Noe

31.03.2014 Darren Aronofsky, Ari Handel, Niko Henrichon
#
  • Sine Qua Non
    Kraków, kwiecień 2014
    Tłumaczenie: Marta Duda-Gryc
    207x272
    56 stron
    ISBN:
    978-83-7924-174-3

Jeśli istniał naprawdę – jaki właściwie był Noe? Namaszczony do wyższych celów, wsłuchany w głos stwórcy, sprawiedliwy i miłosierny patriarcha? Czy może: szalony wojownik, opętany niezrozumiałymi wizjami, bezlitosny sędzia ludzkości? Swoją wersję syna Lameka, wnuka Matuzalema, w dziesiątym pokoleniu potomka Adama, prezentują autorzy komiksu „Noe”, którego trzeci tom ukazał się właśnie na polskim rynku.

Za scenariusz komiksu odpowiadają amerykańscy filmowcy: słynny reżyser Darren Aronofsky oraz pisarz i producent filmowy Ari Handel. Prace nad skryptem, który początkowo miał posłużyć za scenariusz filmowy, obaj panowie rozpoczęli ponad 10 lat temu. W kwietniu 2007 roku, w wywiadzie udzielonym „The Guardian”, Aronofsky opowiadał o gotowym pomyśle na film przedstawiający Noego jako „mroczną, skomplikowaną postać” cierpiącą na syndrom ocalonego (ang. survivor's guilt). Kłopoty z doborem obsady i finansowaniem produkcji spowodowały, że na trzy lata przed premierą filmu z historią tą mogli zapoznać się czytelnicy komiksów. Autorem rysunków do czterotomowej serii, wydanej we Francji przez Le Lombard, jest kanadyjski rysownik komiksów superbohaterskich, Niko Henrichon, znany w Polsce przede wszystkim z albumu pt. „Lwy z Bagdadu” (scen. Brian K. Vaughan). Henrichon regularnie tworzy okładki dla amerykańskich gigantów branży – DC Comics i Marvel Comics, do serii takich, jak „Fantastic Four”, „Spider-Man” czy „X-men”, jednakże  sprawdził się też w ambitniejszych produkcjach, jak „Fables” czy „Sandman” spod szyldu Vertigo. Efekt współpracy scenarzystów i rysownika został odebrany na tyle dobrze, że krótko po premierze komiksu Paramount zaoferował Aronfsky'emu 130 milionów dolarów na produkcję filmowej wersji „Noego”.

Nie mając wglądu w scenariusz komiksu nie potrafię powiedzieć, jak wiele z tego, co w nim zobaczyłem, dodał od siebie Henrichon. W medium komiksu bardzo często to właśnie rysownik wysuwa się na pierwszy plan. Projektując graficzną stronę opowieści – wygląd postaci, scenografię i kostiumy, kolorystykę – niejednokrotnie jest w stanie wykreować świat dalece odbiegający od swojego literackiego pierwowzoru. Podejrzewam, że w przypadku „Noego” tak właśnie się stało. Biblijną przypowieść, wzbogaconą przez scenarzystów o studium psychiki głównego bohatera, rysownik wrzucił w postapokaliptyczną scenerię, w której dodatkowo pobrzmiewają wątki indiańskie i echa mitologii nordyckiej. Ta przedziwna mieszanina początkowo zaskakuje, lecz pod koniec pierwszego tomu zaczyna układać się w intrygującą mozaikę. Komiks częściowo podąża za koncepcją Aronofsky'ego, który chciał, aby czas akcji filmu nie był do końca określony. Jego wersja historii Noego może dziać się równie dobrze za tysiąc lat, jak i kilka tysięcy lat temu. Jednak rozsiane na drugim planie komiksu, zapewne z inicjatywy rysownika, artefakty wysoko rozwiniętej cywilizacji wskazują na te pierwszą wersję. Na podstawie trailera filmu, który w ubiegły piątek wszedł na ekrany kin w USA można przypuszczać, że widzowie nie zobaczą w nim nic podobnego. Wygląda na to, że z filmu wycięto także upadłe anioły, które zamieszkują ziemię pod postacią sześciorękich olbrzymów – element komiksu, który szczególnie dobrze wyszedł Henrichonowi.

„Noe” to jednak przede wszystkim opowieść o człowieku. Jego biblijny protoplasta przedstawiany jest jako patriarcha, który przeżył 950 lat długiego żywota pozbawiony wątpliwości w słuszność swego postępowania. Wprawdzie Biblia wspomina go także jako odkrywcę upojenia alkoholowego, ale zasadniczo trudno w nim zobaczyć człowieka z krwi i kości. Tymczasem komiksowy Noe pełen jest ludzkich emocji: nie rozumie woli Boga, wątpi, boi się, a na koniec także i wstydzi. Mimo to przez cały czas jest gotów za wszelką cenę, także szczęścia i życia swoich najbliższych, wypełnić powierzoną mu misję, którą rozumie jako całkowitą zagładę ludzkości. Z początkiem trzeciego tomu zatytułowanego „I wody spadły na ziemię” opowieść o bohaterskiej budowie arki zamienia się w dramat rodzinny z fanatykiem religijnym w roli głównej. Noe widzi siebie i swoją rodzinę jedynie jako narzędzia Boga, gwarancję ocalenia zgromadzonych na arce zwierząt. Ostatnich strażników cudów stworzenia, którzy po wypełnieniu zadania przestaną być potrzebni. Skazując na zagładę najpierw wybrankę Chama, a następnie potomstwo Sema, obraca synów przeciw sobie. Wkrótce także najmłodszy syn, Jafet, oraz żona Naama odwrócą się od niego. Noe ma jednak po swojej stronie zwierzęta – w komiksie jest kimś na kształt beastmastera – które w kluczowym momencie zapewnią mu przewagę na arce. Nie chcąc zdradzać zakończenia serii napiszę tylko, że kiedy przyjdzie czas wypełnić wolę Boga, Noe „może by umiał, a choćby chciał, nie będzie mógł”.

Na koniec ciepłe słowa należą się wydawcy serii, krakowskiej oficynie Sine Qua Non, znanej dotychczas przede wszystkim z książek i albumów, oraz serii komiksów na podstawie gier z cyklu „Assassin's Creed”. Wszystkie cztery części „Noego” wydano w pełnym formacie, na kredowym, matowym papierze, w twardych, powleczonych lakierem miejscowym UV oprawach. Kiedy wziąłem je pierwszy raz do ręki, pomyślałem: wreszcie wydawane w Polsce komiksy z głównego nurtu wyglądają tak, jak ich odpowiedniki na rynku francuskim! Okładka trzeciego tomu, na której tytuł serii, oraz pojedyncze krople deszczu pokryto wybiórczo lakierem UV robi piorunujące wrażenie. Podobnie zresztą jak okładka zapowiedzianej na ten tydzień czwartej części cyklu pt. „Kto przeleje krew”, w której poznamy finał historii Noego i jej rodziny.

Artur Wabik