Uchodźcy z ziemi Ulro

Grzegorz Jankowicz
#
  • Wydawnictwo EMG
    grudzień 2015
    148 x 210
    288 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 9788363464035

Fragment książki Grzegorza Jankowicza Uchodźcy z ziemi Ulro został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa EMG.

Copyright: EMG

Czytelnik w bezimiennym lesie

1.
Według Borgesa każdy pisarz może odnieść się do świata na co najmniej dwa sposoby. Albo podejmie próbę jego przedstawienia (będzie skrupulatnie opisywał wielokształtny wzór rzeczywistości, szukał esencji, a następnie próbował rozwikłać zagadkę stworzenia). Albo potraktuje świat jak księgę i zacznie w niej czytać, czyniąc z własnego dzieła jedną z wielu możliwych interpretacji.

Alberto Manguel - argentyński pisarz, eseista, wydawca i bibliofil - wybiera drugą z tych możliwości (stąd na przykład jego książki o czytaniu obrazów, zabawek i rzadkich przedmiotów), mając świadomość, że figura świata jako księgi posiada bardzo bogatą tradycję, której początków należałoby szukać w chrześcijańskim średniowieczu. Borges mógł tę metaforę przejąć od kaznodziei Ludwika z Granady, który porównywał byty do liter zapisanych ręką Stwórcy. Ale równie dobrze mógł ją znaleźć u ­Montaigne’a, który świat opisuje jako zwierciadło i zarazem księgę do czytania. Niewykluczone, że inspiracją były dlań wiersze poetów metafizycznych (Donne’a, Vaughana, Crashawa czy Herberta) lub Raj utracony, w którym jego ukochany Milton daje wyobrażenie natury jako książki rozciągającej się przed naszymi oczami.

Zabawne rozwinięcie figury świata jako księgi znajdujemy w dwóch ulubionych dziełkach Manguela. W rozdziale trzecim Wolterowskiego Zadiga główny bohater dochodzi do wniosku, że małżeństwo jest zdecydowanie przereklamowane, porzuca żonę i wybiera się do lasu, by tam oddawać się lekturze natury. "Nie ma piękniejszej doli - mówi - nad życie filozofa czytającego w wielkiej księdze, którą Bóg roztoczył naszym oczom” (tłum. Tadeusz Boy Żeleński). Niedługo potem napotkani przypadkiem ludzie pytają go o zaginione zwierzęta z pałacu królewskiego (psa i konia). Zadig opisuje owe zwierzęta z niezrównaną precyzją, po czym wyznaje, że nigdy ich nie widział. Zostaje oskarżony o kłamstwo i skazany na grzywnę za niechybną kradzież królewskiej własności. Dopiero przed sądem wyjaśnia, że odczytał ślady pozostawione przez zwierzęta na leśnych drogach i na ich podstawie stworzył precyzyjny obraz.

W ten właśnie sposób Manguel określa cel swych poszukiwań. Jest czytelnikiem śladów, które pozostawili inni, a szerzej: wszelkich znaków, które nadają się do lektury. Bez czytania - powiada - nie bylibyśmy w stanie poruszać się w świecie. Istniały i nadal istnieją społeczności, które doskonale radzą sobie bez pisma, ale żaden człowiek, żadna grupa nie może obyć się bez lektury.

Autor Mojej historii czytania przywołuje na dowód swych słów trzeci rozdział Po Tamtej Stronie Lustra…, w którym Alicja trafia do bezimiennego lasu (znajdujące się w nim rzeczy nie mają nazw). Zastanawia się, co będzie z jej imieniem: czy utraci je na zawsze, czy też odzyska je później w innym miejsu. Gdy wchodzi między drzewa, natychmiast traci pamięć. Nie potrafi nazwać żadnego przedmiotu. Po drodze spotyka Sarenkę (oczywiście nie zna tego słowa), która proponuje, by przeniosły się do innej części lasu, gdzie nazwy nie odkleiły się od rzeczy.

Więc poszły razem w las. Alicja czule obejmowała Sarenkę za aksamitną szyję i wędrowały tak, aż doszły na skraj wielkiej łąki. Tam Sarenka wierzgnęła radośnie i wyswobodziła się z objęć Alicji. - Jestem Sarenka! - zawołała uszczęśliwiona. - A ty... ojej! Ty jesteś ludzkim dzieckiem! Nagły strach zamglił jej piękne brązowe oczy i Sarenka w jednej chwili umknęła w las chyżym galopem (tłum. Jolanta Kozak).

Według Manguela zadaniem każdego czytelnika jest nadawanie nazw bezimiennym przedmiotom, uczenie się już istniejących imion, a także dodawanie do starych nazw nowych wyrazów, w których zapisana jest nie tylko nasza historia czytania, ale także nasza intymna biografia. Dzięki lekturze możemy oswoić to, co nieznane, znaleźć metaforyczny dach nad głową i odpocząć podczas uciążliwej podróży przez ciemny las rzeczywistości.

Targani niepewnością - pisze autor A Reader on Reading - udręczeni różnymi lękami, nękani utratą, ciągłymi zmianami i atakami bólu, którego nie sposób uśmierzyć, czytelnicy dobrze wiedzą, że tu i tam istnieje kilka bezpiecznych miejsc, równie prawdziwych jak papier i równie trwałych jak atrament, dających nam schronienie podczas wędrówki przez ciemny i bezimienny las (tłum. G.J.).

Manguel przywołuje dwójkę pisarzy, którzy pod koniec życia cierpieli na chorobę Alzheimera. Pierwszy z nich to Ralph Waldo Emerson, który w wieku siedemdziesięciu lat utracił kontakt z ludźmi i z ukochaną okolicą. Ogołocony z języka świat odsłonił przed nim swe potworne oblicze. Niejakim pocieszeniem była dlań lektura.

W niewielkiej książce poświęconej Borgesowi Alberto opowiada o odwiedzinach w domu Adolfo Bioy Casaresa i Silviny Ocampo. Autor Fikcji spędzał u nich kilka wieczorów w tygodniu. Podczas niektórych wizyt towarzyszył mu Manguel. Silvina Ocampo, znakomita pisarka, świetna opowiadaczka, była przez Borgesa traktowana z niezasłużoną pobłażliwością - rzadko z nią rozmawiał, uważał jej opowieści za nazbyt okrutne, jej literackie gusta (bliższe surrealistom) zniechęcały go. Tymczasem Manguel szybko zaprzyjaźnił się z pisarską (Silvina zaproponowała nawet, by napisali razem thriller fantastyczny). W wieku osiemdziesięciu ośmiu lat Ocampo zapadła na alzheimera. Podobnie jak Emerson, błąkała się po pustym mieszkaniu, nie pamiętając ani gdzie, ani kim jest. Jej jedynym źródłem radości były popołudniowe chwile lektury. Pewnego dnia odwiedził ją stary przyjaciel (łatwo się domyślić, że chodzi o samego Manguela). Nie poznała go, ale na jej twarzy malował się wyraz bezkresnego szczęścia. Zaczęła czytać swą pierwszą powieść (nie wiedząc, kto jest jej autorką), zachwycając się tym "nieznanym" arcydziełem. Przyjaciel poprosił, by przeczytała mu fragment tekstu. Gdy skończyła lekturę, potwierdził: rzeczywiście było to skończone arcydzieło.

Dla Emersona i Ocampo lektura stanowiła pocieszenie w chwilach udręki, które intensyfikowała potworna choroba, usuwająca z ich umysłu nie tylko wspomnienia, ale też imiona otaczających ich rzeczy i osób. Według Manguela każdy z nas doświadcza podobnego stanu. Jego źródłem nie jest choroba, lecz niespodziewana metamorfoza świata, której nie potrafimy opisać ani zrozumieć.

 

2.
Lektura jako schronienie to remedium na chaos świata. Podobni bohaterowi Dantego, raz po raz tracimy z oczu szlak nieomylnej drogi, gubiąc się w gęstwinie rzeczywistości. Wiąże się to również z doświadczeniem wykorzenienia. Jako syn ambasadora kilkuletni Manguel ciągle przenosił się z jednego miejsca w drugie. Rodzinny język opanował dopiero w wieku siedmiu lat (wcześniej porozumiewał się wyłącznie po angielsku i niemiecku). Po wyjeździe z Buenos Aires przez kilkadziesiąt lat żył na walizkach. Najpierw Francja, potem Anglia, Tahiti, Kanada, znów Francja, jeszcze raz Anglia i Argentyna. Dopiero w roku 2000 kupił niewielkie opactwo nad Loarą, gdzie postanowił się osiedlić. Wyremontował stojącą nieopodal domu stodołę, przekształcając ją w bibliotekę, gdzie pomieścił przeszło trzydzieści tysięcy woluminów.

Podczas licznych podróży książki były dla Manguela jedynymi stałymi punktami odniesienia. Nie znaczy to oczywiście, że szukał w nich statycznego obrazu świata. Przeciwnie, na jego osobisty kanon składają się tytuły, o których Kafka mówił, że "spadają na nas jak nieszczęścia, które głęboko nami wstrząsają, jak śmierć kogoś, kogo kochamy bardziej niż siebie samych (...)" (tłum. Robert Urbański). Ale niezależnie od tematu, języka, wymowy czy gatunku książki zawsze były i są pod ręką. W Mojej historii czytania Manguel opisuje przygodę z metra w Toronto. Siedząca naprzeciw niego kobieta czyta Labirynty Borgesa w wydaniu Penguina.

Mam ochotę się do niej odezwać, zamachać ręką i zasygnalizować, że i ja jestem wyznawcą tej wiary. Osoba, której twarzy nie pamiętam, nie utkwiło mi w pamięci, jak była ubrana, której wieku nie potrafiłbym określić, przez sam fakt, że trzyma w ręku tę właśnie książkę, jest mi bliższa niż wiele innych, które widuję codziennie (tłum. Hanna Jankowska).

Między czytelnikiem a jego książkami zachodzi alchemiczny związek przynależności i zgody (nigdy zaś rządu!). To, co czytamy - sugeruje Manguel - jest naszym dowodem osobistym, znakiem identyfikacyjnym. Dla podobnych nam miłośników lektury ów znak jest ważniejszy niż wygląd, linie papilarne, strój czy pozycja społeczna. "Narzędzia, meble, ubrania mają funkcje symboliczne, ale książki wprowadzają czytelnika w o wiele bardziej złożony wymiar symbolizmu niż zwykłe sprzęty" (tłum. taż). Dzięki lekturze od czasu do czasu udaje nam się odnaleźć jedną z dróg w bezimiennym lesie i spotkać na niej innych podróżników.

Ale czytanie jest również czynnością, która pozwala przekroczyć istniejące w naszym świecie granice, wyjść z narzuconych ról, także ról seksualnych, co w przypadku Manguela, który późno odkrył swój homoseksualizm, jest szczególnie istotne. Te dwa doświadczenia (poszukiwanie schronienia i transgresja) - na pozór przeciwstawne - uzupełniają się wzajemnie i naprzemiennie określają cel naszych lektur. W jednym z tekstów Manguel daje pochwałę Proteusza, morskiego starca, opiekuna fok, który posiadł dar zmieniania swej postaci. Dante uważał, że ów dar jest w rzeczywistości przekleństwem. W ósmym kręgu piekła umieścił złodziei, którzy zostali skazani na karę ciągłej metamorfozy. Ich tożsamość jest płynna, a oblicze - za każdym obrotem piekielnych machin - wygląda inaczej. Autor Boskiej Komedii zapomniał jednak, że wystarczy złapać Proteusza i przytrzymać go w ramionach, by odsłonił swą prawdziwą twarz.

Na tym właśnie polega praca lektury. Trzymając w dłoniach książkę, przebiegając wzrokiem po kolejnych zdaniach, przeglądając się w zwierciadle opowieści, próbujemy odkryć swą tożsamość, uczynić własnym nadane nam przez innych imię. Ten wysiłek nigdy się nie kończy. Jak twierdził Julio Cortázar, czytanie i pisanie przypominają wędrówkę kameleona po pstrokatym dywanie.

 

3.
W 1949 roku Borges opublikował opowiadanie Nieśmiertelny, które później przedrukował w swym słynnym zbiorze pt. Alef. Oto fabuła. Pod koniec lat trzydziestych XX wieku księżna de Lucinge kupuje od pewnego antykwariusza sześć tomów pierwszego wydania Iliady Pope'a. Do tomu dołączony jest manuskrypt w języku angielskim opowiadający historię rzymskiego trybuna, Marcusa Flaminiusa Rufusa, który stacjonuje w Tebach.

Pewnej nocy do miasta przybywa tajemniczy jeździec - jest wyczerpany, bliski omdlenia, ostatkiem sił pyta o nazwę rzeki opływającej mury. Usłyszawszy jej nazwę (a brzmi ona Egipt - tak w Odysei Homer nazywa Nil), nie potrafi ukryć rozczarowania. Szukał innej rzeki - tajemnej rzeki, której wody dają ludziom życie wieczne. Jeździec umiera, ale jego opowieść rozbudza ciekawość trybuna, który postanawia odnaleźć nieśmiertelną krynicę i miasto znajdujące się ponoć nieopodal niej. Na czele dwustu ludzi przemierza dzikie krainy. Wycieńczeni żołnierze podnoszą bunt, zraniony w walce z nimi trybun ucieka, traci przytomność gdzieś na bezdrożach. Budzi się związany, w nieznanym miejscu, wśród nagich ludzi o szarej skórze. Niedaleko płynie mulisty potok, za nim wznosi się miasto, które - Rufus nie ma co do tego żadnych wątpliwości - jest Miastem Nieśmiertelnych. Trybunowi udaje się wyplątać z więzów. Natychmiast rusza w stronę wysokich murów, a za nim podąża jeden z "dzikich" - niemowa, którego Rzymianin (z właściwym sobie poczuciem wyższości) nazywa Argos (tak u Homera wabi się pies Odysa). Nie będę opowiadał wszystkich perypetii trybuna, pominę jego fascynację (podszytą przerażeniem) niezwykłymi, strzelistymi budynkami znajdującymi się w Mieście Nieśmiertelnych, nie wspomnę o jego przemianie, która dokonała się za sprawą magicznej wody... Kluczowa scena opowiadani to ta, w której Argos - jednak potrafiący mówić! - wyznaje Rzymianinowi, że mniej więcej tysiąc lat wcześniej wymyślił Iliadę i Odyseję.

Interesuje mnie w tym tekście jeden - ściśle związany z czytaniem i pisaniem - trop. Pamięć tekstu, pamięć opowieści, a nawet pamięć języka bardzo łatwo ulegają zatarciu. Homer - który u Borgesa zawdzięcza swą nieśmiertelność wodzie z mulistego potoku, a nie czytelnikom powracającym do jego dzieł - zapomina wymyślone przez siebie historie. Z jego punktu widzenia, który jest przecież perspektywą boską, opowieści nie odgrywają już żadnej roli. Potrzebne są bowiem śmiertelnym, czyli tym, którzy mają poczucie nietrwałości swego istnienia, którzy wciąż jeszcze odmierzają czas. Alberto Manguel sugeruje, że zbyt często wydaje nam się, że czas się zatrzymał, że historia powściągnęła swój bieg, ustępując przed bezczasem nieśmiertelnych. Ktoś lub raczej coś pamięta za nas wszystkie opowieści, więc możemy się zająć czymś innym, podjąć inne działania. Ale to jedno z największych naszych złudzeń - swobodny dostęp do historii, które ludzkość gromadzi od tysięcy lat, to nie to samo, co żywa pamięć o nich. Tak mogłaby brzmieć jedna z wielu definicji lektury: ćwiczenie pamięci za pomocą opowieści.        

Wierzę - pisze Manguel - że w istocie jesteśmy zwierzętami czytającymi, i że sztuka czytania, w swym najszerszym sensie, określa nasz gatunek. Przychodzimy na świat z potrzebą znalezienia we wszystkim jakiejś narracji: w krajobrazie, na niebie, w twarzach innych ludzi, a ponad wszystko w obrazach i słowach, które stworzył nasz gatunek. Czytamy żywoty własne i cudze, odczytujemy historie społeczeństw, w których żyjemy, i tych, które przebywają poza granicami naszych krajów, czytamy w obrazach i budynkach, wreszcie - czytamy to, co znajduje się między okładkami książek (tłum. G.J.).

Być może jesteśmy zwierzętami czytającymi tylko dlatego, że wciąż mierzymy się z przypadkowością własnej egzystencji i kruchością świata (albo na odwrót: z kruchością egzystencji i przypadkowością świata). Tak długo, jak długo nietrwałość, przypadkowość i kruchość określać będą naszą kondycję, naszą relację z rzeczywistością i innymi, czytanie (oraz pisanie) pozostaną dla nas nieodzowne.