Profesor Filutek 1948-1966

02.02.2015 Zbigniew Lengren
#
  • Scenariusz: Zbigniew Lengren
    Rysunek: Zbigniew Lengren

    Wydawnictwo Ongrys, 2014
    176 stron
    220x295
    oprawa: twarda
    Druk: kolor

„Wesołe jest życie staruszka” napisał Jeremi Przybora. Kogo miał na myśli wie ten, kto pamięta bohatera ostatniej strony tygodnika „Przekrój”. Małomównego, dystyngowanego starszego pana z nieodłącznym melonikiem, parasolem i pieskiem – prof. Filutka.

Z końcem ubiegłego roku ukazał się pierwszy, z zapowiedzianych przez wydawcę trzech albumów, zbierających wszystkie 2.500 pasków z przygodami prof. Filutka autorstwa Zbigniewa Lengrena, opublikowanych w ciągu 55 lat na łamach krakowskiego „Przekroju”. W rozpoczynającym serię zestawieniu znajdziemy aż 761 krótkich historyjek z lat 1948-1966. Zbiór ten, bardzo rzetelnie opracowany, opatrzono wstępem znanego badacza komiksu, Adama Ruska. Autor m.in. książki „Tarzan, Matołek i inni. Cykliczne historyjki obrazkowe w Polsce w latach 1919-1939” w słowie wstępnym nakreśla genezę postaci profesora. Otóż pierwowzorem sympatycznego emeryta był najprawdopodobniej ukazujący się od 1934 r. na łamach prasy francuskiej prof. Nimbus, wymyślony i narysowany przez André Daixa. Podobnie jak Filutek był on łysy, nie licząc jednego włosa w kształcie pytajnika, umieszczonego na czubku głowy. Tak jak ulubieniec czytelników „Przekroju”, również Nimbus nie wypowiedział nigdy ani słowa. Drugim protoplastą Filutka mógł być zamyślony, melancholijny Adamson, który wyszedł spod ręki szwedzkiego rysownika Oscara Jacobssona. Jego przygody przedrukowywał w Polsce m.in. krakowski „Ilustrowany Kuryer Codzienny”. Na powinowactwo tych postaci wskazuje także charakterystyczny sposób rysowania brody i wąsów, które przypominają nieco kaczy dziób.

Filutek urodził się w lutym 1948 r. jako sześćdziesięcioletni starszy pan. Nie od razu był profesorem – tytuł ten nadał mu ponoć dopiero Marian Eile, założyciel i wieloletni redaktor naczelny „Przekroju”. Od początku jednak występował w „stroju krakowskim” – jak określał pamiętający międzywojnie Lengren – staromodny melonik, czarną „jaskółkę” i sztyblety.  Poważny wygląd emeryta, w dodatku osoby uczonej, kłócił się z niepoważnym, sztubackim zachowaniem. Na tym jaskrawym kontraście Lengren budował humor sytuacyjny swoich pasków. Jeśli można było się czegoś spodziewać po Filutku, to właśnie tego, że za moment zrobi coś niespodziewanego. Jedną z nietypowych, charakterystycznych cech Filutka jest pionowy, przypominający taśmę filmową układ pasków. Być może dlatego Eile pisał o nim, że „jest jakby króciutkim, streszczonym w kilku obrazkach filmem”. Każdy z pasków składa się z trzech lub maksymalnie czterech kadrów. Do tego układu dostosowano format czterech książeczek z lat 60. wydanych przez Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne RSW „Prasa”. Autor wprowadził przy tej okazji ciekawe rozwiązanie – „Proponuję (…) niby pierwsze dwa, trzy akty w teatrze, w których zwykle zawiązuje się intryga, obejrzeć na jednej stronie, a ostatni akt – zakończenie dramatu – na drugiej stronie, po przerwie, potrzebnej na odwrócenie kartki...” Lengren doskonale rozumiał specyfikę medium komiksu, w którym sam proces czytania może stanowić narzędzie formalne. Szkoda, że nie tworzył dłuższych albumów w formie książkowej, ponieważ na łamach prasy nie miał szansy wykorzystać tej wiedzy.

Filutek, o którym Krzysztof Teodor Toeplitz pisał, że „jest jedną z najpopularniejszych postaci w Polsce”, osiągnął szczyt swojej popularności w latach 50. XX w. Wokół komiksu uruchomiono wtedy coś, co dziś określili byśmy jako merchandising – wyemitowano pocztówki noworoczne, ulotki zachęcające do oszczędzania w PKO, wyprodukowano drewniane figurki. Na fali ogromnego zainteresowania postacią Filutka, w latach 1955-1962 w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku powstał serial animowany (pięć barwnych, 10-minutowych odcinków), z którego Lengren nie był jednak zadowolony. Marzył mu się film animowany dla odbiorców dorosłych – kolejna koncepcja wyprzedzająca czasy w których przyszło mu tworzyć. „Przyjąłem (…) złe założenia plastyczne” – narzekał w wywiadzie dla „Ekranu” w 1957 r. – „Do postaci Filutka potrzebne są dekoracje proste, podobne do typu gazetowych, a nie kolorowe, typu bajkowego.” Tymczasem komiksy z Filutkiem  przedrukowywały gazety we Francji, Czechosłowacji, ZSRR i Chinach. Pierwsza książeczka z wyborem pasków ukazała się nie w Polsce, a w NRD – był to jednocześnie pierwszy polski komiks opublikowany w formie książkowej poza granicami naszego kraju.

Zarówno w USA, jak i Europie w ostatnich latach popularne są wydania zbiorcze najbardziej znanych serii prasowych. Niektóre z nich, jak np. „Fistaszki” czy „Calvin i Hobbes” ukazały się już  także w Polsce. Wkrótce dostępne będzie także kompletne wydanie wszystkich pasków z „Muminkami” Tove i Larsa Janssonów. Pomimo to od lat 60. nikt nie pokusił się o książkowe wydanie przygód prof. Filutka, a już tym bardziej o kompletną reedycję, jaką proponuje wydawnictwo „Ongrys”. Wiele z zawartych w nim historyjek zostało przerysowanych na nowo na potrzeby wydań książkowych i rożni się od publikowanych w prasie pierwowzorów. Ułożone są chronologicznie i skrupulatnie opisane. Wydanie jest fanatycznie wręcz wierne oryginałowi, zaś o wszystkich, najmniejszych nawet odstępstwach, informuje szczegółowo we wstępie wydawca. Przygotowanie reedycji wymagało wiele pracy; dotarcia do archiwalnych numerów „Przekroju”, zeskanowania 2,5 tysiąca odcinków, obróbki graficznej, niekiedy zamiany kolorów. Z przyczyn technologicznych Filutek ukazywał się w czerni i bieli, z jednym dodatkowym kolorem – zazwyczaj czerwonym lub niebieskim – jaki akurat był drukowany w danym numerze gazety. W efekcie niektóre paski przedstawiały np. biało-niebieskie chorągiewki, niebieski strój mikołaja lub niebieskie światło na sygnalizatorze drogowym.

Po śmierci Zbigniewa Lengrena w 2003 r., po 55 latach na ostatniej stronie „Przekroju” prof. Filutka zastąpił Stanisław z Łodzi, autorstwa Marka Raczkowskiego. Była to jedna z pierwszych decyzji nowego właściciela tytułu, szwajcarskiego koncernu „Edipresse Polska”, który postawił na odświeżenie szaty graficznej i profilu tygodnika. Jak wiemy zmiany te nie wyszły pismu na dobre, ponieważ od 2013 r. „Przekrój” nie ukazuje się wcale, do czego rękę przyłożyli także kolejni właściciele tytułu. Trzeba jednak przyznać, że Filutek, choć budzi dziś nadal uśmiech, jest już nieco archaicznym bohaterem. Wygadane postaci Raczkowskiego lepiej przystają do nowej, rozdygotanej,  przeładowanej treścią epoki. Prof. Filutek jest małomówny, gdyż – jak twierdził Lengren – autor wolał rysować niż pisać. Nie jest to jednak do końca prawdą: Zbigniew Lengren, choć pamiętamy go głównie z ostatniej strony „Przekroju”, oprócz działalności artystycznej związanej z szeroko rozumianą grafiką, pisywał także teksty literackie, w tym wiersze, m.in. dla dzieci. Zajmował się produkcjami telewizyjnymi, programami rozrywkowymi, teatrem satyrycznym. Wykonywał recytacje, prowadził też konferansjerkę. Szkoda, że poza Filutkiem, jego twórczość nie doczekała się dotąd stosownej kompilacji. Na pocieszenie mamy jednak album „Prof. Filutek. 1948-1966”.

Artur Wabik