Góra Tajget

Anna Dziewit-Meller
#
  • Wielka Litera
    Warszawa, luty 2016
    135 x 205
    248 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8032-071-0

Fragment najnowszej powieści Anny Dziewit-Meller Góra Tajget opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Copyright: Wielka Litera


Rysiu, pamiętasz ten wieczór, jak się pobiłeś z Frycem? Ach, ten Fryc, wasz szkolny aktywista. Ojciec w NSDAP, a Frycek w HJ. Zdolny i obrotny pimpf. Napluł w twarz Janoszce, pamiętasz? A za co? Kto to dziś wie. Za byle co. I ty mu dałeś za to w pysk. I pobiliście się tak, że musieli was rozdzielać. Choć Fryc był od ciebie parę lat starszy, dałeś mu wycisk. Wpadłeś w jakiś szał i tłukłeś go po głowie, gryzłeś i ciągnąłeś za włosy.

Wtedy pan Francke najpierw cię fest sproł, a potem zatarł ręce z radości. Bo miał pomysł.

Od czego jest medycyna, prawda?

Zabrał cię prosto do gabinetu lekarskiego. Pan Francke tak miał, że działał. A myślał mało. Od myślenia miał przełożonych.

Kazał ci się ubrać i wziął do lekarza. Było ciepło, więc założyłeś krótkie galotki na szelkach i podkolanówki. Na głowę matka wsadziła ci czapkę i pogłaskała cię po policzku. To cię dość mocno zdziwiło, bo takiej czułości nie zaznałeś od niej, odkąd sięgałeś swą kilkuletnią pamięcią. A więc ucieszyłeś się nawet i pomyślałeś, że może coś się zmieni i nie będzie tak źle. I że to jest miło, że choć cię sprał, to teraz bierze cię do lekarza. Lekarz przyjmował w willi na parterze. Nazywał się Brandt i przypominał ci starego psa, miał opadające ciężkie powieki, świszczący oddech i nieporządek na głowie. Pamiętasz jego dłonie, którymi cię badał, bo zdziwiło cię, ile grubych siwych i czarnych włosów rosło mu na palcach! Jak małpie!

Gabinet był duży i pełen sprzętów, jakich nigdy wcześniej nie widziałeś. Gapiłeś się więc jak sroka w kość, marząc o tym, by móc się pobawić kiedyś w takim miejscu. Och, jak opowiesz Edkowi, to ci pozazdrości – myślałeś.

Rozmawiali po niemiecku, czego nie mogłeś dobrze zrozumieć, bo szkoliłeś tę mowę od niedawna dopiero, w hitlerowskiej szkole, ze swojego podręcznika do niemieckiego. A oni używali fraz nieco bardziej złożonych niż te w twojej czytance.

Zostałeś zmierzony i zważony. Za pomocą specjalnych instrumentów sprawdzono twój obwód głowy, proporcje zalecane w podręcznikach antropologii. Lekarz kreślił zamaszyste litery skrzypiącym piórem, nie patrząc ci przy tym ani razu w oczy, co cię dziwiło o tyle, że kiedyś był już u ciebie lekarz, gdy jako bardzo mały chłopiec dostałeś zapalenia płuc. I była to wizyta raczej z gatunku dobrze wspominanych. Tak ci się, Rysiu, wtedy wydawało. Nie bałeś się potem lekarzy. W końcu przywracali do zdrowia nawet takie przypadki jak tamten twój, co już jedną nogą byłeś na tamtym świecie. Tak w każdym razie mawiała czasem matka. A ty się zastanawiałeś, czy ona to mówi z troski, czy też pobrzmiewa w jej głowie odrobina żalu, żeś na tamten świat wtedy nie poleciał.

Do domu już nie wróciliście. Zorientowałeś się szybko, że zmierzacie w całkiem innym kierunku. I że nie powiesz na razie Edkowi o niczym, bo Edka teraz na pewno nie spotkasz. Pan Francke wsadził cię do przyczepy motoru i nie mówiąc ani słowa, ruszył. Silnik zaryczał tak głośno, że wydawało ci się, że zaraz ogłuchniesz. Ale kiedy nabraliście prędkości i wiatr zaczął zatykać ci nos i usta, tak że ledwo mogłeś nabrać tchu, poczułeś, że to wielka przygoda! Pan Francke wiezie cię motorem w nieznane – owszem, może to trochę straszne, ale jednocześnie, na Boga, pędzisz motorem! Przed oczami tylko migały ci drzewa i domy, i ludzie, którzy widząc was, szybko uskakiwali na bok. Chyba nawet poczułeś cień sympatii do pana Franckego za tę wyprawę, tak ci się wydawało, Rysiu, że nawet może go trochę polubisz za to. Jechaliście, a słońce świeciło ci w oczy.

Już nigdy nie zobaczyłeś swego brata Edka ani maleńkiego Zeflika, ani siostry Marii, która kopała kartofle na robotach w Prusach Wschodnich. Wszyscy zginęli prędzej czy później, pod bombą, od kuli, od ciosu albo pod gruzami. Jak to dzieci. Matki też już nie zobaczyłeś, choć wiesz, że ona akurat żyje i dziś mieszka w Legnicy, w jakimś alteshajmie, i może mógłbyś jej wybaczyć, ale nie chcesz. I nikt ci się nie dziwi. Może tylko Jezus Chrystus, bo on wybaczał wszystkim, ale ty w niego przecież i tak nie wierzysz.

Zatrzymaliście się w końcu. Miałeś roześmianą twarz, byłeś o krok od tego, by rzucić się panu Franckemu na szyję i powiedzieć: Danke schön!

Lecz on szybko zmierzył cię swoim zimnym jak lód wzrokiem i wskazał głową kierunek, w którym miałeś iść. Nie wiedziałeś, co się dzieje, a gdy chciałeś zapytać, pan Francke strzelił cię w pysk, mówiąc: Maul halten! – i pociągnął cię z całej siły za rękę, aż straciłeś równowagę i wyrżnąłeś nosem i czołem o bruk. Francke szarpnął cię znowu, stawiając z powrotem na nogi, mimo twoich protestów. Krew ciekła ci z rozbitego nosa i z rany na łuku brwiowym. Miałeś ubrudzone swoje ładne ubranko i bardzo piekły cię zdarte kolana. Płakałeś. Wołałeś: „Mamo!”. Pan Francke nie zwracał na to najmniejszej uwagi i ciągnął cię za rękę, tak że zamiast iść, biegłeś, zanosząc się szlochem.

Minęliście bramę, przez którą niezatrzymywany przez nikogo. Widać mundur SS wystarczał w tym miejscu za przepustkę.

Znaleźliście się wśród zieleni. To cię nawet zaintrygowało, troszeczkę przestałeś płakać, Rysiu, bo w parku byłeś kiedyś za życia taty i bardzo ci się podobało. Może to nawet był ten sam park? Tu i ówdzie stały niebrzydkie budynki, z czerwonej cegły, mocno zdobione. Wytarłeś wierzchem dłoni krwawe gluty, postanowiłeś być dzielny.

Pan Francke szedł sprężystym krokiem, widziałeś, jak błyszczy napięta skóra jego oficerek, słyszałeś, jak szeleszczą jego spodnie w kroku, gdy uda ocierały się o siebie. Bił od niego mocny zapach potu.

Weszliście po schodach. Zobaczyłeś przed sobą ogromne drewniane drzwi. Pan Francke nacisnął mosiężną klamkę i z wielkim trudem je pchnął. Otwarły się, skrzypiąc. Weszliście w mrok. A potem drzwi się zamknęły.

Stanąłeś w ciemnym korytarzu. Pan Francke puścił w końcu twoją małą spoconą rączkę. Tu nie miałeś dokąd uciec i czuł, że nie musi cię już trzymać, byś się nie wyrwał. Choć przecież tobie w ogóle to nie było w głowie. Nie byłeś, Rysiu, z tych, co by uciekli. Skoro mamusia wyszła za pana Franckego, to choćby był najbardziej złamanym chujem, czułeś, że jest dla ciebie jakimś gwarantem bezpieczeństwa. Dziecko ma w sobie tyle ufności, prawda, Rysiu? Więc wcale nie zamierzałeś uciekać i tym bardziej nie rozumiałeś, dlaczego on cię tak ściska, że masz już zbielałe koniuszki palców, że ci krew nie dopływa do opuszków, że zaraz zgniecie ci dłoń i pogruchocze kosteczki tym żelaznym uściskiem. W końcu puścił. A ty zamiast ulgi poczułeś, jakby odpłynęła od ciebie ostatnia cuma, która łączyła cię ze światem Edka, Zefelka i Marysi. I nawet mamy. To się nazywa, Rysiu, ironia losu, że kiedy ze swych łap uwolnił cię esesman, poczułeś, że oto ostatnia nić Ariadny, prowadząca stąd do domu, została zerwana. Drzwi się za wami zamknęły. Nim oko dopasowało się do ciemności, jakie panowały wewnątrz, minęła dłuższa chwila. W ciszy słyszałeś sapiący oddech pana Franckego i swoje dudnienie krwi w tętnicach. Waliło ci serce, pamiętasz, jakie to uczucie? Jakby miało rozsadzić ci żebra. Pan Francke, mimo że był esesmanem, też nic nie widział w tym półmroku, więc staliście obok siebie przez jakiś czas. Duży i mały. Można by pomyśleć, że ojciec i syn w obliczu jakiejś nowej przygody. Tuż przed wyruszeniem na ryby albo na górską wycieczkę.

I w końcu on ruszył. A ty ufnie też poszedłeś – bo co miałeś robić – wpatrując się w jego łydki. Wysokie oficerki stukały po kamiennej posadzce, twoje miękkie sandały za to poruszały się prawie bezgłośnie. Gdybyś wiedział wtedy, Rysiu, dokąd prowadzi cię ta droga, to wykorzystałbyś ten moment, w którym pan Francke szedł jak koń na paradzie. Mógłbyś w swych cichobiegach wycofać się, zaszyć w najmroczniejszym kącie budynku, a później uciec. Jak najdalej. No ale skąd, Rysiu, mogłeś wiedzieć, co będzie potem.