Dobrze się myśli literaturą

Ryszard Koziołek
#
  • Czarne
    styczeń 2016
    133 × 215
    288 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8049-219-6

Fragment książki Ryszarda Koziołka Dobrze się myśli literaturą opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne.

Copyright: Czarne

Morderca pozytywizmu

Trudno w to uwierzyć, ale nowoczesna Polska rozpoczęła się wraz z pozytywizmem. Nowoczesna, czyli taka, w której przyszłość ma być ważniejsza od przeszłości bez względu na treść, jaką się wypełni.

Pozytywizm to zeświecczona idea religijna, która głosi, że możliwe jest zbawienie przez wiedzę. Im więcej wiemy, tym jesteśmy doskonalsi jako ludzie i społeczeństwo. Warunkiem jest ustawiczne kształcenie się, choć pozytywiści nie mieli jasnej koncepcji, jak sprawić, żeby ludzie chcieli tyle pracować poza przymusem szkolnym. Pozytywiści byli pierwszą formacją inteligencką w Polsce, która stworzyła projekt przemiany na­rodu w społeczeństwo. A ponieważ zdawali sobie sprawę, że je­dynym społeczeństwem był naród szlachecki, musieli szlachtę skłonić do udziału w rzeczywistości, która niesie zagładę ich formie życia, oraz dokonać powszechnej emancypacji ludu w obywateli.

Jak chcieli to zrobić bez instytucji suwerennego państwa, w realiach Polski okupowanej przez zaborców oraz bez rewo­lucji socjalnej? Służyć miały temu dwa instrumenty: gazeta zastępująca szkołę średnią oraz literatura jako technologia wytwarzająca inteligenckie poczucie winy. Przejął ten mecha­nizm Żeromski i doprowadził do doskonałości. Na marginesie: jak straszliwa dokonała się kastracja tej prozy, skoro uznano, że opowieści o chłopcu zakatowanym kijem na śmierć albo o dziewczynce włożonej do pieca w celach leczniczych nadają się do czytania w szkole podstawowej? Literatura o dzieciach nie zawsze jest dla dzieci. Ta jest okrutna, perswazyjna, agresywna i zaangażowana, choć okres ten, zwany tendencyjnym , trwał krótko, a z całej idei „mało treści, a dużo śmiecia zostało w Warszawie” - napisze Prus gorzko w 1891 roku. Wielką panoramą tej klęski, piękną katastrofą jest Lalka.

W tej powieści zaprojektowanym obiektem pozytywistycznego eksperymentu jest Izabela. To z niej chciałby Prus stworzyć człowieka za pomocą wiedzy o faktach. Ona ma się dowiedzieć wszystkiego o świecie i bohaterze, których nie zna i którymi pogardza. Prus lekceważy większość bohaterów powieści, powątpiewa w ich emancypację, czasem ostentacyjnie nimi gardzi. Fascynuje go natomiast istnienie wybitne, inteligencja zmarnowana, osobowość z defektem. Fascynuje go jak parweniusza - arystokracja, którą chciałby uleczyć wiedzą o rzeczywistym świecie, ale to lekarstwo jest dla niej niedostępne albo na nią nie działa.

Pozytywizm zaczął się w gazecie, a wykończyła go powieść pisana tą samą ręką co prasowe popularyzacje nauki. W powieściach Prusa okazuje się, że wiedza wcale nie czyni nas lepszymi i szczęśliwszymi, co najwyżej skuteczniejszymi. Osta­tecznie zaś - jak pouczali starożytni - nie wiedzie do odkrycia ładu i szczęścia, ale do tragedii. W Lalce, Emancypantkach, Faraonie główni bohaterowie kończą fatalnie: zniknięcie bez śladu, samobójstwo, morderstwo.

Trzy powieści. Niby niedużo, ale dość. Kafka i Joyce mieli też po trzy, a Proust jedną, choć w siedmiu częściach. Prus był pi­sarzem maratończykiem, systematycznie powiększał dystans i formę: od prostych nowel, przez minipowieści, do wielkich fa­buł realistycznych. A przy tym nie przestał być dziennikarzem, dzięki czemu stworzył arcydzieło felietonu - monumentalne Kroniki tygodniowe - swoją największą, pisaną przez czter­dzieści lat powieść w odcinkach. Jego rywal, Sienkiewicz, na tym polu nie miał z nim szans, zawczasu się wycofał, kwitując pogardliwie, że felieton to gatunek, w którym „trzeba bicz z piasku kręcić i branzlować się”. Sukces pozwolił mu uwolnić się od dziennikarstwa. Prus, choć nazywał to „parobczą robotą”, nie rzucił felietonistyki nawet wtedy, kiedy mógł to już zrobić. Tu podwójność jest jeszcze jednym dowodem jego chorobliwe­go powikłania, kultywowania sprzeczności, tak widocznych w jego postaciach. Autor Faraona to genialny masochista, co dobrze obrazuje jego stosunek do pozytywizmu, sprywatyzo­wanej religii, którą w cichości wyznawał do końca życia, zajadle atakując jej innych kapłanów.

Klątwa Lalki

Jerzy Pilch podał kiedyś lapidarną definicję kanonu polskiej literatury, pisząc, że są to książki, których nikt nie czyta dobrowolnie. Zgoda, ale z dwoma wyjątkami. Sienkiewicz i Prus jako autorzy Trylogii i Lalki byli tymi, których czytało się przed szkołą i po szkole, niemniej jedynie do Prusa wypada przyznać się inteligentowi. Trzeba też powiedzieć jasno: Sienkiewicz i Prus - w swoich gatunkach i w swoim czasie - to czołówka ligi światowej. Polecam dwuręczną lekturę na przykład jakiejkolwiek powieści Zoli i Lalki, przekonacie się!

„Jaka to niezwykła powieść! A postać Wokulskiego jest bar­dziej intrygująca od bohaterów Dostojewskiego!” - napisał nie­dawno po lekturze Lalki wybitny amerykański socjolog i teoretyk literatury Frederic Jameson w artykule A Businessman in Love.

Największa zgroza ogarnia mnie, gdy czytam wyznania Pru­sa o rozmiarze Lalki - kiedy pisze, że jakby wydawca chciał, to on by skrócił trzy tomy do jednego. Skrócił?! Na Boga Ojca! O co? Zwłaszcza że nie o zdanie czy akapit chodziło, ale o całe rozdziały. Wertuję przerażony i szczęśliwy, mamrocząc bezrozumne pytanie: „Dlaczego jest coś zamiast niczego?”. Ani zdania, ani wyrazu, a to, co niby można by odżałować, okazuje się najlepsze, jak choćby ruch nogi adwokata, kiedy podenerwowa­ny wita naszego bohatera, „podsuwając Wokulskiemu fotel na kółkach i prostując nogą dywan, który się nieco zmarszczył”.

Lalką Prus wtrącił polską powieść w kompleks, z którego ta nie może się wydobyć do dzisiaj. Kolejne debaty krytyków nad kondycją rodzimej prozy zaczynają się lub kończą na pytaniu: dlaczego nie mamy xx-wiecznej Lalki? Inna rzecz, że nasze oczekiwania są dziwaczne. Czy ktoś napisał drugiego Hamle­ta, Mistrza i Małgorzatę, drugą Czarodziejską górę? Nawet samemu Prusowi się nie udało, choć miał dwa podejścia i napi­sał kilkadziesiąt stron pre/se/quela Lalki pod tytułem Sława. Nie ma co czekać na drugie przyjście, adorujmy więc niepojmowalny skandal wyjątkowego dzieła. Cud, i tyle.

Zwłaszcza że nie objawił się od razu. Trylogia podobała się natychmiast i wszystkim, Lalka prawie nikomu. Nie mądrz­my się, wykorzystując nieuzasadnioną przewagę historycznego dystansu. Też bylibyśmy zdezorientowani. Lalka to pierwsza polska powieść o nowym świecie, nowocześnie opisanym. Przed Prusem narrator realistycznej powieści jest jak kustosz w muzeum oprowadzający nic niewiedzące cielęta, a w dodat­ku nie kłamie. Tu nie dość, że narratorów jest dwóch, to jesz­cze przeczą sobie, podają różne warianty biografii bohatera, ostentacyjnie udają niewiedzę (na przykład „Skąd Rzecki znał podobne szczegóły z życia swych współpracowników? Jest to tajemnica, z którą przed nikim się nie zwierzał”). Weźmy bo­hatera: czterdziestopięcioletni wdowiec zakochany w kobiecie młodszej o dwadzieścia lat, a nie śmieszny; patriota i powsta­niec styczniowy, a z Ruskimi handluje bronią; głosi potrze­bę ożywienia rodzimego handlu i przemysłu, a spekuluje na niekorzystnych dla polskiego przemysłu cłach przywozowych. Mimo tego i wielu innych kontrowersji my go lubimy! Albo ta­kie nowoczesne dziwy jak na przykład „lokowanie produktu” - Prus umieścił w powieści między innymi nazwy sklepów re­klamujących się w „Kurierze Warszawskim”, w którym Lalka ukazywała się w odcinkach. A ilu rzeczy tam nie ma? Fabryk, Rosjan, robotników, powstania, Syberii, socjalistycznych wy­stąpień... I te niepokojące zagadki wydobyte przez maniackich badaczy: imię psa Ignacego Rzeckiego zrobione z inicjałów - ir; symetrie dalszych losów Izabeli i Stanisława; lustrzane lata: 1878 (czas akcji) - 1887 (czas pisania); dziwne skutki za­ćmienia słońca w Mławie; portrety Szumana i Szlangbaumów, które ewoluują od empatycznego realizmu do antysemickie­go pamfletu...

Genialność tej powieści polega na tym, że wszystko jest zro­zumiałe, a człowiek wciąż się dziwi.

Starszy brat Dawkinsa i Houellebecqa

Prus pojął genialnie, że literatura nie jest od dostarczania do­wodów na istnienie ładu świata. Od tego jest nauka. Literatura wydobywa z ludzkiego istnienia sprzeczność, komplikację, bycie „za, a nawet przeciw” równocześnie. Udowadnia, że moż­na - jak autor - wierzyć w utopię i twardo stać na ziemi; być emocjonalnym prawicowcem i racjonalnym lewicującym progresistą. Jego pisarstwo żywi się tą niespójną złożonością, afirmuje ją i godzi z nią czytelnika, mówiąc mu: „Jesteś pokręcony i popaprany, czyli ludzki”.

Liczne sprzeczności i niekonsekwencje w jego powieściach odpowiadają złożoności człowieka, który odkrywa w sobie niepasujące do siebie części. Nie wierzyłem Prusowi, kiedy upierał się, że tytuł powieści odnosi się jedynie do lalki ciętej na kawałki przed sędziowskim trybunałem, aby odsłonić prawdę o jej pochodzeniu, czyli wypisane wewnątrz imię bohatera. Po latach lektury wierzę mu, ponieważ odkrycie Prusa i genialne przedstawienie tego odkrycia mówi, że człowiek nowoczesny, ten wielbiony przez niego self-made man, nie ma swojej istoty, jest tworem warunków społecznych i historycznych, ale może też sam się stworzyć; jest modelem do składania. Na początku swej drogi myślowej i twórczej Prus widział w tym fenomen nowej wolności, która była dla jego pokolenia szansą na wyzwo­lenie się z fatalizmu polskiej historii, cywilizacyjnego zacofania, determinizmu urodzenia. Prus starszy przekonuje się, że te części (wiedza, biznes, miłość, lojalność w obliczu przegranej, postęp, użyteczność, pragnienie szczęścia, służba ogółowi...) nie tworzą całości, zgrzytają, nie pasują do siebie. Człowiek i powieść mają to samo imię. Co stanowi jego treść? To zależy, co nam wyjdzie, bo w układance jest za dużo elementów.

Nowa epoka, modernizm, ze swą koncentracją na jednost­ce sprawia, że starzejący się Prus jest niecierpliwy i zgryźliwy. Dawniej usiłował być umiarkowanie postępowy, ale teraz nie wierzy, że rzeczy samoczynnie ulegną pozytywnemu prze­kształceniu, chce przyspieszającego zdarzenia, dlatego intensywnie fantazjuje o wielkim wynalazku naukowym. To naj­słabsza część jego pisarstwa - nie samo marzenie o utopii, ale o utopii technicznej. Zniecierpliwienie uderza też w młodych, irytują go, napada na nich w felietonach, zarzucając egoizm, marzycielstwo, rozbuchany erotyzm, kult negacji. Wyrzeka na nową literaturę mówiącą o losach „obłąkańców, prostytutek, morderców, złodziejów, szpiegów, homoseksualistów, preten­sjonalnych próżniaków”. Chce zmiany, a zarazem straszliwie obawia się rewolucji, jej destrukcyjnego chaosu, konfliktu klas, który zniszczy jego wizję harmonijnego rozwoju społeczeń­stwa. Społeczeństwa, którego nie przestał się bać, zwłaszcza po 1905 roku. Ten rok przyniesie najbardziej mroczny utwór Prusa pod tytułem Dzieci, choć już wcześniej, w dziwnym Ze wspomnień cyklisty znajdziemy przerażający obraz ilustrują­cy jego fobię społeczną. Bohater wysłuchuje historii o kopa­czu studni, który trzy godziny zapadał się w kredowe błoto na oczach kilkuset ludzi niepotrafiących mu pomóc. Oto mroczny obraz relacji jednostki i społeczeństwa. To wspólny ton, który wciąż powraca w losach wielu postaci wypowiadających roz­szczepioną osobowość autora.

Gdyby trzeba było z tych głosów - wbrew Prusowi - wy­brać jeden, wskazałbym na męczące go pytanie o człowieka jako istotę społeczną i osobną jednocześnie. Fascynował go ten styk, miejsce wspólne. Jaką część jednostka powinna wydzie­lić społeczności, a co zostawić dla siebie? Wcale też nie był pe­wien, która z tych części jest społeczeństwu bardziej przydatna.

Z tego bierze się jego galeria dziwaków, odludków, marzycieli, mizantropów, których aspołeczność, egotyzm, lekceważenie masy mają być odkupione ideą wielkiego daru, jaki obiecuje społeczeństwu ich talent i praca.

Projekt Prusa zrównoważenia romantyzmu pozytywizmem rozumiemy dziś lepiej dzięki Houellebecqowi. Obu pisarzy wkurza jednostka szantażująca społeczeństwo roszczeniem sobie prawa do absolutnej samorealizacji. Dla Prusa był to spadek po romantycznym bohaterze, który odmawia dostępu do siebie życiu innemu niż jego własne życie psychiczne. Autor Cząstek elementarnych atakuje rozpętany przez kontrkulturę lat sześćdziesiątych nihilistyczny hedonizm lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Prus przeczuwa, a Houellebecq wie, że wyzwolony wreszcie z ograniczeń politycznych i obyczajowych człowiek to samotna i żałosna maszyna do przyjemności, zaprogramowana przez ewolucję genetyczną. Ten właśnie problem dręczy Rzeckiego, który utknął jak mucha w sieci pająka-Darwina. „A co, jeśli ludzie to tylko chaotyczne zwierzęta z nadwyżką kultury?” - medytuje nad sklepową lada Rzecki-Dawkins, rozstawiając na początku i na końcu powieści, a naprawdę „po tysiączny raz w życiu” nakręcane zabawki.

„Jestem Grock”

Najbardziej zaś nie ufam żartom Prusa, choć był wspaniałym humorystą, klasykiem polskiej literatury dowcipnej, mistrzem ironicznej puenty, jadowitego sarkazmu, pogodnego żartu. To prawda, ale ja nie umiem się z tego śmiać. Już Montaigne zwrócił uwagę na podejrzane sąsiedztwo śmiechu i płaczu, które mają zbliżone fizjologiczne realizacje. Wydaje mi się, że czterdziestoletnią pracę zawodowego wesołka dobrze ilustruje ulubiony dowcip Groucho Marxa:

Do psychoanalityka przychodzi mężczyzna, który mówi, że nie ma po co żyć. Doktor, chcąc zaradzić jego melan­cholii, radzi, aby poszedł do cyrku, gdzie występuje naj­śmieszniejszy klaun świata, niejaki Grock.

- Po obejrzeniu jego występu zaraz poczuje się pan szczęśliwszy.

Pacjent wstaje, patrzy przygnębiony na lekarza i zbiera się do wyjścia. Wtedy doktor pyta:

- A właściwie jak pan się nazywa?

Mężczyzna odwraca się i odpowiada:

- Jestem Grock.