześniak, Grzegorz Pawlak
#
  • Wydawnictwo Komiksowe
    październik 2015
    scenariusz: Dominik Szcześniak
    rysunki: Grzegorz Pawlak
    297 x 210
    32 strony
    ISBN: 978-83-7961-108-9

Pomyślał ze strachem, że zrobił niemądrze, wychodząc z domu (…) Postanowił wracać i zrozumiał, że się zgubił. Nie wiedział, który z bloków jest jego blokiem. Nie pamiętał adresu. Co za lekkomyślność. Co za kraj. Polska i Polacy, ich język i kultura, nigdy nie były łatwe do odkodowania dla cudzoziemca. Istnieją ponadto w historii naszego kraju momenty, w których nasza wschodnioeuropejska rzeczywistość i obyczajowość stawały się szczególnie nieodgadnione. Najbardziej ponury naród świata – kwituje to profesor Andrews, którego los rzucił do Polski w jednym z najtrudniejszych dla niej momentów: trzynastego grudnia 1981 r.

Komiks Dominika Szcześniaka i Grzegorza Pawlaka pt. Profesor Andrews oparty jest na opowiadaniu Profesor Andrews w Warszawie z tomu Gra na wielu bębenkach, autorstwa dwukrotnej laureatki Nagrody Literackiej „Nike”, Olgi Tokarczuk. Nazwisko tej pisarki na okładce najczęściej gwarantuje wydawcy sukces medialny i komercyjny. W istocie, trudno o lepszy moment na komiksową adaptację prozy Tokarczuk, która zbiegła się w czasie, niemal co do dnia, z przyznaniem autorce tegorocznej nagrody „Nike” za Księgi Jakubowe. Profesor Andrews nie jest pierwszym podejściem do adaptacji na komiks polskiej literatury współczesnej. W przeszłości na polskim rynku ukazały się m.in. Robot, według opowiadań Stanisława Lema, Wielki Atlas Ciot Polskich, oparty na Lubiewie Michała Witkowskiego, czy Pan Blaki, dla którego inspiracją były Mini-wykłady o maxi-sprawach Leszka Kołakowskiego. Jednak w odróżnieniu od powyższych komiks Szcześniaka i Pawlaka jest adaptacją w dosyć ścisłym tego słowa znaczeniu. W Polsce podobne eksperymenty należą ciągle do rzadkości, podczas gdy na przykład we Francji cieszą się dużą popularnością. Obecnie na rynku frankofońskim dostępnych jest kilka różnych, stosunkowo wiernych, komiksowych adaptacji, m.in. Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa, w tym jedna autorstwa polskiego duetu – Andrzeja Klimowskiego, profesora londyńskiego Royal College of Art, oraz jego żony, Danusi Schejbal.

Tekst Tokarczuk wydaje się idealny do adaptacji – krótki i zwięzły, sam w sobie sprawia wrażenie synopsis do jakiejś dłuższej formy, raczej streszczenia niż właściwego opowiadania. Czytając go, nie mogę pohamować zdziwienia, że też tak w ogóle można pisać. Jednak adaptacja nigdy nie jest łatwą sprawą, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z kilkusetstronicową powieścią, czy wyjątkowo krótkim opowiadaniem. Odpowiedzialny za scenariusz Profesora Andrewsa Dominik Szcześniak został więc postawiony przed trudnym zadaniem. Opowiadanie Tokarczuk przeczytałem już po lekturze komiksu, wyłącznie dla porównania. Muszę przyznać, że dzięki temu pewne rzeczy mi się wyjaśniły. Komiks, choć zawiera te same obrazy, pozbawiony jest trudno uchwytnego ducha pierwowzoru. Brakuje mu charakterystycznej atmosfery niesamowitości, której, być może, po prostu nie da się oddać językiem wizualnym. Kulminacyjna scena, w której Andrews ma wrażenie, że bierze udział w religijnym rytuale – Zabijanie ryby. „Żywą czy na miejscu?”, te powtarzane słowa hipnotyzowały go. Zapragnął nagle włączyć się w tę okrutną powtarzalność i odejść z martwą rybą w siatce, jak wszyscy. – nie robi w komiksie tak mocnego wrażenia. Nie chcę przez to powiedzieć, że komiksowe adaptacje prozy są niepotrzebne, a jedynie, że należą one do najtrudniejszych wyzwań, jakich mogą dziś podjąć się twórcy komiksów.

Komiks jest równie krótki jak oryginalny tekst, stąd zapewne decyzja o umieszczeniu w albumie dodatkowych stron ze szkicami i wariantami okładki, które mają zwiększyć nieco objętość Profesora Andrewsa. Dlaczego zatem kadry są tak ciasno ułożone? Pawlak rysuje ich niekiedy nawet po dziewięć na planszę, co przy niewielkim formacie publikacji powoduje znaczne zagęszczenie obrazków. Spokojnie można byłoby opowiedzieć tę, dosyć przecież leniwie toczącą się, opowieść na większej ilości, nieco bardziej przejrzyście zakomponowanych plansz. Generalnie jednak rysunki Pawlaka dosyć dobrze wpisują się w nastrój zimowej historii. Między innymi dlatego, że przywykliśmy myśleć o stanie wojennym w czerni i bieli. Nawet ikoniczne fotografie Chrisa Niedenthala z tamtego okresu, pomimo iż kolorowe, zapisały się w zbiorowej pamięci jako czarno-białe. Historia zagubionego na ulicach Warszawy brytyjskiego profesora nie potrzebuje koloru. Potrzebuje jedynie odrobiny transcendencji, dla której komiks nie jest najlepszym nośnikiem. Niemniej jednak zachęcam do lektury, choćby dlatego, żeby dowiedzieć się, jak kończy się wizyta Andrewsa w komunistycznej Polsce.

- Artur Wabik