Belweder gryzie w rękę

Wojciech Chmielewski
#
  • Iskry
    Warszawa, marzec 2017
    125 x 195
    220 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-244-0471-1

Fragment najnowszej książki Wojciecha Chmielewskiego Belweder gryzie w rękę został opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Iskry.

Copyright: Wydawnictwo Iskry

U grobu księdza Jerzego

Algieria. Mała wioska położona w górach. Bieda, nędz­ne życie rolników i pasterzy. W wiosce od dawien dawna klasztor Trapistów. Kilku braci żyjących wraz z lokal­ną społecznością, mimo surowości reguły, której są wierni. Jeden jest lekarzem, leczy za darmo. Trapiści uczestniczą w lokalnych uroczystościach, są zapraszani do domów i po­strzegani przez wyznawców Allaha jako ludzie swoi. Ich ży­cie, proste i jednostajne, a jednak w pewnym momencie naznaczone dramatycznym wyborem: zostać czy uciekać, dać się zarżnąć czy przetrwać z dala od swego klasztoru, od ludzi, z którymi się związali. Każdy z nich może decydo­wać osobno i okazuje się, że wszyscy chcą zostać.

Robert pożyczył film księdzu proboszczowi, ale nie wie, czy ten go obejrzał. Na razie nic nie mówił, przecież będę mu musiał powiedzieć, że chcę odejść do zakonu o tak surowej regule. Wyjechać z kraju. To będzie pierwszy krok.

Wychodzi z metra na plac Wilsona i czuje zapach mok­rych płyt chodnikowych. Przez chwilę stoi oszołomiony, spogląda w niebo, które jest białe. Jeszcze trawa, ksiądz Ro­bert widzi korony drzew w parku Żeromskiego. Słabo zna te okolice. Urodził się na wsi, przed Warszawą zawsze czuł nie­ufność, nigdy nie chodził po ulicach tylko po to, by je poznać, poczuć ich zapach i klimat. Samochodem do różnych ko­ściołów, tam uroczystości, potem z powrotem na plebanię. Miasto było nieprzyjazne, mąciło spokój mnóstwem ulic i ich nazw, swoją dziwaczną i tragiczną historią, a Robert historii nie lubił. Co prawda obecna parafia to dopiero druga w jego posłudze kapłańskiej, ale pierwsza była na mazowieckiej wiosce, gdzie Robert bardzo dobrze się czuł. Dopiero w tej dzielnicy, gdzie zamieszkał od roku, fakt, że peryferyjnej, lu­dzie przemieszani, rozmaici, zaczął przeżywać dziwne stany, zastanawiał się nad wyborem drogi, a przecież dotąd był cał­kowicie przekonany, że powołanie, którym został obdaro­wany, jest jedyną odpowiedzią na wszelkie wątpliwości.

Toczyły się życie i posługa młodego księdza, trochę jakby gdzieś obok, bo tak właśnie miało być, tak mu wszyscy mó­wili, rodzina i przyjaciele księża. I wstyd przyznać, u grobu błogosławionego kapłana też do tej pory nie był, a urodził się, kiedy Popiełuszkę zamęczono. Na beatyfikacji na placu Piłsudskiego również nie był obecny, oficjalnie miał wtedy urlop, po prostu mu się nie chciało. W magazynku na pleba­nii, w kartonie z książkami, który zostawił po sobie poprzed­ni wikary, znalazł Robert zbiór kazań księdza z Żoliborza. Zaczął kartkować, potem czytał. Proste teksty, zdania krót­kie, zawierające najprostsze prawdy wiary, bez teologicznych wzlotów, udziwnień. Jeszcze kontekst tamtego czasu, kłębią­ce się zło, zostawieni w nim ludzie, którym z domów wyrwa­ no najbliższych i wywieziono nie wiadomo dokąd. Trafiły kazania Popiełuszki do wyobraźni Roberta, poczuł swojaka, przecież ksiądz Jerzy też był z wioski. Czytał dalej, aż wresz­cie postanowił pojechać.

Trochę ochłonął, widzi już wymyte przez deszcz dwie wieże kościoła. Idzie tam. Rześkie powietrze otacza go ze wszystkich stron, ubrany po cywilu, koszuli z koloratką też nie założył. Za parkanem z metalowych prętów rosną gęste krzewy, ich zapach dochodzi do Roberta, człowieku, czego ty tu szukasz, zaraz, to będzie gdzieś tu, od wejścia na prawo.

Przy granitowym krzyżu stoją dwie osoby. Podchodzi bli­żej. Leży krzyż na murawie, wokół głazy, paciorki gigantycz­nego różańca. Klęka ksiądz Robert, odpływa tam, gdzie odprawiana jest wieczna ofiara i anioł Litarkuel pełni służbę przy tronie Najwyższego. Leżące na marach, zmasakrowane zwłoki księdza wyłowione z Wisły. Twarz o barwie surowe­go mięsa, rozkładające się palce, pomiędzy które wciśnięto różaniec. Ostatnia droga kapłana z tego kościoła, bestialsko zamordowany za te prościutkie teksty, które złożyły się na cienką książkę.

Litarkuel rozkłada skrzydła, lśnią chromem, a potem mie­nią się jak pawi ogon. Chce zasłonić nimi skurczoną postać ubraną w złocisty ornat. I już nie ma księdza, rozpłynął się, zo­stał grób, w jego wyszlifowanym granicie odbija się słoneczny promień, dobrze widać mosiężne litery, a Robert mruży oczy. Przerywa modlitwę, żegna się i wstaje. I w tym momencie przed oczy przychodzi inny obraz: kudłaty pies szarpie zęba­mi dziecko za rękę, mała wyrywa się, ale napastnik jest nieus­tępliwy. Dziewczynka krzyczy i jest cała zakrwawiona.

Idzie, nie wie dokąd. Nawet nie wszedł do kościoła. Przed siebie, zagłębia się w uliczki zabudowane piaskowego kolo­ru blokami. Krąży zaułkami nieznanej sobie dzielnicy (Litarkuel krąży nad nim), głęboko oddycha, czuje, jak bije mu serce, wprawiając całe ciało w dygot. Stracił panowanie nad sobą, a przecież księdzu tego nie wolno, jak dobrze, że nie założył sutanny. Błogosławiona była chwila tej decyzji. Brnie Robert podwórkami, alejkami, parkingami.

Najlepsza scena w filmie to ta, kiedy w nocy do klasztoru przychodzi komando w turbanach i z kałachami. Na począt­ku przeor nie zgadza się, by weszli na teren klasztoru z bro­nią i sam wychodzi przed furtę. Już to jest mocne, domagamy się natychmiastowej przemocy, ale nic takiego nie następu­je. Przybysze chcą lekarstw i lekarza, bo ktoś jest ranny. Prze­or odmawia ich wydania, ponieważ stracą je wtedy okoliczni ludzie, odmawia także wysłania brata lekarza, bo jest stary i schorowany. W końcu partyzanci odchodzą, żegnani przez mnichów, choć odnosi się wrażenie, że mogą tu powrócić. Wymienione zostają imiona Mahometa i Jezusa.

Ksiądz Robert napotyka na swojej drodze kawiarenkę. Kil­ka stolików stoi na zewnątrz, zmęczony siada na krześle. Czu­je suchość w ustach, nerwowo przygładza włosy. Wychodzi panienka, wita się i podaje kartę. Wzrok księdza pada na stro­nę z piwami. Piwa! Dusza domaga się browaru, podobnie przełyk, podniebienie i język. Jest coś o nazwie wiśnia w pi­wie, Robert zamawia. Czerwony płyn pieni się, przez chwilę mężczyzna znowu myśli o krwi, ale wraz z pierwszym łykiem majak znika. Pije Robert łapczywie, już nie ma połowy piwa, dopiero teraz rozgląda się, patrzy na otaczające go domy

i drzewa. Uspokaja się wraz z powolnym działaniem alkoho­lu. Jak to dobrze, że wieczorną mszę odprawia dziś ksiądz proboszcz! Ksiądz Jerzy na pewno nie pił piwa, pewnie nie lubił, zresztą podobno za komuny miało ohydny smak. Ktoś mu opowiadał, Robert nie pamięta, kto. Ksiądz proboszcz także piwa nie pije, nie wie, że jego wikary owszem, owszem. A może to proboszcz mówił mu o niedobrym piwie? Trapi­ści mają wielkie tradycje browarnicze, Robert zainteresował się dziejami zakonu, do którego chce wstąpić. Kupił kilka książek, studiował Thomasa Mertona i Eugenea Boylana. Mnóstwo znanych browarów, zwłaszcza w Belgii, La Trappe, Chimay, Rochefort, Orval, dubbel, trippel, ocean ciekawo­stek, morze wiadomości. A to ma smak całkiem ciekawy, ma­ło słodkie z wyraźnym wiśniowym aromatem. Robert spija ostatnie krople i postanawia zamówić jeszcze jedno. W zako­nie mógłbym pracować w browarze, dlaczego nie, myśli, pod­czas gdy panna przynosi mu nową butelkę. Spokojna robota, potem oficjum, lektura duchowa, lectio divina znaczy, całko­wite milczenie, pokój w sercu. Tam w klasztorze Trapistów na pewno nie będzie takich historii jak z księdzem Jerzym, nawet takich jak u niego w parafii, z dzieckiem pogryzionym przez psa należącego do miejscowego pijaczka.

Chociaż był ze wsi, czegoś więcej pragnął ksiądz Robert niż wycierania się po szkolnych korytarzach i słuchania ry­ku z tysięcy gardeł. Zrobiło mu się jednak wstyd. Zostawić całe swoje życie i w imię spróbowania czegoś innego odejść? Błogosławiony Jerzy też mógł tak zrobić, nawet mu to proponowano. Odejdź gdzieś, niech sprawa przycichnie, ukryj się. Został.

Przed oczyma wyobraźni pojawia się zupełnie nowa wi­zja: ciemna ściana lasu, na którą z werandy swej pustelni spo­gląda Thomas Merton. Okolice Louisville, stan Kentucky. Jest piąta rano i mnich z brewiarzem w ręku przechadza się tam i z powrotem. Stukot jego kroków jest doskonale słyszal­ny, odbija się echem od pni wysokich sosen. Powietrze cierp­kie, orzeźwiające. Przejrzyste. Wokół głowy poruszającego się człowieka tworzy się zwiewna mgiełka. W ostatnich latach swego życia Merton zamieszkiwał pustelnię, a miejsce to po­zwoliło mu w jakiś sposób odkryć istotę powołania - samot­ność. Może Robert też będzie miał pustelnię? Drewniany domek tylko dla siebie, gdzie zimą będzie palił w kominku, a latem włączał wentylator i pił zimną wodę, a od czasu do czasu piwo z klasztornego browaru. Dobre to piwo, chłodne. Ale trzeba się ruszyć.

Drogi powrotnej na plebanię jakby zupełnie nie było, wy­leciała z głowy. Myje ksiądz Robert zęby, płucze miętowym płynem, zakłada sutannę i komżę. Dziesięć po szóstej jest w kościele, trwa msza święta, ksiądz proboszcz w zielonym ornacie. Wikary siada w konfesjonale.