O pochodzeniu łajdaków

Tomasz Wiśniewski
#
  • Lokator Media
    Kraków, grudzień 2015
    ilustracje: Joanna Grochocka
    195 x 125
    96 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 9788363056261



Fragment debiutanckiej książki Tomasza Wiśniewskiego O pochodzeniu łajdaków został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Lokator Media.

Copyright: Lokator Media

DWORZEC

Zawsze gdy oglądałem go z oddali, wydawał mi się czymś wypełnionym po brzegi możliwością skandalu; żółta niepokojąca bryła, pełna podejrzanego życia, którego unikałem: dworzec.

Dziś musiałem wejść do środka, drżąc nie tylko z zimna.

Na powitanie, po przekroczeniu drzwi wejściowych, usłyszałem fragment rozmowy dwóch licealistek:
Ona zeznała, że była w amoku i do końca nie wiedziała, kto strzela!

Naciągając czapką na pół twarzy, po cichu przeszedłem na drugi koniec budynku; tam dopadł mnie bezzębny dziad, który niespodziewanie odkleił się od ściany:
Chcesz zagrać w butelkę? – zapytał.

Nie czekając na moją odpowiedź, roztrzaskał flaszkę o mur; końcówka szyjki sterczała w moją stronę. Wygrałem! Dawaj całusa!

Zacząłem uciekać; szybka ewakuacja do toalet. Zszedłem po schodach na dół, w głąb wilgotnych piwnic. Płatne dwa złote. Ale nie zapłaciłem, z powodu pośpiechu.

Niestety, wtargnąłem za szybko, błysnęła fotokomórka.

Mimo to nie zatrzymałem się i zamknąłem w kabinie. Czekałem, aż sprawa przycichnie. Nie było dobrze, czułem to. Ktoś sypnął, gdzie jestem, skoro po chwili usłyszałem damski głos kogoś z ochrony:
Wychodzić, bo wyważę drzwi!

I rzeczywiście je wyważono.

Tortury na zapleczu nie trwały długo; przyznałem się do winy już przy łamaniu drugiej nogi:
Tak, wszedłem za szybko – powiedziałem.

Sam proces przebiegł sprawnie. Sędzia był stary, zmęczony i małomówny, rzekł tylko krótko i zwięźle: Dożywocie.

Cała sprawa nabrała posmaku międzynarodowej afery politycznej i na nic się zdało, że Fernando Arrabal podpisał mój list otwarty. Miałem jednak farta: w celi było na tyle zimno, że zamarzłem. Resztkami sił chuchnąłem w dłonie, dzięki czemu się roztopiłem. Uciekłem z więzienia pod postacią strumyczka brudnej wody. Jako śpiąca kałuża, zostałem rozjechany przez miejski autobus, co w mig postawiło mnie do pionu i przywróciło starą formę, choć jest też pewnie przyczyną migreny i ogólnego wrażenia niekompletności.

1. DOMOWE OGNISKO

1.1. Nocne spostrzeżenia

Gdy zasypiałem, gdzieś około północy, poczułem na szyi obce dłonie, zakończone zaniedbanymi paznokciami. Czuć było od nich cmentarną wilgocią. Mimo to próbowałem dalej zasnąć, choć ścisk tylko się wzmacniał.

Kiedy niemal nie mogłem oddychać, odchrząknąłem i powiedziałem spokojnym głosem:

– Przepraszam, ale pragnę żauważyć, że zgasiłem już światło. Dłonie aż się wzdrygnęły. Zaskoczyłem je.

– Staram się zasnąć. Poproszę o wizytę o innej porze – dodałem.
Dłonie, ewidentnie zażenowane, skinęły i wycofały się w głąb pomieszczenia. Widziałem na własne oczy, jak ze wstydu zapadły się pod ziemię. Po raz już nie wiadomo który zwyciężyła zwykła grzeczność i uprzejmość, których zalety od dawna przeczuwałem. Choć pewnie nie ma to większego znaczenia, dodam, że dopiero długo potem zrozumiałem, że były to moje własne ręce. Coraz wyraźniej dostrzegam w nich ambicje emancypacyjne. Na szczęście idą one w parze, tak mi się przynajmniej wydaje, z szacunkiem dla innych form przeznaczeń niż wyłącznie papilarne.

 

1.2. Groza

W mojej kamienicy wydarzyła się tragedia: zniknął młody człowiek.

Słysząc syreny, powodowany niezdrową ciekawością, wyszedłem na klatkę schodową, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Szurając niepewnie kapciami, zbliżyłem się do grupy żałobników: wszyscy ubrani na czarno, z chaotycznie porozrzucanymi spojrzeniami, pełnymi bolesnego niedowiezania.

– Czy już wiadomo, dlaczego zniknął? – zapytał konsjerż.

– Tak – rzekł policjant ponurym głosem. – Był freelancerem. Wolny zawód.

Dreszcz przebiegł mi po plecach.

– Mój boże... – szepnęła starsza sąsiadka.

– Od dwóch lat nie wychodził z mieszkania – ciągnął dalej policjant. – Odżywiał się wyłącznie deskami podłogowymi. Według opinii biegłych to, że się skończyły, mogło pośrednio przyczynić się do obniżenia jego odporności psychicznej.

Konsjerż otarł spocone czoło; sąsiadka zapłakała; ja sam z trudem opanowywałem nerwowy tik.

– Dlaczego nie wychodził? – odważyłem się zapytać.

– Bał się – odparł krótko policjant. – Nie miał ubezpieczenia.

Zapadło grobowe milczenie.

Przerwał je dopiero drżący głos ojca zaginionego:

A mówiłem mu... Mówiłem... Że przecież mógłby roznosić ulotki... Mówiłem... Mój synek...

Serca nam pękały: ten gorzki spektakl był niemal nie do zniesienia.

– Ale skoro nie miał ubezpieczenia i tym samym nie wychodził – rozumowałem naiwnie – to jak to możliwe, że nie ma go w jego mieszkaniu?

Wiele osób z nadzieją spojrzało w stronę policjanta; nadzieja jednak szybko prysła:

– Proszę dobrze zrozumieć charakter tego zniknięcia – odpowiedział.

– On znajduje się za tymi drzwiami nadal. Sprawa jest jednak dużo poważniejsza. Chodzi bowiem o to, że on wyszedł z siebie. I nadal nie wrócił.

– Czasem widzimy go bardzo wyraźnie – dodał szeptem konsjerż – lecz tak naprawdę nie wiemy, gdzie jest, o ile jest w ogóle.

– Mój boże... – szepnęła sąsiadka.

Przerażony i przytłoczony dziwnym ciężarem, odwróciłem się i wróciłem do swojego pokoju, jednocześnie czując, jak jakaś część mnie próbuje przecisnąć się przez lewe ucho.

 

1.3. Dowcipniś

Przez pół nocy ktoś kichał na klatce schodowej.

Nie mogąc zasnąć, nie wytrzymałem i wstałem w celu odnalezienia zadowalającego wyjaśnienia. Co się okazało? Pod moimi drzwiami leżał discman z przenośnymi głośniczami na baterie; kichanie leciało z zapętlonej płyty. Wcisnąłem stop i wróciłem do łóżka. Zagadka tego przedziwnego fenomenu nie dawała mi spokoju przez cały poranek; udałem się do konsjerża.

– Tak, to mogło się zdarzyć – potwierdził. – Pewien facet robi żarty z użyciem przedmiotów retro oraz vintage. Działa od dłuższego czasu i zawsze w nocy.

– I nikt nie interweniuje? Nie irytuje to mieszkańców?

– Nie, choć bywa złośliwy. Mamy pewne podejrzenia, kim jest, lecz nigdy nie doszło do samosądu.

– Dlaczego? – zapytałem.

– Przede wszystkim dlatego, że powstał na osiedlu klub zakładowy, w którym obstawia się na ogromne kwoty, próbując odgadnąć, który przedmiot użyje następnym razem: walkman? Kaseta VHS? Amiga? Może Pegasus?

Wybałuszyłem oczy.

– Ja sam wygrałem raz niezłą sumkę – mówił dalej – dzięki której odrestaurowaliśmy nasze poręcze schodowe. Chodziło wtedy o pralkę Polar: facet wrzucił do niej metalowe dzwoneczki, wystawił na dach i nastawił na dwa tysiące obrotów.

Przyznam, że coraz mniej ufam swojemu konsjerżowi.

 

1.4. Komornik

Tego się właśnie obawiałem: zadzwonił domofon. Komornik.

– Ja w sprawie Wiśniewskiego – powiedział krótko. Przeżegnałem się i otworzyłem.

– Nie mogę go odnaleźć – powiedział, podając mi rękę. – Posiada pewien drogocenny kamień, który, niestety, muszę zarekwirować. Kiedy widział go pan po raz ostatni? – Przyznam, że zdębiałem, bo dodatkowo pokazywał mi zdjęcie, na którym ropoznawałem siebie.

To nieporozumienie – wyjaśniałem – Wiśniewski to ja.

– Człowiek dobrodusznie pokręcił głową:

Proszę się nie obrazić, ale pan jest tylko figurantem, klonem, sobowtórem i parodią. Czułem, że tracę grunt pod nogami; komornik to wyczuł, ciężko westchnaął i sformułował następującą konkluzję:

– Czyli nie może mi pan pomóc. Czy zna pan kogoś, kto może coś wiedzieć o miejscu pobytu Wiśniewskiego?

Dobrze mu się w oczy patrzyło, dlatego powiedziałem szczerze:

– Niewykluczone, że kimś, kto może coś wiedzieć, jest Joanna Gr...

Człowiek przerwał mi, celując we mnie palcem, i rzekł tonem surowej nagany:

– Proszę nie mieszać w to tej niewinnej dziewczyny! Zgodziłem się i przeprosiłem.

– W porządku – rzekł komornik. – Jeśli będzie pan coś wiedział, proszę dać mi znać – podał mi wizytówkę i wyszedł.

Gdy zamknąłem za nim drzwi, spadł mi z serca kamień.

Podniosłem go, dziwiąc się, jak ten przezroczysty i niezwykle lekki minerał mógł ukrywać się we mnie, choć nic o tym nie wiedziałem. I faktycznie, jubiler oszacował jego wartość zdumiewająco wysoko.

 

1.5. Listonosz

Od zawsze przeczuwałem, że listonosz, który kursuje w moim rewirze, to ktoś, komu nie należy ufać. Pamiętam, jeszcze podczas jesieni, gdy tylko się wprowadziłem, przyszedł do mnie po raz pierwszy. Samo to, że wniósł rower na trzecie piętro, bez widocznej potrzeby (kiedy otworzyłem drzwi, siedział na siodełku), już wzbudziło moją czujność.

– Polecony z Bydgoszczy. Pieczone ziemniaki, jeszcze ciepłe.

Podpisałem i przyjąłem przesyłkę, choć nazwiska nadawcy do dziś nie udało mi się odcyfrować.

Innym razem pojawił się w nocy, w okolicach jedenastej, gdy śnieg mocno sypał za oknem.

– Przesyłka pobraniowa. Wiadro z pustką w środku. – Ile płacę? – zapytałem zaspany.

– Pięć szekli.

– Nie mam – powiedziałem.

– Nie szkodzi, zapłaci pan kiedy indziej.

Do tej pory nie wiem, co zrobić z tym wiadrem. Wczoraj jednak wydarzyło się największe dziwactwo. Facet zadzwonił domofonem o czwartej nad ranem.

– Przepraszam, że tak wcześnie, ale to bardzo pilne – usłyszałem w słuchawce.

Otworzyłem drzwi mieszkania i od razu dostrzegłem wyjątkowy entuzjazm na twarzy poczciarza, cała klatka schodowa niemal promieniała.

– Mam coś wyjątkowego – powiedział. – Co takiego?

– Kolor.

– Słucham?

– Idea koloru jako taka.

– Jakiego znów koloru?

– Indygo! – odpowiedział, uśmiechając się. Trzasnąłem drzwiami z całej siły. Miałem dość.

Zaczynam żywić uzasadnione, jak sądzę, przypuszczenie, że w ogóle nie jest to listonosz, lecz raczej nieszczęsna imitacja, działająca na czyjeś zlecenie.

Pytanie tylko – czyje?



Tomasza Wiśniewski został laureatem Nagrody Specjalnej Krakowa – Miasta Literatury UNESCO, ufundowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe, w konkursie Promotorzy Debiutów.

Tomasz Wiśniewski – urodzony 1987 r. w Hanowerze. Studiował filozofię, kulturoznawstwo i filologię klasyczną. Przez krótki czas doktorant UAM w Poznaniu, badający historię ezoteryzmu. Aktualnie, jako krytyk literacki, pisze m.in. dla Kultury Liberalnej i Culture.pl.

Joanna Grochocka (Ideyka) ilustratorka – Rysuje, maluje, czyta, fotografuje, wycina, nakleja i ogląda. Artystka wizualna, autorka ilustracji książkowych i prasowych, plakatów, murali oraz instalacji. Współpracowała m.in. z Wydawnictwem Dwie Siostry, „Tygodnikiem Powszechnym”, „Krytyką Polityczną”, „MaleMENem”, „Znakiem” czy „Charakterami”. Jej prace uczestniczyły w licznych projektach i wystawach (m.in. Warszawa, Paryż, Wenecja, Kraków, Padwa, Berlin, Londyn). Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Gdańskim; studiowała grafikę na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Autorka bloga z ilustrowanymi wyimkami z literatury „Miłość Asteników”. Pochodzi z Sopotu, aktualnie mieszka i pracuje w Warszawie.