Lem. Życie nie z tej ziemi

Wojciech Orliński
#
  • Czarne
    sierpień 2017
    133 × 215
    440 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8049-552-4

Fragment biografii Lem. Życie nie z tej ziemi Wojciecha Orlińskiego został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne.

Copyright: Czarne, Agora

Dlaczego Lem tak bardzo różnił się zarówno od innych pisarzy science fiction na świecie, jak i od pisarzy w Polsce en masse? Bo intelektualnie ukształtowały go inne lektury. Czytał to, co rekomendowali mu Turowicz i Choynowski, a więc był lepiej zorientowany w światowej nauce od przeciętnego polskiego pisarza, a także w humanistyce od przeciętnego pisarza science fiction.

Jak dobrze się stało, że Lemowie przenieśli się do Krakowa, a nie do Katowic czy Wrocławia! We Wrocławiu być może Lem spotkałby kogoś takiego jak Choynowski, ale raczej nie mógłby tam odnaleźć środowiska, które przypominałoby redakcję „Tygodnika Powszechnego”.

Tygodnik był unikatową anomalią, jedynym tego rodzaju czasopismem na wschód od żelaznej kurtyny. Ukazywał się pod egidą kurii krakowskiej, co pozwalało redakcji patrzeć na świat z punktu widzenia wprawdzie nie antykomunistycznego – na to by nie pozwoliła cenzura – ale jednak niekomunistycznego. Już samo to stanowiło wyzwanie rzucone samej istocie systemu totalitarnego, który z definicji stara się wszystko podporządkować jednej ideologii.

Dlaczego Lem, który do końca życia deklarował się jako ateista, tak bardzo zbliżył się właśnie do katolickiego czasopisma? „Zadecydował przypadek”, wyjaśniał Beresiowi. „Zapadłem na pisanie wierszy – bo na to się zapada jak na chorobę – i zacząłem z nimi chodzić w różne miejsca. Tak trafiłem do redakcji »Tygodnika Powszechnego«”, pisał po latach.

„Różnymi miejscami” były redakcje „Odrodzenia”, „Twórczości”, „Kuźnicy”, a nawet „Żołnierza Polskiego”, do których Lem zanosił próbki swojej twórczości. Czasem mu coś drukowali i otrzymywał honoraria. Współpracował także z wychodzącymi na Śląsku czasopismami komercyjnymi, które dobrze płaciły – pulpowym magazynem „Nowy Świat Przygód”, któremu sprzedał w 1946 roku Człowieka z Marsa, z tygodnikiem „Co Tydzień Powieść” oraz ze skupującym fraszki pismem satyrycznym „Kocynder”, z którym współpracę poleciła mu sama Szymborska, również pisząca tam dla zarobku.

Fiałkowskiemu Lem wyrecytował jedną ze swoich ówczesnych fraszek:

Był raz sobie pewien zbrodzień
Który lubił trupa co dzień
I wychodził z bronią co dnia
A wieczorem – nowa zbrodnia

Ze wszystkich tych środowisk Lem jednak najlepiej się czuł właśnie w „Tygodniku Powszechnym”. Nawet jeśli faktycznie trafił tam przypadkowo, po prostu dlatego, że  jego wiersze przedtem odrzucono gdzie indziej (Przyboś rzekomo „zrzucił go ze schodów” i „tłumaczył, że nie należy rymować”), to poczuł się tam jak u siebie w domu. Rytuał regularnych wizyt w siedzibie redakcji na Wiślnej uprawiał tak długo, jak pozwalało mu na to zdrowie, nawet gdy musiał zawiesić współpracę z „Tygodnikiem” z powodów taktycznych, o czym za chwilę.

Wróćmy bowiem do roku 1946. Lem ma dwadzieścia pięć lat i odczuwa typową dla tego wieku rozterkę. Kim zostać? Lekarzem? Pisarzem? Spawaczem? W tym pięknym wieku młodemu człowiekowi zdaje się, że wszystko zależy od niego, podczas gdy już zaczynają działać życiowe procesy, które nim kierują w stronę jego przeznaczenia. Lem miał szczęście do dobrych autorytetów i dobrych przyjaciół, więc wszystko poszło w dobrym dla niego kierunku. W innym mieście mogłoby być inaczej. Jego wspomnienia ze Lwowa to wspomnienia o samotności. Najpierw samotności dziecka, które nie ma się z kim bawić, więc rozmawia ze swoim konikiem na biegunach i z ubrań ojca buduje manekiny, żeby chociaż te dotrzymywały mu towarzystwa. Potem samotności człowieka zmuszonego do ukrywania się przed okupantem. W Krakowie jednak Lem nagle staje się duszą towarzystwa. Nawiązuje przyjaźnie, które będą trwać przez dziesięciolecia – między innymi ze współpracownikami Choynowskiego, jak prawnik Jerzy Wróblewski, późniejszy rektor łódzkiego uniwersytetu. Zaprzyjaźnia się też z krakowskimi literatami ze swojego pokolenia, na przykład ze wspomnianą Szymborską. Przede wszystkim jednak poznaje środowisko cyganerii artystycznej, przez Romana Husarskiego i jego narzeczoną Helenę Burtan, która pochodziła z rodziny przedwojennych właścicieli słynnej fabryki w Ćmielowie. „Mieliśmy wtedy po dwadzieścia parę lat, energia nas roznosiła i nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy z tego, jaką uprząż i jakie popręgi zaczyna na nas nakładać nowy reżim”, pisał Lem, wspominając w 2004 zmarłego w tym roku Husarskiego. O ile wspomnienia ze Lwowa są przeważnie co najmniej melancholijne, nawet gdy dotyczą szczęśliwego, acz samotnego dzieciństwa, o tyle krakowskie, związane z Husarskim i Burtan – co najmniej pogodne, mimo że bywało też groźnie: raz w związku ze śledztwem przeciwko sublokatorowi Husarskich Urząd Bezpieczeństwa urządził w mieszkaniu „kocioł”, z którego nikt nie mógł wyjść.

Lem opisywał to tak wesołym tonem, jakby chodziło o piknik. Poprosił matkę, by ta zagrzała mu kawę, bo on idzie tylko na pięć minut do Romka i akurat wróci, jak będzie gotowa. Wrócił prawie po miesiącu, ale w chwili zatrzymania udało mu się wyrzucić przez okno kartkę zaadresowaną do ojca. „Solidarność ludzi była wtedy tak wielka, że otrzymał ją po półgodzinie”, wspomina Lem, dodając, że zażądał od ubeków zaświadczenia dla uczelni, bo z powodu kotła zawalił pierwszy termin egzaminu z ginekologii i położnictwa. „Żadnych zaświadczeń nie wydajemy”, odpowiedzieli zaskoczeni ubecy.

Wszystko jest wtedy zabawą, nawet praca. Husarski i Burtan zawodowo parali się rzeźbą sakralną. Pewnego dnia Husarski wykonał w swej pracowni ogromnego gipsowego Chrystusa i dopiero gdy rzeźba była gotowa, uświadomił sobie, że jest za wielka, by ją z tej pracowni wydostać. Lem próbował mu pomóc, ale skończyło się to tak, że spadli ze schodów z Chrystusem, który rozbił się w drobny mak. „Nie było to do śmiechu, ale sytuacja była tak groteskowa, że wybuchnęliśmy śmiechem nieopanowanym”.

Hela Burtan podarowała wtedy Lemowi jego pierwszego psa, wilczura imieniem Radża: „Ludzie mniej kształceni myśleli, że to jest »ta radża«, a chodziło o radżę indyjskiego”. Lem przeszedł z Radżą „całe Tatry”, bardzo go kochał. Wilczur zginął tragicznie, zatruty podłej jakości szczepionką przeciw wściekliźnie („oczywiście produkcji radzieckiej”, dodał Lem Fiałkowskiemu).

W tej atmosferze ciągłej zabawy Lem zrobił coś niesłychanie nierozsądnego. Napisał groteskowy utwór pod tytułem Korzenie. Drrama wieloaktowe, który był bezpardonową kpiną z ideologii stalinowskiej. Głównym bohaterem jest Dementij Psichow, wysłany przez partię do Ameryki, celem podpatrywania tamtejszych metod produkcji „sody kiszonej” (czymkolwiek to jest).

W Ameryce Dementij stracił oko (imperialiści przebili mu je, gdy podglądał ich przez dziurkę od klucza), a co gorsza – czystość ideową. Doszedł bowiem do wniosku, że „to jednak musi być fajnie mieć prawdziwe auto i lodówkę”. „Mężu, rzuć to korzenie” – woła do niego towarzyszka żona, Awdotia Niedonogina. – „Na co ci lodówka? Co będziesz w niej trzymał, gacie?” Do rozumu próbuje mu też przemówić sekretarz partyjny, towarzysz Anichwili Tegonieradze (zapewne Gruzin). Na koniec na szczęście pojawia się generalissimus ex machina, sam towarzysz Stalin, i oznajmia towarzyszowi Psichowowi, że mu wybacza („głosem nieludzko życzliwym”).