Spadający nóż

Zbigniew Mentzel
#
  • Znak
    Kraków, luty 2016
    192 strony
    140 x 205
    ISBN: 978-83-240-4093-3

Fragment najnowszej książki Zbigniewa Mentzla Spadający nóż został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.

Copyright: Znak

SPEKULANCI

Butelki, w których go sprzedawano, do dzisiaj majaczą mi przed oczami. Koniec lat pięćdziesiątych dwudzie­stego stulecia. Warszawska Praga. Dotknięte zębem cza­su kamienice na Stalowej i Wileńskiej. Wciśnięte w ich fundamenty maleńkie sklepiki, do których schodziło się po kruszejących stopniach. Na kontuarach stały zala­kowane półlitrówki. Brązowy napis ŻUR KUJAWSKI przecinał etykiety. Żur kosztował osiemdziesiąt gro­szy i nie cieszył się powodzeniem aż do dnia, w którym ktoś wpadł na pomysł, aby go wylewać, a puste butelki sprzedawać - w skupie dawali złotówkę od sztuki. Wia­domość, że wylewanie żuru przynosi dwadzieścia pro­cent zysku na czysto, rozniosła się po Warszawie jak kurz gnany wiosennym wiatrem, i żartom na ten temat nie było końca. Pamiętam, jak ciocia Irka, co czwartek przychodząca do nas obejrzeć Kobrę, pytała z udawa­nym zdumieniem:

- Co, nie wylewacie? A u Baśki podobno wylewa­ją wszyscy.

Miałem osiem lat. Z ołówkiem w ręku obliczałem profit, jaki ja także mógłbym czerpać z wylewania. Hek­tolitry żuru kujawskiego wsiąkające w ziemię albo pły­nące w rurach kanalizacyjnych śniły mi się po nocach. Nigdy nie przypuszczałem, że tak zwariowane może być zajęcie, które dorośli nazywali zarabianiem pieniędzy.

Pieniędzy, odkąd pamiętam, zawsze w domu brakowało. Żeby pojechać na wakacje, odnowić mieszkanie, urzą­dzić święta, matka wyprzedawała rodzinne pamiątki: koncertowe pianino, wiedeńską cukiernicę, obraz Leo­na Wyczółkowskiego... Ubóstwo znosiliśmy jak inni; kilkanaście lat po wojnie w kraju rządzonym przez ko­munistów biedę klepali prawie wszyscy. Gorsze było po­czucie krzywdy, upokorzenie, bezsilność. Zanim przy­szedłem na świat, żywicielem naszej rodziny był dziadek - ojciec matki - właściciel dobrze prosperującej Apte­ki Pod Globusem, której zabytkowy wystrój ja mog­łem zobaczyć już tylko na fotografiach. W nocy z ós­mego na dziewiątego stycznia tysiąc dziewięćset pięć­dziesiątego pierwszego roku do wszystkich prywatnych aptek w naszym kraju wkroczyły „trójki” komisarzy, aby majątek prawowitych właścicieli oddać w ręce ludu pracującego miast i wsi. Matka będąca wtedy ze mną w szóstym miesiącu ciąży bała się, że dziadek popełni samobójstwo. Nie zrobił tego, ale żyć chyba mu się już nie chciało. Całymi godzinami siedział na swojej oto­manie, scyzorykiem kroił w kostkę chleb dla gołębi za oknem i w milczeniu patrzył na kamienicę naprzeciwko.

„A gdyby tak rozkręcić jakiś interes? - mam ciągle w uszach słowa matki. - Przecież moglibyśmy się jesz­cze za coś zabrać”. Nic. Żadnej reakcji. Najwyżej jedna, machnięcie ręką: „Daj nam święty spokój”. Ale świę­ty spokój, którego mój ojciec pragnął tak jak dziadek, dla matki był zabójczy. Jej niespożyta energia domagała się ujścia. Drobna zabiegana kobieta próbująca wyrwać mężczyzn z letargu.

-  Widzisz? - mówiła, triumfalnie podtykając ojcu pod nos butelkę żuru kujawskiego. - Widzisz, ktoś tu potrafił ruszyć głową.

-  No i co z tego? - odpowiadał udręczonym głosem ojciec. - Prędzej czy później wlepią mu taki domiar, że się nie pozbiera.

Miał rację oczywiście. Każdego, kto kupował tanio, żeby sprzedać drożej, komuniści uznawali z czasem za god­nego napiętnowania i przykładnego ukarania spekulanta.

Najpotężniejszy człowiek w państwie, pierwszy sekretarz towarzysz Władysław Gomułka, grzmiał na plenum:

Towarzyszki i towarzysze! W Polsce Ludowej rozhulała się spekulacja, wykupywanie ze sklepów atrakcyjnych towarów i sprzedawanie ich po cenach kilkakrotnie nieraz wyższych przez rozmaitej maści spekulantów!

Za każdym razem, oglądając Gomułkę na ekranie na­szego telewizora marki „Wisła”, pokładałem się ze śmie­chu. Pierwszy sekretarz przypominał mi rozgniewaną kukiełkę z teatrzyku lalkowego. Ależ był komiczny. Te bryzgi śliny tryskające mu z ust na wszystkie strony. Ten zaciśnięty kułak, którym wymachiwał nad głową i któ­ry nagle gwałtownie opuszczał, jakby chciał nim zmiaż­dżyć wszystkich rozhulanych spekulantów...

O wylewaniu żuru kujawskiego przypomniałem sobie jako człowiek dorosły, kiedy w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim wpadła mi w ręce Sztuka spe­kulacji, książka absolwenta warszawskiej Szkoły Głównej Planowania i Statystyki Zenona Komara, który za Go­mułki wyjechał do Stanów Zjednoczonych i został tam doradcą finansowym, prawdziwym guru nowojorskiej giełdy. Na ciemnogranatowej okładce widniał elegancki czarny kapelusz wypełniony po brzegi kostkami lodu. Ta na pozór zagadkowa symbolika dobrze odpowiada­ła duchowi czasu, jaki wtedy przeżywaliśmy, czasu gwał­townej zmiany czy - jak mówiono - ustrojowej trans­formacji. Od święta czwartego czerwca, dnia wyborów, w którym „w Polsce skończył się komunizm”, minęły cztery lata. Elegancki kapelusz symbolizował marzenia o lepszym życiu, o radykalnej odmianie losu. A kostki lodu? Kostki lodu przypominały, że jeśli marzenia mają się spełnić, rozpalone głowy trzeba wpierw ochłodzić.

Gorączka. Silna gorączka. Polacy żyli w amo­ku. Z ponurej jamy, w którą zmienił się nasz kraj pod­czas powolnego konania sowieckiego ustroju, wycho­dziliśmy jak Papuasi, których trzeba nakarmić, napoić, ubrać i przyozdobić paciorkami. Mieliśmy jeszcze w pa­mięci kartki na mięso, buty, wódkę; sklepy, w których nie było nawet żuru, tylko ocet. I oto nagle, jak Polska długa i szeroka, na placach, ulicach, dworcach pojawi­ły się tysiące, setki tysięcy polowych łóżek z jedzeniem, piciem, ubraniami i mnóstwem kolorowych paciorków. Nasz kraj zmienił się w gigantyczny bazar, na którym handlowano od wczesnego ranka aż do późnej nocy.

Spekulanci kupowali tanio i sprzedawali drożej, a handlowano nie tylko towarami, ale też akcjami firm, które je produkowały. Giełda! Giełda Papierów Wartoś­ciowych obchodziła w roku tysiąc dziewięćset dziewięć­dziesiątym trzecim swoje drugie urodziny. I to gdzie! W warszawskim „Białym Domu”, gmachu byłego Ko­mitetu Centralnego PZPR, tuż obok gabinetu, w któ­rym towarzysz Władysław Gomułka, klecąc niegdyś swoje przemówienia, ćmił najtańsze papierosy dzielone ze skąpstwa na połówki.

Z początku giełdą interesowali się tylko nielicz­ni ryzykanci, ale z czasem, gdy rozeszły się wieści, że wartość kilku notowanych tam spółek idzie szybko w górę, coraz więcej osób próbowało coś na giełdzie za­robić. „Ludzie! Kupujcie akcje! Wszystko inne zostaw­cie na potem!” - ogłaszali szczęśliwcy, którym podob­no udało się pomnożyć zainwestowaną gotówkę. Toteż wkrótce biura maklerskie przestały nadążać z otwiera­niem rachunków. W ruch poszły pięści, łokcie, a nawet kije bejsbolowe. O papiery kolejnych wchodzących na giełdę firm toczyły się regularne bitwy. Na akcje Ban­ku Śląskiego zapisało się ponad osiemset tysięcy osób. W giełdowym debiucie jedną akcję wyceniono na sześć i pół miliona starych złotych - trzynaście razy więcej niż w ofercie publicznej. Hossa! Wielka hossa spłynęła nad Wisłę. Z niezdrowymi wypiekami na twarzy czy­tałem Sztukę spekulacji...

W tym samym roku tysiąc dziewięćset dziewięćdzie­siątym trzecim, roku wielkiej hossy, podczas czerwco­wych upałów, umierała na raka moja matka. Umiera­jąc, patrzyła na mnie z wyrzutem. Wiedziałem, o co jej chodzi. Od dawna uważała, że brakuje mi instynk­tu samozachowawczego. Nie miałem pracy. Stałej pra­cy, bo coś tam przecież zarabiałem, pisując felietony dla „Wiadomości Wędkarskich”. Na koncie procentował mi kapitał w postaci trzech tysięcy funtów zarobionych na czarno w Londynie. Kiedy wpłacałem do banku te pieniądze, myślałem, że wystarczą mi do końca życia - średnia pensja wynosiła wtedy w Polsce równowartość siedmiu dolarów miesięcznie. Ale matka przeczuwała, że prędzej czy później moje rachuby wezmą w łeb i na stare lata zostanę bez grosza przy duszy. Ojciec też był o tym święcie przekonany. Praca, porządna praca na etacie, ubezpieczenie zdrowotne, składki na emeryturę, fundusz pogrzebowy - w niepewnych czasach tylko to się dla niego liczyło.

Karierę pracownika etatowego zakończyłem jedena­ście lat wcześniej, w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesią­tym drugim. Kiedy w Polsce wprowadzono stan wojenny, znajomy z redakcji, w której przestałem pracować, spró­bował mnie gdzieś wkręcić. Zostałem rzecznikiem pra­sowym Polskiego Towarzystwa Przeciwnikotynowego. Prezes, mój pryncypał - znany onkolog, sybaryta, miłoś­nik włoskiej kuchni - śmiał się do rozpuku, kiedy przy­pomniałem mu, co rzecznik generała armii Wojciecha Jaruzelskiego odpowiedział na pytanie o skuteczny spo­sób walki z alkoholizmem. „Generał Jaruzelski nie bę­dzie z alkoholizmem walczył. Generał Jaruzelski alkoho­lizm zlikwiduje!” Prezes, na szczęście, miał skromniejsze ambicje. Z nałogiem palenia walczyłem, pisując broszur­ki, w których jak najczęściej starałem się powtarzać zda­nie: „Nikotyna to jest demokratyczny jad”, zdanie zapa­miętane z Narkotyków Stanisława Ignacego Witkiewicza. Po trzech miesiącach miałem dosyć i rzuciłem robo­tę. Mój mozół pozostawił jedyny ślad w piosence znanej autorki z refrenem „Tylko nie pal!”. Zanim odszedłem, znalazłem chętnego na moje stanowisko - bezrobotne­go dziennikarza, który pilnie chciał się gdzieś zaczepić. Nie pamiętam, czy go w końcu przyjęto. Palce rąk miał ciemnobrązowe od nikotyny. Po latach został prezesem Polskiego Radia.

Jak to powiedział Reb Arie-Lejb w opowiadaniu Iza­aka Babla? Pan jest młody. Pan jest ciągle młody. „Gdy­by do nieba i ziemi przytwierdzone były uchwyty, to pan mógłby za te uchwyty złapać i przyciągnąć nie­bo do ziemi”. Tak, byłem młody. Byłem ciągle młody, ale nie miałem pojęcia, jak zbliżyć ziemię do nieba, nie widziałem żadnych uchwytów, za które mógłbym zła­pać. To inni wspinali się na sam szczyt sznurowej drabi­ny, a ja zawisłem w dole na chwiejnych szczeblach.

Kwiecień roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dru­giego. Czwarty miesiąc stanu wojennego w Polsce. Le­żałem na tapczanie w mieszkaniu rodziców, czytając na zmianę „Trybunę Ludu” i „Żołnierza Wolności” - jedyne gazety, jakie wówczas się ukazywały, obie prze­sycone jadem groźniejszym niż nikotyna w stanie czy­stym. Kiedy wykazywałem już objawy ciężkiego zatru­cia, aplikowałem sobie detoks. Brałem do ręki Główne nurty marksizmu Leszka Kołakowskiego, tom trzeci Roz­kład. Chociaż tę książkę, przemyconą do Polski z Za­chodu, znałem prawie na pamięć, ciągle czytałem ją na nowo od pierwszego do ostatniego wspaniałego zdania:

Samoubóstwienie człowieka, któremu marksizm dał filo­zoficzny wyraz, kończy się tak samo jak wszystkie indywi­dualne i zbiorowe próby samoubóstwienia: ukazuje się jako farsowa strona ludzkiej niedoli.

W maju odebrałem paszport i złożyłem podanie o wizę do Wielkiej Brytanii. Pomyślałem, że jeśli ją dosta­nę, pojadę do Oxfordu i może uda mi się porozmawiać z filozofem, który tam zamieszkał sprowokowany przez Gomułkę do opuszczenia ojczyzny.

Lipiec roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego. Przed miesiącem umarła moja matka. Nadal nie miałem pracy. Moja rezerwa, trzy tysiące funtów zarobione na czarno w Londynie, zaczęła się niebez­piecznie zmniejszać. Na giełdzie w Warszawie ciągle panowała hossa. Czytałem Sztukę spekulacji, zastana­wiając się, czy nie zaryzykować i nie pożyczyć pienię­dzy na kupno akcji.

Książka Zenona Komara zaczyna się zdaniem: „Spe­kulacja to brzydkie słowo”. Brzydkie? Dlaczego brzyd­kie? Dlaczego ludzie obrażają się na takie słowa? Dlacze­go na nie pomstują? Może nie rozumieją ich właściwego sensu. Może po prostu źle kojarzą.

Sprawdziłem, że trzytomowy Słownik języka polskie­go, wydany już po upadku komunizmu w naszym kraju, podaje dwa znaczenia słowa SPEKULACJA:

  1. Myślenie abstrakcyjne, dociekanie nieopierające się na do­świadczeniu, nieliczące się z rzeczywistością, oderwane od życia; rozumowanie jałowe, niedające się sprawdzić.
  2. Nieuczciwa operacja handlowa polegająca na wykupywaniu, gromadzeniu i odsprzedaży z nadmiernym zyskiem towa­rów, na które popyt przewyższa podaż.

Poniżej, pod objaśnieniem znaczeń, zamieszczono wyra­zy pochodne, a więc: SPEKULANT, SPEKULANTKA, SPEKULOWAĆ, SPEKULOWANIE, a dalej mamy SPELUNKĘ, to znaczy „lokal, w którym się zwykle spotykają elementy przestępcze”, prawdopodobnie więc i spekulanci.

Czytałem te mętne objaśnienia (co, na miłość boską, znaczy „zysk nadmierny”?) i trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że redaktor słownika, niczym typowy ideo­log marksistowski, oddawał się z upodobaniem spekula­cjom w pierwszym podanym przez siebie znaczeniu.

Czy człowiek, który w końcu lat pięćdziesiątych chciał zarabiać na wylewaniu żuru kujawskiego, my­ślał w sposób „oderwany od życia”? Skąd! Na odwrót, jak najbardziej „liczył się z rzeczywistością”. Wykupując ze sklepów żur, wcale nie „gromadził” towaru, na który „popyt przewyższał podaż”. Nikomu też towaru nie „od­sprzedawał”. Czy zgodnie z drugim podanym w słowni­ku znaczeniem jego „operacje handlowe” mogły być za­tem „nieuczciwe”?

Komu plącze się język, ten nie zbierze myśli. Nie, „spekulacja” nie jest brzydkim wyrazem. Wiedziałem, że pochodzi od łacińskiego speculatio, czyli „wypatrywa­nie, badanie, rozmyślanie”. Całkiem sensowne zajęcia, nieprawdaż? Zenon Komar spekulację podnosił wręcz do rangi sztuki. Przeczytałem jego książkę z zachwytem i postanowiłem zostać giełdowym spekulantem. Autor uprzedzał, że gra na giełdzie może być źródłem spełnie­nia i radości tylko dla kogoś, kto bardzo dobrze siebie poznał i zrozumiał, że nikt nie będzie dla niego więk­szym wrogiem, większym konkurentem niż on sam. Sprzyjał mi taki punkt widzenia. Od dawna pragnąłem zbliżyć się do tajemnicy swojego losu. Chciałem napisać książkę autobiograficzną.

Niestety, po kilku miesiącach pracy nad samopoznaniem dostałem obuchem po głowie. Dowiedziałem się, że jestem chory. Ciężko chory. Wicedyrektor War­szawskiego Centrum Psychiatrii na Sobieskiego, pro­fesor doktor habilitowany Jarosław Gągała nie miał co do tego wątpliwości. Rozmawiał ze mną pół godziny i wszystko stało się dla niego jasne. „Ma pan cyklofre­nię, psychozę maniakalno-depresyjną, i to w mocno za­awansowanym stadium”. Nie taję, że w jakimś sensie diagnoza profesora przyniosła mi ulgę. Choroba mo­gła być usprawiedliwieniem wielu moich zachowań, na osobliwość których zwracało uwagę otoczenie i któ­re coraz bardziej niepokoiły moją dziewczynę Doro­tę. Długo musiała mnie namawiać, żebym poszedł do specjalisty. W końcu dopięła swego. Nie na wiele się to jednak zdało. Bo, muszę przyznać, w ogóle nie przyją­łem do wiadomości, że wymagam leczenia. „Każdą cho­robę można w sobie stłamsić” - powtarzał ojciec. Mylił się. Nie każdą. Jak miałbym w sobie stłamsić wrodzo­ną wadę serca? Nadzieje, że się z czasem wyrówna, były płonne i wiedziałem, że nieuchronnie czeka mnie opera­cja. Ale psychoza maniakalno-depresyjna to coś zupeł­nie innego. Taką diagnozę o wiele trudniej jest uwia­rygodnić. Kto wie, może została postawiona błędnie? Może w ogóle nie było ku temu podstaw? Czasami czu­łem się tak zdrowy, tak niezniszczalny jak prastare żół­wie z paryskiej menażerii Jardin des Plantes. Lekarze, a już zwłaszcza psychiatrzy, często dopatrują się choro­by tam, gdzie wcale jej nie ma. We własnym interesie robią z ludzi wariatów. Jeśli jednak profesor doktor ha­bilitowany miał rację, jeśli naprawdę byłem ciężko cho­ry, mogło to zniweczyć moje plany: giełdowe i pisarskie. Bo zaawansowana cyklofrenia, zwłaszcza jej faza mania­kalna, w literaturze prowadzi do grafomanii, na giełdzie - do bankructwa, w życiu - do śmierci, albo nawet - do kompletnego zidiocenia.