Wielka ucieczka z ogródków działkowych

21.09.2015 Jacek Świdziński
#
  • Kultura Gniewu
    październik 2015
    160 x 230
    212 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 9788364858222

Poprzednie dwa albumy Jacka Świdzińskiego, A niech Cię, Tesla! oraz nagrodzone w tym roku nagrodą im. Henryka Sienkiewicza Zdarzenie. 1908, ujawniły niebywały potencjał tego autora. Wielka ucieczka z ogródków działkowych jest więc jednym z bardziej wyczekiwanych przeze mnie komiksów tego roku.

W wywiadach i podczas spotkań autorskich Świdziński deklarował, że jego kolejny komiks będzie swoistym domknięciem „trylogii”. Choć każdy z tych trzech albumów opowiada oddzielną historię, osadzaną w innych realiach, to łączy je coś więcej niż wspólna estetyka i poetyka. Wszystkie w mniejszym lub większym stopniu dotyczą spiskowej teorii dziejów.

Choć Wielkiej ucieczce brak epickiego rozmachu Zdarzenia, to jej niewątpliwym atutem jest współczesny sztafaż. Świdziński ma doskonałe ucho do anegdotek i banalnych, wydawałoby się, ale autentycznych dialogów. Podsłuchane w przedziałach pociągów rozmowy przypadkowych pasażerów traktuje jako źródło większej opowieści, narracji o całym narodzie. W Wielkiej ucieczce przywołuje mądrości ludowe zasłyszane na bazarze lub wyczytane na forach internetowych, podawane z ust do ust plotki, pomówienia, legendy miejskie i teorie spiskowe. Zderza je z cytatami literatury i sztuki, ubiera w gry słowne i obudowuje humorem sytuacyjnym. Rzuca niezobowiązujące frazy, które koniec końców należy jednak traktować serio – jak wtedy, gdy jeden z bohaterów mówi: Już nigdy nie wsiądę do pociągu. W ogóle każdemu słowu w tym komiksie należy przyglądać się bardzo uważnie i z dużą podejrzliwością. Podobnie jak współpasażerom, którzy mogą się okazać badaczami uczestniczącymi. Wiadomo bowiem, że nie ma nic bardziej mylnego niż pętla obserwacyjna.

W przeciwieństwie do poprzednich komiksów Świdzińskiego, w Wielkiej ucieczce nie znajdziemy żadnych autentycznych, znanych postaci – a przynajmniej ja żadnej nie rozpoznałem. Nie brak tu jednak odwołań historycznych, szczególnie do wydarzeń konstytutywnych dla polskiego poczucia patriotyzmu i wspólnoty narodowej. Przybierają one formę naiwnych wyobrażeń, np. o tym, jak wyglądała wojna, zbitki pojęć – jak iść przez las, makaron z brzozy, jak żyć, inwokacja – kalek z popkultury i lekcji historii w szkole podstawowej. Świdzińskiemu wystarcza wysłanie krótkiego sygnału, którego wyłapanie i interpretacja jest już zadaniem czytelnika. Przykładowo identyfikacja wsi Taplary jako miejsca akcji Konopielki uruchamia szereg skojarzeń istotnych dla fabuły Wielkiej ucieczki: starcie natury i kultury, nieuchronny koniec obyczajowości chłopskiej i poddanie się kuszącej cywilizacji miejskiej. Podobnych tropów autor porozrzucał na kartach komiksu bardzo wiele.

Świdziński świetnie wyczuwa nastroje Polaków, którzy nie ufają systemowi i prędzej uwierzą, że rząd do spółki z agencjami reklamowymi i kosmitami robi ich w konia, niż w to, że warto iść na wybory. Kto w razie wojny będzie nas bronić? – pyta retorycznie jeden z bohaterów. I jest w tym pytaniu, często przecież zadawanym w polskich domach przy obiedzie, przy wiadomościach, telewizyjnych migawkach z Ukrainy, Syrii, granicy serbsko-węgierskiej, coś absolutnie naturalnego. Świdziński wie, jak obronią się Polacy – sami, siedząc w skleconych z billboardów przybudówkach na ogródkach działkowych, strzelając z wyjętych spod podłogi w piwnicy poniemieckich Mauserów. Wielka ucieczka obnaża tę charakterystyczną, słowiańską bylejakość, prowizorkę, której symbolem jest gaszenie światła poprzez wykręcanie świetlówki w przedziale. Już same tytułowe ogródki działkowe są wyrazem tęsknoty do dawnej epoki, czasów, które były może i gorsze, ale ludzie mieli lepiej. Świat komiksu Świdzińskiego ma ponadto wszelkie cechy atrapy, której ostatecznym dowodem jest sam wywietrznik wetknięty w ziemię.

W Wielkiej ucieczce  skrajny minimalizm graficzny Świdzińskiego nabrał pewnego rozmachu. Pojawia się tu więcej zabaw formalnych, m.in. praca światłem przy użyciu w pełni zaczernionych kadrów lub rastrów (fenomenalna plansza, na której nastaje świt). Zabiegi te są bardzo umowne, ale czytelne. Niekiedy zaskakujące, jak scena przeglądania się w lustrze, z odbitym liternictwem. Świdziński bardzo dosłownie traktuje koncepcję McClouda, że w komiksie czas i przestrzeń są ze sobą ściśle powiązane. Niejednokrotnie powiela niemal identyczne kadry na całej planszy. Do jednego z wątków wypożycza sobie bohaterów Tytusa, Romka i A'tomka, a także postać samego Papcia Chmiela – oczywiście przetworzonych graficznie w swoim autorskim stylu. To jeden z ciekawszych znanych mi hołdów dla twórczości Chmielewskiego, ponieważ podany nie wprost. Ponadto w fabule wspomniany jest incydent w Emilcinie, który już w 1980 r. na łamach magazynu Relax adaptowali na komiks Grzegorz Rosiński i Henryk Kurta. Świdziński ujawnia też ciągoty do dekonstrukcji swojego świata, w pewnym momencie bohaterowie dosłownie rozpadają się na atomy (kreski i punkty).

W Wielkiej ucieczce Świdziński stosuje chwyty znane ze swoich poprzednich komiksów. Gęsto przeplata pozornie niezwiązane ze sobą wątki, niekiedy także w obrębie jednego kadru, co wymusza inną logikę czytania; wbrew doświadczeniu i intuicji. Przypomina to klepanie się jedną ręką po głowie i jednoczesne masowanie drugą brzucha – początkowo wymaga sporego zaparcia i samokontroli. Ponadto Świdziński, jak Dukaj, ma zwyczaj wrzucania czytelnika w precyzyjnie skonstruowany świat bez zadawania sobie trudu wyjaśnienia jego mechaniki. Mocno uproszczone rysunki nie są natychmiast czytelne, trzeba im się bardzo uważnie przyglądać – paradoksalnie dużo bardziej niż w komiksie realistycznym. Dodatkowo prowadzona narracja jest niechronologiczna, liczne retrospekcje i wtrącenia ujawniają pochodzenie postaci i ich motywację. Wszystko to powoduje, że najnowszy komiks Świdzińskiego nie wciąga od pierwszej planszy. Można jednak myśleć o nim jak o krzyżówce, w której nieznane lub niezrozumiałe hasło można pominąć, aby wrócić do niego później – w asyście brakujących liter.

- Artur Wabik