Opowieść o tym, jak Księżniczka Witemberska bez posagu została matką carów Rosji...

23.06.2014
#
  • Scenariusz: Agnieszka Muchla
    Rysunki: Tina Siuda, Mikołaj Tkacz
    Akademia Sztuki w Szczecinie
    Szczecin, październik 2011
    ISBN: 978-8363072-12-4
    72 strony
    210×297
    okładka: miękka
    Druk: kolorowy

„Opowieść o tym, jak Księżniczka Witemberska bez posagu została matką carów Rosji; czyli historia przemiany Zofii Augusty w Marię Fiodorównę, widziana oczami obecnych dzierżycieli domu jej urodzenia, Pałacu Pod Globusem w Szczecinie” – to tytuł (nie opis!) mało znanego, lecz znaczącego komiksu historycznego wydanego przez Akademię Sztuki w Szczecinie.

Kiedy przed sześcioma tygodniami recenzowałem na stronach Instytutu komiks pt. „Herma Św. Zygmunata” Bartosza Biedrzyckiego, Andrzeja Stańskiego i Macieja Pałki, miałem wrażenie, że tytuł ten wyswobadza komiks historyczny z okowów formalizmu i wyprowadza go stosunkowo daleko poza dotychczas przyjęte ramy gatunku. O tym, jak wąski horyzont miałem przed sobą, przekonali mnie dopiero autorzy albumu „Opowieść...” – Agnieszka Muchla, Tina Siuda oraz (znany mi już wcześniej bardzo dobrze) Mikołaj Tkacz. Wszystko w tym komiksie, począwszy od niespotykanie długiego tytułu i niemal pozbawionej ilustracji okładki, poprzez żartobliwie niedbałą wyklejkę, brak paginacji, na samych zaś rysunkach i liternictwie skończywszy, nosi znamiona nonszalanckiego eksperymentu artystycznego. Pozostaje on przy tym w pełni funkcjonalny w zakresie edukacyjnym, przybliżając czytelnikowi historię tytułowej bohaterki.

Od strony graficznej komiks jest tak brzydki, że aż piękny. Ten kolokwializm najlepiej oddaje estetykę, w której zrealizowano „Opowieść...”. Osadzone na płaskich tłach postaci o zdeformowanych kończynach i twarzach są bowiem rysowane intencjonalnie brzydko. Jak gdyby lewą ręką, lub poprzez celowo niekontrolowany docisk narzędzia. Pod tą „nieudolnością” widać jednak łatwość kompozycji, swobodę warsztatu i doskonały zmysł obserwacji. Album podzielono na dziewięć epizodów, z czego pięć pierwszych narysowała (jeśli się nie mylę, gdyż nie zaznaczono tego nigdzie) Tina Siuda, zaś pozostałe cztery – Mikołaj Tkacz. W pierwszej chwili trudno wyłapać różnicę, co działa w moim odczuciu na korzyść albumu, który pozostaje spójny plastycznie. U Siudy bohaterowie i rekwizyty często nie mieszczą się w kadrach i rozpychają je. Twarze przedstawione są fragmentarycznie, nierzadko zepchnięte do narożników kadrów i ujęte pod dziwnym kątem. Tkacz kadruje z większym oddechem, za to mnoży rekwizyty w tle i postaci w scenach zbiorowych. Swobodniej też poczyna sobie z dymkami i liternictwem, które miejscami ociera się już o nieczytelne, licując jednak nadal dobrze z ilustracjami.

W związku z podziałem na pół można powiedzieć, że cały komiks jest rysowany progresywnie – podczas gdy pierwszą połowę Siuda prowadzi jeszcze ostrożnie, aby przyzwyczaić czytelnika do niecodziennej estetyki, w drugiej połowie Tkacz zupełnie puszcza już kierownicę. Ilustracje, dotychczas niepokojące, stają się miejscami wręcz makabryczne. Chcąc zarysować skalę dla estetyki tego albumu można napisać, że wychodzi on od Sieńczyka, a kończy się na Rebelce. Zarówno Siudzie jak i Tkaczowi najlepiej wychodzą sceny rozpaczy. U Siudy porusza picassowski kadr, na którym Paweł Romanow szaleje po poronieniu Natalii, oraz zalana czerwienią scena, w której Caryca Katarzyna odbiera Marii Fiodorównie pierwsze dziecko. Zaś nieposkromiony Tkacz w scenie zabójstwa Pawła jest chyba nawet bardziej przerażający niż Rebelka. Przy tym historia przez cały czas jest dobrze poprowadzona literacko, co zawdzięczamy Agnieszce Muchli. Dialogi brzmią naturalnie, a okraszony solidną porcją faktów i dat język epoki przebija się przez postmodernistyczne ilustracje.

Po lekturze „Opowieści...” ciężko nie polubić Marii Fiodorówny, urodzonej w Szczecinie pruskiej szlachcianki, oddanej żony, matki dziesięciorga dzieci – w tym trzech carów, nieprzejednanej krytyczki Napoleona, w dodatku obdarzonej wyczuciem piękna, a pod koniec życia zaangażowanej w działalność dobroczynną i mecenat artystów. Po raz pierwszy czuję się autentycznie związany z bohaterem komiksu historycznego, co bez wątpienia jest zasługą jego niekonwencjonalnej, atrakcyjnej formy. Obawiam się jednak, że na tak odważne podejście do komiksu historycznego może sobie póki co pozwolić jedynie uczelnia artystyczna. Bądźmy jednak dobrej myśli, a „Opowieść...” niech będzie przykładem, że można inaczej.

Artur Wabik