Wakacje

Grzegorz Uzdański
#
  • W.A.B.
    Warszawa, luty 2016
    130 x 200
    192 strony
    oprwa: twarda
    ISBN: 978-83-280-2193-8

Fragment debiutanckiej książki Grzegorza Uzdańskiego Wakacje został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Copyright: W.A.B.


Jak będzie jeszcze jeden, to Wonder Woman, a jak nie będzie, to Superman. Tam za tymi krzakami.

- Gdzie idziesz?
- Chcę jeszcze zobaczyć tylko, czy tam nie ma. Grobu jakiegoś jeszcze.
- Po co tam jeszcze wchodzić w te chaszcze? Ja bym już chciała iść.
- Tylko na chwilę zajrzę. Sekundka dosłownie.

Nie ma. Tam. Nie, tu też nic. Nie ma. Przegrywa.

- To może ja już pójdę powoli sama.
- Już wracam.

Nie było, czyli Superman.

- Zobacz. Przyszły tu za nami.

Nie liczy się, bo za wcześnie zawróciłaś. Nie zobaczyłaś tych wszystkich krzaków.

Jakoś je ominąć, nie da się, nie chcę z nimi gadać, o Boże.
- Czego szukacie? Jakaś rodzina?
- Tak sobie oglądamy. Nasza rodzina tu mieszkała przed wojną.

Widziałam. Nie było.

- Jak się nazywali? Ci wasi?

Nie zajrzałaś do końca. Nie liczy się.

- To różnie, bo to dużo ich było. W różnych wsiach.
- Tu przed wojną dużo mieszkało Niemców, ja nie krytykuję, to byli przyzwoici ludzie, ja miałam najlepszą koleżankę Niemkę. Też wyjechała potem.
- Rozumiem.
- Ona była w moim wieku, ze szkoły się znałyśmy i mieszkali obok, to ja ich często przecież odwiedzałam, koleżanki byłyśmy, bardzo przyzwoici, tylko potem wy­jechali. A jak ten, jak ten kościół niemiecki zburzyli, to postawili potem krzyż, postawili, a następnego dnia on się wywrócił, na tę stronę, gdzie przedtem kościół stał. Postawili go znowu, a za dwa dni się znowu wywrócił, i znowu tam, gdzie ten kościół stał, to był znak, że nie wolno go było burzyć.
- No i co dalej się stało?
- No, postawili po raz trzeci, i już stał wtedy, mówili, że coś tam było źle ustawione wcześniej czy obliczone i dlatego.
- Nierówno.
- Czy za ciężki z jednej strony, czy coś. Ale dla mnie to był znak, że nie wolno było burzyć tych, tego kościo­ła. Pokażę pani jeszcze jeden tutaj, o, to tędy trzeba iść, a wy tu zaczekajcie, zaraz wrócimy.

Nie chcę czekać z tą drugą. Ale nie wypada zostawić. Liczy się, widziałam. Mnie nie poprosiła. Mógł być tam głębiej w krza­kach. Ta jakaś cicha. Może iść, sprawdzę. Nie mogę jej zo­stawić. No to się nie liczy. Coś zagaić. Nie wiem. Nigdy nie umiem. Nie liczy się. Wonder Woman wygrywa.

- Pani tu długo mieszka?
- Tak.
- Uhm.
- A wy skąd?
- Z Warszawy.
- O.
- Przyjechałyśmy na wakacje. No i zobaczyć te miej­sca, gdzie kiedyś nasza rodzina mieszkała.

- A panie są rodziną?
- Nie.
- Uhm.

O rany. Niech już wrócą. Trzeba było pójść. Ale ta została, niegrzecznie by było. Poza tym tamta tylko mamę poprosiła. Nie liczy się, nie wiadomo, kto wygrywa.

- Jak się pies nazywa?

Jak nie powie, że Burek albo Reks, to znaczy, że wygry-

- Azor.

Wygrywa.

- To pani?
- Tak.

Nie liczy się. Za małe prawdopodobieństwo.

- Fajny.

Liczy się, dlaczego? Dwa imiona z nieskończonej liczby. Za małe prawdopodobieństwo. Ale to popularne wiejskie. I tak za małe. Co ona taka cicha. Uważaj.

- On nie wbiegnie pod samochód?
- Nie.

Nie liczy się. Ciągle nie wiadomo. O, wracają.

- Widzi pani ten grób?
- Uhm.
Jeszcze nieuprzątnięty.
- To jej dziadków jest.
- Tej pani przyjaciółki?
- Tak. Razem tu byłyśmy raz, to mi pokazała.
- Pani musiała być dzieckiem, jak się wojna zaczęła?
- No tak. Osiem lat, a pani mama nie przyjechała z wami?
- Nie.
- Już za stara?
- Nie, umarła. Cztery lata temu.
- Ach. To przykro mi.

Pomarszczona, w swetrze, chociaż ciepło, starzy bardziej marzną, ale widać, że ciągle zdrowa, jak szybko chodzi, i uścisk dłoni też mocny, ile może mieć lat, zaraz, jak na początku wojny osiem, to trzydzieści dziewięć minus osiem trzydzieści jeden, a teraz dwa tysiące jedenasty, czyli osiemdziesiąt, nieźle, chciałabym wtedy być w ta­kiej formie, już jestem w gorszej, dlaczego mnie objęła, to było takie miłe, jedyna miła rzecz w tym miejscu, te rozkradzione groby, nie myślałam, że aż tak będzie, spodziewałam się, ale nie, że aż tak, jedna miła rzecz z tą panią, nienawidzę tych grobów, stawiają te budow­le z kamienia tylko po to, żeby ktoś je potem rozkradł, budowle z kamienia, a w środku kości, ohyda, jeszcze te ekshumacje, nie dają leżeć w spokoju, i żadnego sza­cunku dla zmarłych, uprzątnęli, po co to stawiać, jak rozkradną, teraz na szczęście jest ta kremacja, to już lepiej, ale po co te urny, znowu stawiają z kamienia, powin­no się palić, a potem rozrzucać na wietrze, do morza, rozpuścić, żadnych ohydnych kości i żadnych grobów do rozkradzenia.

- To do widzenia pani.
- Do widzenia.
- Do widzenia.

Ale żeśmy się nagadały, za wszystkie czasy normalnie. Prze­praszam.

- Ona tam mieszka, na końcu wsi.
- To pani rodzina?
- Nie, sąsiadka. Tu widzi pani ten dom?
- Uhm.
- Tu tacy pijacy mieszkają, wszystko zapuścili.

Nie to co cmentarz, uprzątnięty oczywiście.

- Faktycznie, dosyć zniszczony.
- To się człowiek boi przechodzić obok, raz butel­kami rzucali, jak listonosz przejeżdżał. Centymetr od głowy przeleciała, a ładny dom był. I prawie go, no. Ale to przez tę wódkę.
- To już będziemy wracać. Dziękujemy.
- A ja tu mieszkam.
- Uhm. To dziękujemy za pomoc.
- Nie macie ochoty na herbatę?

Zaprosiła nas, nigdy nie zapraszają, nieufni, a ta zapro­siła, niesamowite, czy to z grzeczności, czy naprawdę

- Nie chcemy robić kłopotu.
- Ale to żaden kłopot. I tak bym piła.
- To może byśmy. Ale naprawdę to nie kłopot?
- Nie.
- Tu proszę. Tu proszę usiąść. Herbaty czy kawy?

Ale kicz tu.

- Wszystko jedno.
- Jak pani wygodniej.
- A pani tu sama mieszka?

Jeśli tak, to Superman

- Tak, bo mąż trzy lata temu umarł.

Ciekawe, czyjego grób ktoś uprzątnie. Przepraszam.

- O, przykro mi.

Ale niespodzianka, wiadomo było, że sama. Nie liczy się.

- A dzieci jakieś tu nie mieszkają?

Oszukana wróżba. Wcale nie, nie byłam pewna.

Jak dobrze, że zmieniła tę koszulkę

- Nie, wszystkie się rozjechały.

Co by sobie pomyślała, z tymi przetarciami jak jakiś obdartus, widziałaby to, zawsze to widzą.

- Syn jest, ale na Śląsku już dwadzieścia lat, bo sobie taką jedną z Katowic tam znalazł i za nią wyjechał.

Ale oczywiście się nie wtrącam.

- a córki bliżej, jedna w Aleksandrowie, a druga w Byd­goszczy, i w zimie i jesienią u niej mieszkam

Oszukana, nie liczy się

- bo blisko, a już i tak tu nic do roboty, to tam w tej Bydgoszczy co roku już na zimę jestem. Jeszcze kawy?

Ale kicz tu. I te ręce

- Nie, dziękuję.

widać, że pracowała. To się nazywa

- A pani?

spracowane ręce,

- Też dziękuję.

ciekawe, jak to jest pracować na polu, lepiej niż w tej szkole, wcale nie lepiej, punkt widzenia zależy od punk­tu siedzenia, jak długo będzie tak sama

- A nie chciałaby się pani do córki przenieść w ogóle?
- Póki mogę, to nie, ale to i tak już całą zimę i jesień, i wiosny kawałek też jestem, tu tylko na lato, jak letnicy są, ale przy wnuku najmłodszym pomagam, kłopotu nie robię. Jakbym miała kłopot robić, toby było najgorzej, ale Bogu dzięki nie, tak najlepiej toby było jak ten mój umrzeć. Siedział, obiad jemy, rozmawiamy, i ja wstałam, żeby kompotu przynieść, wracam, a on już martwy tam siedzi. Atak serca. I dalej siedział, tylko się tak trochę osunął. Nawet nie krzyczał nic, zupełnie chwila, wylałam ten kompot, na podłogę mi dzbanek wyleciał, to było straszne, jak tak nagle, ale dla niego to było dobrze, ani nie cierpiał, ani nic.
- No tak, dla niego dobre, tylko dla rodziny to za­wsze szok.
- Pani weźmie jeszcze ciastko. A córka na pewno nie chce?

Żeby tylko się nie zatruć tymi ciastkami.

Proponuje. Jak proponuje, to mogę wziąć. Zastrzegłam. Lepiej nie.

- Dziękuję.
- Nie, dziękuję, już jadłam, bardzo dobre.
- No to jeszcze jedno.
- Nie, dziękuję, naprawdę bardzo dobre, ale wie pani, też muszę dbać o linię, jak córka.
- To może ty weźmiesz jednak, taka szczuplutka to nie ma o co dbać, jedno ciastko nie zaszkodzi.

Proponuje. Możesz wziąć. Przecież było, że jak ktoś zapro­ponuje, to można.

- Nie, naprawdę dziękuję.