Kiedy Dawid stracił głos

08.12.2014 Judith Vanistendael
#
  • Scenariusz: Judith Vanistendael
    Rysunek: Judith Vanistendael

    Wydawnictwo Komiksowe
    Warszawa, grudzień 2014
    ISBN-13: 9788364638152
    268 stron
    195x260
    oprawa: twarda
    papier: offsetowy
    druk: kolor

Tu jest jama nosowa. Tu masz tchawicę, a tam przełyk – rysuje kolejno na kartce papieru i objaśnia cierpliwie lekarz – Tu jest twoja krtań. A tu znajduje się złośliwy nowotwór. Tak właśnie, bez specjalnych ceregieli zaczyna się najnowszy komiks Judith Vanistendael pt. „Kiedy Dawid stracił głos”.

Komiksy, których fabuła obraca się wokół choroby, także śmiertelnej, nie są nowością na polskim rynku wydawniczym. Wprost przeciwnie, ten trudny temat stosunkowo często pojawia się we frankofońskim komiksie autorskim, który od roku 2000 stanowi trzon oferty naszych wydawców. Wydany w Polsce ponad dekadę temu album pt. „Niebieskie Pigułki” Fredericka Peetersa otworzył debatę na temat poważnych treści w komiksie i utorował drogę dla kolejnych dzieł o podobnej tematyce, m. in. „Parentezy” Élodie Durand czy „Rycerzy świętego Wita” Davida B. Wydaje się, że od tego czasu nie ma już dla polskich wydawców komiksów zbyt trudnych – zdarzają się jedynie gorzej się sprzedające. Te najbardziej osobiste, autobiograficzne wciąż cieszą się największym powodzeniem, tak więc decyzja o wydaniu albumu Judith Vanistendael nie powinna nikogo dziwić. Jednak tym razem mamy do czynienia z opowieścią o nieco innej wymowie. Album Vanistendael nie jest bowiem komiksem o walce z chorobą. Jest komiksem o umieraniu. Bardzo pięknym – choć brzmi to nieprawdopodobnie – komiksem o umieraniu.

W 2012 r. przy okazji polskiej premiery „Parentezy” miałem okazję poznać Élodie Durand. Było to jedno z bardziej poruszających doświadczeń. Po lekturze jej komiksu co rusz miałem ochotę złapać ją za rękaw, żeby sprawdzić czy naprawdę istnieje. Świadomość, że ta jedząca z nami kolację, paląca papierosy na mrozie dziewczyna spędziła dwa lata wewnątrz własnego umysłu, była porażająca. Choć Élodie wyzdrowiała wiele lat wcześniej, przez cały wieczór odczuwałem irracjonalny lęk, że najlżejszy podmuch wiatru może zabrać ją tam z powrotem. Podobnych emocji musiał dostarczać czytelnikom kontakt z Frederickiem Peetersem, który przyznał w wywiadzie – Bardzo szybko postaraliśmy się pokazać różnicę pomiędzy naszym codziennym, rzeczywistym życiem a książką, która jest osobną historią, rozwijającą swoje własne kody, swój własny porządek wraz z rozwojem czasu i ewolucją osobowości postaci. Moją propozycją było opisanie emocji, a nie robienie sprawozdania z mojego życia. Jednak w odróżnieniu od komiksów Durand czy Peetersa, album Vanistendael pozbawiony jest jednoznacznego rysu autobiograficznego. Nie wiemy z czyjej perspektywy, jeśli w ogóle, autorka zetknęła się z chorobą.


„Kiedy Dawid stracił głos” jest już drugim albumem flamandzkiej artystki, który ukazał się na polskim rynku. Pierwszy, zatytułowany „Dziewczyna i Murzyn” dotyczył nieco abstrakcyjnej w polskich realiach problematyki, jaką jest asymilacja uchodźców, obce kody kulturowe i związane z nimi uprzedzenia. Drugi jest czytelny pod każdą szerokością geograficzną. Dawid umiera na raka krtani. Choć trudno mu się pogodzić z wyrokiem, umiera spokojnie. Jednak jego żona i córki nie mogą się pogodzić ze stratą męża i ojca. Pomimo lęku i frustracji starają się nie obwiniać chorego. Wokół choroby Dawida od początku panuje zmowa milczenia, każdy z bohaterów przeżywa ją po swojemu, każdy zamknięty w kokonie swojego smutku. Tylko dziewięcioletnia córka Dawida, Tamara potrafi pozostać w intymnej bliskości z chorym. Każda z kobiet tworzy swoje własne rytuały, poprzez które stara się oswoić z nieuchronną śmiercią Dawida – Miriam fotografuje ojca. Tamara rozmawia o nim z syrenami i na wszelki wypadek nosi zawieszoną na szyi małą buteleczkę, do której zamierza złapać jego duszę. Paula wycina kolaże z klisz rentgenowskich męża (to zresztą jedna z najmocniejszych scen w komiksie). Rak Dawida jest nieoperowalny, więc łatwo domyślić się, jak kończy się ta historia.

Komiks podzielony jest na cztery rozdziały, z których każdy ma innego narratora. Zmienia się punkt widzenia i poetyka opowieści, a co za tym idzie środki formalne, którymi operuje Vanistendael. Kolejno: Miriam, Tamara, Paula, a na końcu sam Dawid dzielą się z czytelnikiem swoimi odczuciami. W obliczu spraw ostatecznych komiks zachowuje dużo ciepła i humoru. Zwłaszcza sekwencja Tamary obfituje w humorystyczne akcenty. Do moich ulubionych należy scena, w której Tamara ze swoim szkolnym kolegą, Maxem, ćwiczą na pluszowych zwierzakach mumifikację wierząc, że przemiana w mumię może być rozwiązaniem problemu Dawida. Autorka lubi rozciągać narrację w układzie poziomym na dwie, sąsiadujące ze sobą plansze. Od czasu do czasu dla rozładowania napięcia pozwala sobie nawet na dwustronicowy spread. Świetnie operuje zarówno linią, jak i plamą barwną. Miejscami komiks jest tak sugestywny, że czytanie go sprawia niemal fizyczny ból. Miejscami zachwyca metaforą. W scenie na łodzi Vanistendael świetnie uchwyciła ten przerażający moment inicjacji, kiedy w dzieciństwie dowiadujemy się, że pewnego dnia wszyscy umrzemy. Pierwsze spotkanie z myślą, która już nigdy nas nie opuści.

Prawie 300-stronicowy album jest solidnie wydany – w nietypowym, nieco powiększonym formacie (190 x 260 mm) i twardej oprawie, co uzasadnia dość wysoką cenę okładkową. Mam wprawdzie wrażenie, że subtelne, akwarelowe kolory Vanistendael lepiej prezentowałyby się na niepowlekanym papierze, być może nawet delikatnie barwionym, lecz zamiast tego dostaliśmy komiks na śnieżnobiałej kredzie. Czytanie dialogów utrudnia nieco przesadnie ozdobny krój pisma. Co ciekawe, na ten sam font zdecydował się anglojęzyczny wydawca komiksu, londyńskie Self Made Hero. Okładka polskiego wydania jest oparta wiernie na oryginalnym wydaniu holenderskim. Podczas gdy wydawca francuski, przy wydaniu zbiorczym sięgnął po spokojny kadr z łódką, Brytyjczycy woleli ostrzejszą, niepokojącą ilustrację. Polska okładka jest czymś pomiędzy i chyba nie sprzedaje najlepiej zawartości. Mimo to album warto kupić i przeczytać. Najpóźniej na Święta.

Artur Wabik