Brzydki człowiek i inne opowiadania

Włodzimierz Kowalewski
#
  • Marginesy
    Warszawa, luty 2016
    135 x 210
    320 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-65282-42-2

Fragment książki Włodzimierza Kowalewskiego Brzydki człowiek i inne opowiadania został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Marginesy.

Copyright: Marginesy

Gruby chodnik na korytarzu i miękkie obicia pierwszej klasy tłumiły stukot kół. Do przedziału wpadało rozkołysane, pastelowe światło późnego popołudnia, pomarańczowe cętki skakały po oparciach pustych siedzeń naprzeciw, jak iskry migotały w lustrze umieszczonym pod siatką na bagaże, podpalały zdobiące wnętrze fotografie zakola Menu koło Kitzingen i  śnieżnych czap masywu Zugspitze.

Przytulił policzek do podgłówka przesiąkniętego kolejowym swędem. Za oknem w  nerwowym, metalicznym rytmie umykały ścierniska ze słupami pyłu, gęste parawany świerków zmęczonych długim latem, czasem mniejsze lub większe tafle jezior o toni tak ciemnej, jakby odbijało się w  nich to, co najczarniejsze w niebie. Było gorąco. Podmuchy powietrza uderzające w  twarz niosły kwaśny posmak dymu z parowozu.

Niezbyt już świeżą chustką otarł pot z  czoła i  skroni, wyjął okulary, usiłował czytać. Oczy piekły jednak ze zmęczenia, litery tańczyły. Znudzonym ruchem odłożył więc kupione na monachijskim dworcu szeleszczące numery „Neue Rundschau” i „Literarische Welt”, które zdążył już dokładnie przestudiować w czasie wielu godzin podróży, okulary wsunął do etui z wężowej skórki i wyszedł na korytarz.

Wagon był pusty. Jeszcze do pierwszej i  drugiej polskiej granicy słyszał szmery głosów dochodzących z dalszych przedziałów, potem został zupełnie sam w  pędzącym pulmanie, pełnym pluszu i  aksamitów, szlifowanego szkła i polerowanego mosiądzu, na swój sposób pięknym wyśmiewaną dziś elegancją ze starych, kajzerowskich czasów.

Dziwna wyprawa. Do prowincji leżącej za dwoma granicami obcego kraju, jakby w innym świecie. Przypomniał sobie nagle Po tamtej stronie Alfreda Kubina, dziwaczną, zlekceważoną powieść sprzed lat, o  której milczy nawet dokładny jak aptekarz Klabund w swojej Literaturgeschichte. Jej bohaterowie podróżowali do Państwa Snu, rzuconej gdzieś na kresy cywilizacji upiornej enklawy – dzieła milionera szaleńca, rzeczywistości rządzącej się prawami sennego koszmaru. Porównywać

Państwo Snu do Prus Wschodnich? Niedorzeczność. A  jednak czuł się trochę tak, jakby godzinę temu naprawdę przekroczył ów budzący trwogę Kubinowski mur, wyrastający w środku nocy, i teraz właśnie zmierzał w  głąb jakiejś tajemniczej „tamtej strony”. Szczególne uczucie – i  prawdziwy dreszcz lęku na plecach, pod chłodnym dotknięciem jedwabnej koszuli. Potem głos rozsądku – przecież nie jedzie tam pierwszy raz, nie dalej jak trzy tygodnie temu wrócili z Katią i dziećmi z Rauschen, po całym sierpniu spędzonym na bałtyckiej plaży. To było tylko trochę dalej na północ.

Otrząsnął się. Rozpędzony krajobraz za oknami wcale nie napawał grozą, ale jednak – był już tego całkowicie pewien – przykuwał uwagę czymś, co mógłby nazwać „nierzucającą się w oczy innością”.

Kontury sosen ostro rysowały się na tle nieba, w powietrzu wytrawnym i suchym, zapewniającym dosłowność widzenia. Żadnej tam Stimmung, malarskich fantasmagorii, żadnych mgieł, tęcz i  barwnych oparów.

Wszystko tu było zdecydowane, jednoznaczne, przejrzyste. Lasy rozstawione jak regimenty wojska na pagórkowatym terenie; szeregi, czworoboki jedne za drugimi, niżej, wyżej, ciemnozielone, potem przechodzące w daleki błękit. Łąki i pola rozległe, o wyrazistych kształtach, drogi proste albo skręcające regularnym łukiem gdzieś poza horyzont, z  parą kolein odciśniętą w  żółtym piasku. Czerwone dachy i czerwone ściany wiosek, skupione wokół wysokiego autorytetu kościelnych wież.

Schludne, oplecione dzikim winem stacyjki, którymi gardzą ekspresy i pociągi pośpieszne; migające w pędzie postacie dyżurnych ruchu, zastygłe z  chorągiewkami w ręku.

Z  drugiego końca wagonu bezszelestnie zbliżył się młody konduktor o brzydkiej, szerokiej twarzy. Wyglądał jak zjawa na tle rzędu zasłon powiewających równo niczym szale baletnic w powłóczystym tańcu.

– O której będziemy w Allenstein?

– Za niecałą godzinę. Akurat minęliśmy Eylau, jeszcze tylko jedna stacja, Osterode – objaśnił sucho i  obrzucił go przy tym zdumionym spojrzeniem spod daszka kepi, jakby nieoczekiwanie rozpoznał kogoś, kogo niedawno widział gdzieś indziej. Czyżby konduktorzy kolejowi czytywali magazyny literackie?

Zamarzył o łyku chłodnego wina i po chwili znalazł się w wagonie restauracyjnym. Siedziało tu kilka osób – oficer Reichsmarine kończący spóźniony obiad, dwoje kochanków w średnim wieku, na pewno kochanków, bo inaczej nie patrzyliby tak na siebie znad próżnych szklanek, gruby ojciec i dwaj tacy sami synowie bliźniacy, na dodatek piegowaci, ledwo poruszający ustami zaklejonymi ciastem, którego okruchy zdążyły już zapaskudzić pół podłogi.

Biały niersteiner, wyjęty z lodu, przyjemnie zaszczypał w język, rozchodząc się falami smaków; od prostej cierpkości poprzez delikatny aromat pomarańczowej skórki, ledwo wyczuwalny osad gałki muszkatołowej aż po surową świeżość wilgotnych, dopiero co zerwanych gronowych kiści.

Odruchowo podniósł kieliszek do światła, rozpływającego się w  nim złociście jak w  magicznej kuli. Tyle razy chciał napisać o winie jako żywej sublimacji słońca, czarownym napoju, w który materializują się blask i ciepło, zapachy lata, uśmiechy, muśnięcia wiatru z nadreńskich wzgórz. O winie – syntezie radości świata. Nie znalazł do tego okazji w Buddenbrookach, mimo soczystych scen mieszczańskich uczt, a  przy mozolnym pisaniu Czarodziejskiej góry zwyczajnie zapomniał. Potem latami nie mógł się zdecydować, czy ma to być opowiadanie, rozdział nowej powieści czy też esej. Dziwne, że dotąd jeszcze nie zrobił tego nikt z  wielkich współczesnych. Może obawiano się, że temat zbyt trywialny, że taki traktat mogą wypełnić wyłącznie banały i oczywistości? Ale przecież co tak naprawdę znaczy „być pisarzem”? To znaczy – szukać coraz to nowych określeń dla tego, co powszechnie znane.

Kiedyś dziennikarz pisma „Nord und Süd” zapytał go, czy lubi podróże. Odruchowo odpowiedział, że nie lubi. On, który ostatnie trzydzieści lat, więcej niż połowę swojego życia, dzielił między dom i nieustanną włóczęgę po Niemczech, bliższej i dalszej Europie, a nawet europejskich przyległościach! Zabrzmiało to jak dowcip. W rzeczywistości nie lubił czasu poprzedzającego podróż. Odczuwał wtedy wzmożoną niechęć do opuszczania gabinetu w przytulnej willi na Bogenhausen, przypływy miłości do Monachium, do znajomych perspektyw ulic i kształtów budowli, matowej wody Izary. Miewał też kłopoty ze snem, przewracał się z boku na bok i  przy akompaniamencie spokojnego oddechu Katii wyobrażał sobie czekające go uciążliwości i trudy – mitręgę długich godzin w pociągach albo beznadziejną nudę dusznych kajut, ból głowy, lepkość niedomytego ciała, pustkę hotelowych wnętrz. Z rozpaczą patrzył na zalegające biurko rękopisy. Zawsze właśnie przed podróżą pisało mu się najlepiej, a tu trzeba było wszystko zostawić, rozproszyć myśli, marnotrawić tygodnie albo całe miesiące. Najbardziej cierpiał w  dniu wyjazdu. Wstawał rano rozdygotany z  niewyspania. Czas biegł za szybko lub za wolno, zawsze nie tak, jakby chciał. Pogoda była również zawsze nie taka, sprawy pozostające jeszcze do załatwienia zdawały się przerastać siły i  możliwości. Ostatnie najgorsze pół godziny spędzał ubrany do wyjścia, bezmyślnie siedząc w  wielkim fotelu pod oknem albo krążąc po pokojach. Wreszcie zegar w stołowym wybijał swoim basem oznaczoną porę, dźwięcznie wtórował mu z gabinetu mały kominkowy kurant, prezent od nieszczęsnej Carli, potem już tylko rozlegał się ze schodów wrzaskliwy falset Fräulein Lenz, taki sam teraz, jak i przed wielką wojną: „Herr Mann, taksówka podjechała!”, albo dawniej: „Herr Mann, konie gotowe!”. Zbiegał wtedy na dół, zdawkowo i niecierpliwie żegnał się z domownikami, obrzucał dom tęsknym spojrzeniem i  zdenerwowany, czując zbyt mocno bijące serce, szybko wsiadał do pojazdu. Niepokój mijał na dworcu, w  chwili tego łagodnego, przynoszącego ulgę szarpnięcia, po którym budynki, ludzie, latarnie i drzewa zaczynają się coraz szybciej przesuwać do tyłu, a świat pulsuje już innym tętnem. Od tego momentu żył rzeczywistością podróży. Podróż wciągała, ustanawiała swoje prawa i hierarchie, zawieszała i odsuwała w niebyt zwyczajne treści życia, z perspektywy pożerającego przestrzeń pociągu lub zagubionego na morzu parowca czyniła nierealnym to, co niedawno wydawało się aż do bólu oczywiste.

Uwielbiał zgiełk wielkich miast. Miał wrażenie, że roztapia się w nim, przybiera inną postać, choć z pewnością pozostawał sobą. Po oficjalnych rautach, przemówieniach, komplementach dystyngowanego towarzystwa znikał w bocznych ulicach. Zapominał o Wagnerze, filozofach, konstrukcjach fabuł i zawiłościach dusz swoich bohaterów. Zanurzał się w  rozjarzonych purpurowym światłem wnętrzach kabaretów, słuchał orgiastycznych dźwięków jazzu i tlenionych blondyn śpiewających męskimi głosami. Lubił popijać do rana gin z  bezczelnymi młokosami o  polakierowanych paznokciach i  jak najgorszej reputacji. Niedawno w Amsterdamie, nocą, w  dzielnicy rozpusty, zaczepiła go... wróżka. Siedziała wzorem tamtejszych prostytutek przy otwartym oknie, pod jaskrawym szyldem. „Jesteś dyrygentem, poetą albo księdzem, w  każdym razie władasz uczuciami!” – wykrzyknęła na jego widok. Po tych słowach bez namysłu wszedł do środka. Była mocno przywiędła, pewnie już nie mogła uprawiać tego zawodu co sąsiadki. Za kilka marek odczytała mu z wytłuszczonych kart przepowiednię: „Czeka cię wspaniała wiadomość i forsa, duża forsa. Potem wyjedziesz bardzo daleko i  już nigdy nie wrócisz. Ale nie przejmuj się – będziesz żył długo, będziesz szczęśliwy”. Nie mógł przejść do porządku nad tą głupią formułką, którą pewnie recytowała każdemu klientowi.

Zastanawiał się i kalkulował. Dobra wiadomość, pieniądze... Pewnie Fischer, ślamazarny jak każdy wydawca, zdecyduje się wreszcie na wysokonakładowe Utwory zebrane. A może nareszcie ruszyła sprzedaż w Ameryce? Podróż... Pewnie ten wyjazd do Palestyny, planowany na przyszły rok, w związku z Józefem i jego braćmi. Czy tak pociągnie mnie Orient, że już nigdy nie wrócę myślą do Europy? Kto wie... Kto wie... No bo chyba nie chodziło o podróż do Allenstein? Jechał do tego miasta za dwiema granicami nie tyle dla wschodniopruskiej egzotyki, ile z  powodu swojej nieumiejętności odmawiania usilnym prośbom; wady charakteru, którą od dziesięcioleci usiłował bez skutku zwalczyć. Pochodzący gdzieś z  okolicy minister von Kanitz tak naprzykrzał mu się telefonami i listami, że w końcu uległ.

– To są tereny całkowicie odcięte od głównego pnia niemieckiej kultury. Jeśli wielcy ludzie, jak pan, pański brat Heinrich albo Toller czy Bergengruen przynajmniej nie zamanifestują swojego nimi zainteresowania, to puste pole zagospodaruje dobrze pan wie kto. Jestem pełen troski. Sam pan widzi, co dzieje się w Republice! – chrypliwie perswadował głos ze słuchawki.

Zgodził się zatem powtórzyć w  Allenstein odczyt Nietzsche a muzyka. Miłość i nienawiść, a potem pojechać jeszcze na kilka dni do Tungen, posiadłości von Kanitza nieopodal Wormditt, aby jak wyraził się minister: „Nic nie robić, rozmyślać i co najwyżej rozmawiać”.

Pociąg zostawił za sobą lasy, rosnące po obu stronach torów tak gęsto, że w wagonie przez dłuższy czas panował zielony półmrok, wynurzył się na zalanych słońcem odkosach między dwoma jeziorami, minął podmiejski przystanek i zwolnił bieg dopiero na wysokich wiaduktach, z  których widać było panoramę miasta. Zamek z  brunatnej cegły, udający gotyk kościół o  osobliwej wieży z dwoma ostrymi hełmami, spiętrzone dachy kamienic na wzgórzu, niżej ulice prawie niewidoczne pod koronami drzew – wszystko wolno przepłynęło przed oczami jak obrazki fotoplastikonu.

Na stacji to, czego się spodziewał. Przez uchylone drzwi wagonu zobaczył grupkę młodzieży gimnazjalnej, zasapanych oficjeli w wizytowych strojach, wbiegających w ostatniej chwili i ocierających pot, młodego człowieka z bukietem kwiatów, o gładko zaczesanych włosach, błyszczących od brylantyny.

Nie był fałszywie skromny, lubił takie gesty. Uważał, że w cywilizowanym świecie muszą istnieć formy okazywania szacunku wybitnym ludziom. Zapiął marynarkę i zstąpił na peron, prosto w obłok pary wydobywającej się spod lokomotywy. Rozpoznano go od razu. Błysk monokla w oku, uścisk dłoni wytrenowanej do oficjalnych powitań.

– Szanowny pan pozwoli, jestem Zülh, burmistrz Allenstein. Pan nadburmistrz prosi o wybaczenie, że nie mógł przybyć osobiście. Będzie na odczycie. A to doktor Trotz, dyrektor naszego gimnazjum.

Woń naftaliny i łagodnego tytoniu, ukłon, zbyt uniżony, ale ściśnięcie dłoni zdecydowane, mocne.

– Witam pana serdecznie, Herr Mann. Czytałem wszystko, co pan napisał. Jestem zachwycony. A  to profesor Kokoschka, bardzo chciał pana poznać osobiście.

No tak, tego i  tutaj nie mogło zabraknąć. Mundur w kolorze kloaki, pas, koalicyjka, buty do konnej jazdy jak lustro. Te okrągłe czapki zawsze przypominały mu kształtem spluwaczki, które w sanatorium w Davos posługacze wynosili rano na długich trzonkach z pokojów prątkujących chorych. Zamiast uścisku dłoni – efektowny trzask obcasami o asfalt.

– Miło mi. Co pan wykłada?

– Języki klasyczne! – zagrzmiała gromka odpowiedź.

– Ach, tak...

Owacja gimnazjalistów, kwiaty od pobladłego młodzieńca, okazuje się, miejscowego poety lirycznego, egzemplarz Czarodziejskiej góry, nachalnie podsuwany do podpisu przez jakąś matkę z  dwojgiem dzieci, co nauczyciel w  uniformie uznał za nietakt i  komentował cichymi przekleństwami. Uwagi o klimacie Prus Wschodnich, o  pogodzie i  podróży, wzywanie bagażowego.

– Szanowny pan pozwoli, auto już czeka.

– Jeśli można, wolałbym dorożką. Chciałbym zaczerpnąć...

W tym momencie przerwał. Daleko, pod ścianą dworcowego budynku, coś rap-townie przykuło jego uwagę. Czyjeś spojrzenie. Jak nagły, niespodziewany błysk, powodujący skurcz całego ciała i odruchowe wstrzymanie oddechu.

Pod szyldem restauracji, na tle napisów reklamujących miejscowy browar Waldschlösschen i Stadt- und Kreissparkasse stała wysoka kobieta w  szarym kostiumie. Z  ronda kapelusza spływała woalka, ale zacierając rysy twarzy, nie mogła zasłonić oczu. Były jak dwa ostre światła bijące przez mgłę. Przygważdżały do miejsca, obezwładniały, tworzyły najjaśniejszy punkt otoczenia.

– Czy coś się stało, Herr Mann? – zapytał ktoś z niepokojem.

– Nie... Chciałem powiedzieć: jedźmy dorożką, chętnie zaczerpnę świeżego powietrza.

Pojazd płynnie toczył się po granitowej kostce. Burmistrz usiadł obok i  usiłował prowadzić rozmowę. Mówił o tym, że wizyta tak znakomitej osoby to wielki zaszczyt dla władz i  mieszkańców, że w  Allenstein nigdy nie mieszkał żaden znany pisarz, z wyjątkiem pana Funka, który spisuje dzieje miasta. Nie słuchał, odpowiadał zdawkowo i bezmyślnie, na granicy nieuprzejmości. Ona? Tutaj? Skąd, jakim sposobem? Dlaczego? Nie miał jednak żadnych wątpliwości, wierzył swojej pamięci wzrokowej, nie zawiodła go nigdy. W  liczących tysiące stron rękopisach potrafił bezbłędnie znajdować bez czytania konkretne zdania czy fragmenty, kierując się wyglądem skreśleń, odcieniem atramentu. Zresztą te oczy. Znak szczególny, nie do podważenia. Marny poeta napisałby: „oczy jak gwiazdy”. On – że raczej jak małe tafelki lodu tchnące chłodem i naturalną wyższością, analizujące, rozkładające na kawałki wszystko, co znalazło się w ich zasięgu. Kiedyś, kiedy patrzył w nie z bliska, widział błękitne lśnienie szronu. Tego nie można zapomnieć.