Dwanaście srok za ogon

Stanisław Łubieński
#
  • Czarne
    Wołowiec, luty 2016
    133 × 215
    208 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-8049-235-6

Fragment książki Stanisława Łubieńskiego Dwanaście srok za ogon został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne.

Copyright: Czarne

Jastrząb Chełmońskiego

Późna jesień, a widziane ze skarpy łąki wciąż wydają się zielone. Podobno wieczorami zlatują się tu żurawie, ale o dziewiątej rano widzę tylko sarny ganiające się wokół snopków. Wracam przed zmierzchem. Żurawi szukam na słuch: co kilkaset metrów gaszę silnik i nasłuchuję. Gonię przez minutę parę ptaków, ale kiedy obniżają lot, nikną mi za łoziną. Nie słychać już donośnego klangoru, siadły gdzieś w okolicy. Wkrótce nadlatują kolejne, tym razem nie staram się ich ścigać, śledzę je tylko do momentu, aż wylądują.

Kiedy po słońcu pozostaje jedynie różowy odblask, wilgotna trawa staje się szara. Nie ma chmur, szykuje się pogodna noc. Idę w stronę rozsypanego snopka, jedynej kryjówki na skoszonej łące. I kiedy jestem dziesięć kroków od celu, kupka siana zaczyna się poruszać i wychodzi z niej zaskoczona sarna. Przez chwilę mierzy mnie wzrokiem i rzuca się do ucieczki. Co parę metrów wyskakuje wysoko jak afrykańska antylopa. Siano jest wygrzane, rozsiadam się i widzę całe stado, pewnie ze sto ptaków. Żurawie nie stoją w ciszy, tylko popiskują, gulgoczą i trąbią. Na łące słychać też kwękanie kszyków, czasem któryś zrywa się i mija mnie zygzakowatym lotem. Obraz w lornetce wciąż jest jasny, widzę długi dziób, a potem bekas rozpływa się w ciemnościach.

Ze wschodu nadlatuje kolejne jedenaście żurawi. Nawołują z wysoka i zaraz dostają odpowiedź z łąki. Udzielono pozwolenia na lądowanie. Ptaki robią niewielkie kółko i ostro schodzą w dół. Wystawiają nogi jak podwozie, na długo zanim dotkną ziemi. Na moim nieostrym zdjęciu wyglądają jak olbrzymie komary. Na ciemnym niebie widać następne ptaki. I znowu te na ziemi zapraszają nadlatujących. W grupie panuje hierarchia, najmniej prestiżowe są pozycje na skraju gromady. Tu najłatwiej zostać zjedzonym, trzeba być czujnym, wypatrywać zagrożeń. Bardziej zasłużeni dostają miejsce w środku.

Żurawie uspokajają się i przez kilka minut słyszę już tylko delikatne kumkanie któregoś ptaka. Większość schowała głowy pod skrzydłami. I nagle wybucha afera. Dziesięć żurawi, trąbiąc z oburzeniem, odlatuje. Za chwilę, po namyśle, dołącza do nich jeszcze kilkanaście. Zupełnie jakby któryś ptak, niezadowolony z przydzielonego mu miejsca, zrobił gospodarzom awanturę, a potem zabrał się wraz z rodziną. Urażony żuraw i solidarni krewni. Dalej, z pewnym ociąganiem – znajomi. Secesjoniści lądują na sąsiednim polu. Żurawie mają podobno rozwinięte stosunki społeczne, ale nie wiem, czy są obrażalskie i przewrażliwione na punkcie honoru.

Sarny przestały się przejmować – bez skrępowania paradują kilkanaście metrów ode mnie. Zapada noc, wytworna szaroniebieskość nieba powoli przechodzi w granat. W ciszy huk i czerwona błyskawica przeszywa powietrze horyzontalną pręgą. Tak niestosownie zachowują się tylko ludzie. W ciemności z kwakaniem i świstem skrzydeł przelatują spłoszone kaczki, gdzieś nieopodal tętnią drobne raciczki, ale nie widzę już białych, podskakujących sarnich tyłków. Nie chcę być wzięty za śpiącego w sianie dzika i powoli się wycofuję.

Zawsze miałem słabość do Chełmońskiego za żywą, nieudrapowaną przyrodę na jego obrazach. „Odznaczał się niezwykłą pamięcią kształtu i ruchów, wielką wrażliwością i umiejętnością intymnego, bezpośredniego obcowania z naturą”, pisał o nim Jan Wegner. Talent objawił wcześnie, choć te pierwsze płótna, konwencjonalne i kolorystycznie mdłe, nie zapowiadały niczego szczególnego. W 1870 roku dwudziestojednoletni malarz zaprezentował Odlot żurawi. Mroczny, jesienny pejzaż z podrywającym się stadem ptaków. Żurawie pokazał

Chełmoński w różnych fazach ruchu: część już ginie w porannej mgle, inne zaraz oderwą się od ziemi. Scenę obserwuje nieruchomy, samotny ptak ze zwieszonym bezwładnie skrzydłem. Dla niego wędrówka się skończyła. Obraz z ducha jakby już młodopolski, a może jeszcze romantyczny? Niepokojący, ponury. Podoba się. Krytycy piszą, że malarz „chwyta prawdę z łatwością”.

Co z tego – Chełmoński, student Wojciecha Gersona, jeszcze przez lata żyje w nędzy. Znajomi załatwiają mu obiady w jakiejś jadłodajni, skąd wynosi ukryte po kieszeniach kawałki chleba. Ale jest zdeterminowany. Studiuje zdobytą u rzeźnika końską nogę tak drobiazgowo, że pokój wypełnia się smrodem gnijącego mięsa. Współlokatorzy każą mu wyrzucić model.

W 1871 roku wyjeżdża do Monachium, gdzie rezyduje spora polska kolonia artystów. Jest tu kogo podpatrywać. Choćby zafascynowanego Kozakami Józefa Brandta, batalistę Juliusza Kossaka i genialnego Maksymiliana Gierymskiego (ten niestety umrze młodo). Wielu malarzy ma za sobą doświadczenia powstania styczniowego, może dlatego na ich obrazach często widać szare mundury i smętne, równinne krajobrazy. Chełmoński jednak źle się czuje w Monachium, tęskni za Polską i znajomymi pejzażami. Wzrusza go ujrzany gdzieś niespodziewanie zapuszczony, zarośnięty pokrzywami ogród. W liście skarży się mistrzowi Gersonowi: „U nas inaczej, inaczej, inaczej”. W 1873 roku maluje Sprawę przed wójtem. Chałupa pod strzechą i tłum w ludowych strojach to zapowiedź całej serii przedstawień utrzymanych w „czerniach, brązach, ugrach, szarościach, spopielonych bielach, przetartych zieleniach i błękitach oraz oszczędnych akcentach czerwieni lub żółci”.

Wyjeżdża do Paryża i dopiero po tej przeprowadzce staje na nogi. Jego obrazy kupują znani marszandzi, kolekcjonerów urzekają zimowe krajobrazy i ogorzałe twarze mazowieckich chłopów. Ale sukces finansowy niestety rzadko sprzyja sztuce. Chełmoński zaczyna malować pod gusta kupujących, powtarza i ogrywa popularne motywy. Znajomi martwią się, że zmarnuje talent. Ale w 1886 roku tworzy wspaniałe Dropie. „Płócienko szare, zielonawe, chaotyczne, mające niby przedstawiać dropie na stepie, chociaż w gruncie rzeczy nic nie przedstawia”, pisze z dezaprobatą recenzent „Kłosów”.

Jest ranek. Zaszroniona jesienna trawa. Stado przemoczonych dropi odpoczywa we mgle. Siedzą na ziemi, porządkują pióra. Znakomicie podpatrzony detal, naturalność ptasich sylwetek. Dropie są bardzo płochliwe, jak Chełmońskiemu udało się je podejść? I myli się krytyk „Kłosów”, to wcale nie step. Córka malarza Wanda wspominała, że ojciec obserwował ptaki w Meudon niedaleko Wersalu. I nieprawda, że „obraz nic nie przedstawia” – jego bohaterem jest przyroda niezmącona obecnością człowieka i wytworami jego rąk.

Dropie powstały w dwóch wersjach, ta bardziej znana, późniejsza, znajduje się w warszawskim Muzeum Narodowym. Drugą, świetlistszą, z charakterystyczną wyprostowaną sylwetką czuwającego ptaka można podziwiać w muzeum malarza w Radziejowicach. Dropie to jednak wyjątek pośród dziesiątek takich samych konnych zaprzęgów, taplających się w mokrym śniegu sań, bab w czerwonych chustach i chłopów w futrzanych czapach. W 1887 roku Chełmoński zrywa z chałturnictwem i wraca do Polski. Dwa lata później kupuje modrzewiowy dwór w Kuklówce na Mazowszu.

Czasami zmęczona wieczorna poświata łudząco przypomina rumieniec na porannym niebie. To jednak nie jest to samo światło. Chciałem być na miejscu jeszcze w zupełnych ciemnościach, ale sprowadziła mnie na manowce perspektywa cienkiej kawy na stacji benzynowej. Z szarówki za moimi plecami wylatuje cicho błotniak i sunie metr nad łąką. W przewróconym snopku odciśnięty kształt sarniego boku, ale nie ma już śladu po żurawiach. Może siedzą na ziemi i podniosą się dopiero o wschodzie? Mokra trawa w cieniu przyprószona jest jeszcze siwizną szronu. Spod nóg podrywają mi się bekasy i wołają pełnym pretensji „kszyk, kszyk”. Gdzieś niedaleko słyszę znajome odgłosy, żurawie chowają się za zarośniętym kanałem melioracyjnym. Rowu nie przeskoczę w kaloszach i z lornetką w ręku. Jest listopad i jakoś nie palę się do brodzenia w ciemnej wodzie. Muszę się cofnąć i znaleźć przejście.

Wśród tych idealnie foremnych śpiworów z sianem pasą się spokojnie sarny. Z rzadka podnoszą głowy, by przyjrzeć się mojej sylwetce. Chyba nie pachnę niebezpieczeństwem, a lornetka nie przypomina dubeltówki, bo po chwili wracają do skubania trawy. W porannej mgle słońce otacza mnie z każdej strony. Idę wydeptanymi przez zwierzęta ścieżkami i słyszę wyraźnie, że żurawie są tuż-tuż. Znów przecina mi drogę nieruchomy, ciemny kanał. Gdyby nie on, łąka byłaby przez cały rok zalana. Ptaki nie miałyby pewnie nic przeciwko. Gwar żurawich głosów rozbija się teraz na pojedyncze gulgoty i gwizdy. Parę kroków na palcach i nagle pomiędzy uschłymi tyczkami widzę wydłużone, jasne sylwetki. Za parawanem trzcin odpoczywa przynajmniej setka ptaków. Aparat nie chce wyostrzyć, autofokus grzęźnie w zasłonie szuwaru.

Robię krok do przodu i czuję, że ruch został dostrzeżony. To koniec, zaraz wszystkie odlecą. Za trzcinami pełne napięcia oczekiwanie, próbuję się jeszcze cofnąć, ale robię jakiś niezdarny krok, patyk trzeszczy pod nogą. Na sekundę zapada cisza i ogromne stado wzbija się z ogłuszającym krzykiem. Przysiadam w nadziei, że ptaki zatoczą tylko koło, ale odlatują definitywnie. Jest ich przynajmniej dwieście. Lecą początkowo bezładnie, w kupie, ale już po chwili formują rozciągnięty, zawiły hieroglif. A może to całe zdanie w nieznanym mi alfabecie? Na pocieszenie kilka metrów ode mnie przelatują z przenikliwym piskiem dwa lazurowe zimorodki. Jeden siada na suchym badylu zupełnie jak ten z małego obrazka van Gogha.

Brzask, różowe obłoczki i wyprostowane ptaki w pierwszych promieniach słońca. Trochę pod światło, więc żurawie zdają się ciemniejsze niż w rzeczywistości. Nieśmiały kontrast białych pasów za okiem i czerwonej kipy na głowie. Tam, na tych nadnoteckich łąkach, chciałem zobaczyć na żywo Powitanie słońca z 1910 roku. Chełmoński po powrocie do kraju zupełnie zmienia styl. Odchodzi od końskich zaprzęgów i chłopskich zbiorowisk pod przysypanymi śniegiem strzechami. Odrzuca tematy, które przyniosły mu sławę i pieniądze. Zmienia też kolorystykę, obrazy stają się z biegiem lat bardziej świetliste, pogodne. W Kuklówce maluje niemal wyłącznie pejzaże i zwierzęta. Rozwiedziony trochę dziwaczeje i popada w dewocję.

Ciekawe wspomnienia o malarzu pozostawiła córka sąsiadów i jego uczennica Pia Górska. Pierwszy raz widziała mistrza, gdy ten w czasie mszy modlił się zalany łzami. „Miał w sobie pierwiastek dzikości czy podejrzewania, który utrudniał mu zetknięcie się z ludźmi”. Chełmoński przerywa raptem wizytę, bo chce wrócić do pozostawionego w domu bociana. Opowiada dziwne, zawiłe historie bez puenty. Z anegdot wyłania się sylwetka kogoś, kogo określano zwykle taktownym mianem ekscentryka. W kontaktach jest niezręczny, ale wielkim ludziom takie drobnostki się wybacza. Bo Pia, jej rodzice, sąsiedzi, miejscowi chłopi, słowem wszyscy mają pewność, że obcują z człowiekiem wybitnym.

„Piszę ten szczery i nieliteracki pamiętnik dla dwóch przyczyn: po pierwsze lubię mówić i myśleć o Chełmońskim, po drugie sądzę, że niewiele osób miało przywilej obcowania z tak niezwykłej miary człowiekiem, a ludzie twierdzą, że przywilejów marnować nie wolno” – pisze Pia we wstępie swojej książki. Podczas którychś odwiedzin u Górskich w Woli Pękoszewskiej zrobiono Chełmońskiemu zdjęcie. Brodaty mężczyzna patrzy nieobecnym wzrokiem w dal. Jedną rękę ma wspartą na boku, drugą trzyma się za kark. To nie jest wystudiowana poza, tylko autentyczny pomnik zamyślenia.

„Widzi pani – tłumaczy Pii – pole z rosą. Zdaje się nic, a to bardzo trudno oddać taką szarość. Ludzie są idioci! Myślą, że tylko ten służy Bogu, kto się na klęczkach modli, a ja mówię, że wymalowanie takiego pola z rosą to jest służba Boża i może lepsza od innej”. Malarz przemierza okolicę pieszo w chłopskim słomianym kapeluszu. Studiuje wygląd roślin, zachowanie ptaków, słoneczne refleksy, kolor wiosennych traw i jesiennych liści. Pamięć ma zdumiewającą. Studiuje detal. Szkicuje ołówkiem sylwetki gatunków wodnych, które podpisuje ze znawstwem: „tracz”, „czernica”, „rożeniec”, „ogorzałka”. W 1891 roku maluje obraz Czapla bąk przedstawiający lecącego nad rozlewiskiem ptaka z drobiazgowo oddanym maskującym upierzeniem. Płótno jest kompozycyjnie nieskomplikowane – tytułowy bohater umieszczony centralnie i podtopiona łąka. Niebo bez określonego koloru, jakby w środku dnia, żadnych efekciarskich, podświetlonych obłoczków. Nic nie odwraca uwagi. Wszystko jest w tytule.

W tym samym roku powstają Kuropatwy na śniegu, jedno z najbardziej znanych dzieł Chełmońskiego. I tu także tytuł mówi wszystko. Niespokojne, głodne ptaki zbite w gromadę przemykają po śnieżnym pustkowiu. Reprodukcja zwykle nie oddaje jego subtelnych półtonów. Jeden ptak ogląda się czujnie. Linia horyzontu ginie w siwym obłoku, niemal zlewa się z kolorem nieba. I znowu detal. Rudawe maźnięcia na pokrywach skrzydeł ptaków najbliżej widza, pochylone sylwetki z drugiego planu nikną w zadymce. Uważa się, że ten dojrzały Chełmoński to malarz z pogranicza realizmu i symbolizmu, że kuropatwy na śniegu to my, przygnieceni życiowymi zmaganiami. Ja widzę tu jednak przede wszystkim uważną obserwację i głębokie rozumienie przyrody. Nie ma potrzeby uwznioślać wybitnego obrazu i obarczać dodatkowym sensem.

Chełmoński maluje Kurkę wodną, Czajki, Polowanie na głuszca. Zimową Sójkę, która strąca z ośnieżonej sosny biały pył. W 1899 roku powstaje obraz Jastrząb. Pogoda. To jakby ilustracja do słów z Pana Tadeusza: „Zaś jastrząb, pod jasnymi wiszący błękity, / Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity”. Chełmoński uwielbiał Mickiewicza. Nie ujmie to nic geniuszowi wielkiego poety ani wielkiego malarza, jeżeli zauważę, że ten ich drapieżnik wcale na jastrzębia nie wygląda. U Mickiewicza to raczej myszołów albo pustułka, oba ptaki zawisają nad łąką, wypatrując zdobyczy. U Chełmońskiego – najpewniej kobuz: ciemna głowa, wąskie skrzydła i czerwone podogonie. Ptaki drapieżne rzadko widzi się z bliska, nic dziwnego, że dla większości ludzi wszystkie pozostają na zawsze „jastrzębiami”.

W Kuklówce jestem po siódmej w dość ponury dzień upalnego lata. Chmury jakby zdeterminowane, żeby oberwać się w końcu długo wyczekiwanym deszczem. Aleja drzew podpowiada niezawodnie, gdzie szukać niewidocznego z drogi dworku. Ale tablice przypominają: „DROGA PRYWATNA”, „GOSPODARSTWO ROLNE, WŁASNOŚĆ PRYWATNA”. Obchodzę niewielki park, pomiędzy wspaniałymi dębami i lipami naszczekują dwa podwórkowe kundelki. Opadłe liście trzeszczą niedyskretnie pod nogami. Po prawej złote rżysko. Park kończy się polaną, która schodzi łagodnie do ściany olsu. Gdzieś tam między drzewami płynie rzeczka o niepoważnej nazwie – Pisia Tuczna.

Przysiadam na skraju pola i patrzę, jak wśród niskich gałęzi dębu czeka na przelatujące owady muchołówka. Startuje błyskawicznie, zawisa na moment i wraca do swojej czatowni. Notuję w myślach gatunki. Dobiegające z wysoka krakanie kruka, dalekie wołanie żurawi. Niewidoczny dzięcioł bębni w drzewo z impetem. Jakoś za głośno i niestosownie w tej dusznej ciszy, jak starszy człowiek piszący z rozmachem na komputerowej klawiaturze. I kiedy mam się już podnieść, z olsu wybiega dwoje tegorocznych koźląt. Przez chwilę ganiają się po łące jak to dzieci, ostrożna koza stoi pod lasem i uważnie lustruje okolicę. I ja zastygam bez ruchu i patrzę na to widowisko u stóp chełmońskiego dworku.

Sarny znikają dopiero wtedy, kiedy na horyzoncie pojawia się chłopak prowadzący byka. Bydlę protestuje, ale tak jakby je ktoś zakneblował: „Mmmmm mmm mmmmm”. Metaliczny dźwięk wbijanego w ziemię palika i byk po chwili strzyże trawę. Chłopak znika, nie patrząc w moją stronę. Spada parę kropel deszczu. Wracam aleją do samochodu. Zaparkowałem przy kamieniu, który w hołdzie „wielkiemu malarzowi wsi polskiej” wystawili mieszkańcy Kuklówki. Z asfaltu sterczy rudy ogon. Z rozjechanej wiewiórki została tylko kita, jak pomniczek upamiętniająca jej śmierć.

„Natura przemawiała do jego wrażliwego umysłu całą różnorodnością swoich objawów; nie tylko kształt, barwa i światło obchodziły go i zajmowały! Starał się on wyrazić muzykę wieczoru, szept skrzydeł nietoperza, cichy lot lelaków, skrzeczenie żab, skrzypienie derkacza i dalekie dudnienie czapli bąka. On pierwszy, a może jedyny namalował chmarę komarów dźwięczących w powietrzu i huczenie lecącego jak kula chrabąszcza. Jemu chodziło o to, żeby wiatr na obrazie świszczał w badylach zwiędłych słoneczników, dzwonił deszczem po szybach i stukał wiadrem wiszącym u żurawia […]. On robił obrazy, w których z gęstwi mgły miał z dala dolatywać dźwięk dzwonka pocztowego i jęczeć wśród stepów drzemiących w szarym oparze, budząc senne, obmokłe dropie” – pisał o Chełmońskim jego przyjaciel Stanisław Witkiewicz.

1898 rok. Po wodach Stawu w Radziejowicach dryfują dostojnie dwa łabędzie. Na drugim brzegu majaczy rozmyta w porannej mgle, ale już opromieniona słońcem wieża zameczku Krasińskich. Dziś mieści się tu muzeum Józefa Chełmońskiego. Ściślej rzecz biorąc – w przylegającym do zameczku pałacu. Cały teren pięknie utrzymany, na balkonie młoda para pozuje do zdjęcia. W muzeum trochę mnie przeganiają: „Proszę przyjść za dziesięć minut, o pełnej godzinie”, potem długo czekam, aż pani przy kasie skończy rozmowę. Tłumaczy komuś, że polscy pianiści ćwiczą tu do Konkursu Chopinowskiego pod okiem jakichś amerykańskich specjalistów. Wszyscy chodzą na palcach. Ja mam czekać w pierwszej sali, ktoś mnie wpuści na piętro.

Siedzę przy zgaszonym świetle i patrzę na błotniste roztopy Przed karczmą z 1877 roku. W tych ciemnościach wiosenna pustka obrazu jest jeszcze bardziej przygnębiająca. Obok na ścianie Dropie. Z bliska siedzący na ziemi ptak świeci do mnie złotym okiem. Pani, która prowadzi mnie po schodach, przypomina surowo, żebym się spieszył, bo na zwiedzanie mam czas do następnej pełnej godziny. Zza drzwi dobiega któryś nokturn Chopina, a ja patrzę na Wielki piątek. Teraz Przed karczmą wydaje mi się całkiem wesołe. Tam przynajmniej był ten pijany tłum, tańczący dziad, baby w czerwonych chustach. A tu mrok przednówka, martwota suchych badyli na zrudziałej łące. I ten zgnębiony pochód zmierzający do kościoła. Audioprzewodnik głosem podniosłym nieraz wspomina o „pełnej wzruszenia zadumie”.

Kaczeńce. Wiosna z 1908 roku. Jasny, świetlisty jak większość późnych obrazów. Żółciutka majowa łąka, wielkie, pogodne niebo i „para bocianów wnosząca spokój”, tłumaczy głos w słuchawce. Wystarczy rzut oka na szerokie zaokrąglone skrzydła i krótkie ciemne szyje ptaków, by stwierdzić, że to nie bociany. Problem identyfikacji gatunków nie trapi przesadnie historyków sztuki. Te czarno-białe sylwetki to koziołkujące w powietrzu czajki. Kto choć raz widział ich chwiejny lot tokowy, ten wie, że jest przeciwieństwem statecznego bocianiego szybowania. Czajka ze swoimi podniebnymi ewolucjami jest wiosenną apoteozą życia i witalności. U Chełmońskiego nie ma nigdy przypadkowych ptaków. Są zawsze konkretne gatunki w przemyślanej scenerii i w bezbłędnie uchwyconym ruchu.

Jeszcze raz zajeżdżam do Kuklówki. Chciałem być jak Chełmoński, przyjrzeć się niebieskim gwiazdkom cykorii na łące, ale przecież muszę rzucić okiem na ten dom. Rżysko patroluje krogulec otoczony przez chmarę jazgoczących jaskółek. Kundelki alarmują, przed budynek wychodzi kobieta, a ja tłumaczę, że nie darowałbym sobie, gdybym nie zajrzał. Po szerokim, zapraszającym geście poznaję, że zdarzają się tu tacy jak ja. Dworek trochę baraczkowaty, z dwuspadowym dachem i przeszkloną werandą. I pięterkiem od strony ogrodu. Wygrzewa się pociemniałym modrzewiem w południowym słońcu. Z ogrodu widok na znajomy olsik, za nim jakiś wielki, szkaradny, pomarańczowy dom. Gospodyni czyta w moich myślach: „Chełmoński widział zupełnie co innego. Tu dawniej były stawy. Wychodził przed dom i od razu mógł malować te swoje kurki”.