Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej

Michał Rusinek
#
  • Znak
    styczeń 2016
    144 x 205
    320 stron
    ISBN: 978-83-240-4091-9

Fragment najnowszej książki Michała Rusinka Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.

Copyright: Znak


Kiedy przyszedłem po raz pierwszy do Szymborskiej, do ma­leńkiego zadymionego mieszkania przy Chocimskiej 19, otworzyła mi Teresa Walas. Szymborska kończyła właśnie udzielać wywiadu amerykańskiemu poecie Edwardowi Hirschowi. Po chwili wyszła z pokoju, z lekkim obłędem w oku, trzymając w palcach papie­ros z długim słupkiem popiołu. Nie bardzo wiedziała, co ma zrobić najpierw: przywitać się, znaleźć popielniczkę, odebrać uporczywie dzwoniący telefon, pożegnać się z Hirschem. Wreszcie udało jej się zapanować nad rzeczywistością; tylko telefon nadal dzwonił. Zo­staliśmy we trójkę, z Teresą. Wyjaśniła nam, że gniazdko telefonicz­ne jest za regałem i nie ma jak wyjąć z niego wtyczki. Numer był wprawdzie zastrzeżony, ale wszyscy go znali; telefon dzwonił po­dobno nawet w nocy, bo niektórzy sądzili, że jest numerem faksu w jakimś biurze czy sekretariacie. Wówczas uprzejmie poprosiłem o nożyczki. Przeciąłem kabel. Telefon przestał dzwonić. Szymbor­ska wykrzyknęła: „Genialne!”. I tak zostałem przyjęty do pracy.

Kilka miesięcy później jakiś dziennikarz przyszedł na Chocimską zrobić wywiad i nie mógł uwierzyć, że tak mieszka noblistka. Był przekonany, że naprawdę mieszka w jakiejś willi, a to tylko takie pied-á-terre służące do spotkań z dziennikarzami, mające ich zniechęcić do nadmiernego zasiadywania się.

Na przecięciu kabla się nie skończyło. Nabyłem zaraz automa­tyczną sekretarkę i zainstalowałem ją na miejscu telefonu. Natomiast w biurze Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, przy Kanoniczej, zainstalowałem faks. Biuro to stało się swego ro­dzaju biurem listów, poste restante: miejscem, gdzie kierowana była ofi­cjalna korespondencja do Szymborskiej. Na jej domowej sekretarce automatycznej nagrałem dość groźnym i oficjalnym tonem komu­nikat: „Tu numer taki a taki. Po usłyszeniu sygnału proszę zostawić wiadomość lub wysłać faks pod numer...” i tu podawałem numer SPP. W ciągu tych piętnastu lat komunikat zmienił się trzykrotnie: po przeprowadzce, kiedy zmienił się i numer telefonu; kiedy faksy wyszły z mody i wreszcie gdy znudziło jej się nagranie. W drugim komunikacie pojawiła się też lekko zniechęcająca fraza: „proszę zo­stawić wiadomość i – jeśli to konieczne – wolno i wyraźnie numer te­lefonu”. Trzeci komunikat był żartem, gdy poprzedni już ją znudził, a może zaczął irytować. Dopowiadałem w nim: „... i skontaktować się z lekarzem lub farmaceutą”. Był krótko, bo niektórzy znajomi pani Wisławy dzwonili zaniepokojeni stanem jej zdrowia.

Najważniejszym zadaniem było uporanie się z korespondencją. To był czas, kiedy poczta elektroniczna nie była tak powszechna (zaglądam do swojej skrzynki z 1997 roku: sto piętnaście mejli wy­słanych, dziewięćdziesiąt sześć otrzymanych; w ostatnich latach — około stu razy więcej). Przychodziły więc tradycyjne listy, na które trzeba było odpisać. Kiedy ukazał się w jakiejś gazecie pierwszy ar­tykuł o mnie, zacząłem być rozpoznawalny. Zapytano mnie potem w radiu, co ta rozpoznawalność zmieniła w moim życiu. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że niewiele: tylko pojawiła się piecząt­ka „znany osobiście”, którą przybijano na pocztowych awizach, nie żądając ode mnie dowodu osobistego. Potem nawet zaprzyjaźniłem się z pracownikiem poczty, który nie tylko nie sprawdzał mojego upoważnienia, ale i ułatwiał mi załatwianie spraw poza kolejką. Raz do roku prosił o autografy WS na książkach.

Kiedy zacząłem pracować dla Szymborskiej, dosyć prędko usta­liliśmy poetykę odpowiedzi odmownych. Chodziło o to, by nikt nie poczuł się urażony, żeby wszyscy zrozumieli, dlaczego od­mawia. Wymyślała więc przeróżne przedziwne wymówki. Kiedyś zaproponowała, bym na jakieś zaproszenie odpisał, że nie pozwoli jej z niego skorzystać konstrukcja psychiczna, że nie czuje się emo­cjonalnie na siłach. Wówczas pisała albo myślała nad wierszem i wie­działa, że potrzebuje wewnętrznego spokoju. Tego już nie dodawała, żeby nie urazić zapraszających. Ale tak właśnie było. Kiedy jednak napomknąłem w jakimś wywiadzie o jej delikatności – zaprzeczyła. „Mam krokodylą skórę” – powiedziała, zaciągając się dymem.

Do SPP przychodziły faksy. Maszyna nie dzieliła ich na strony, wychodziły z niej czasem wielometrowe rulony, które zanosiłem WS, rozwijałem na jej zdumionych oczach i odczytywałem na sto­jąco, dla lepszego efektu.

Kupiłem różnokolorowe teczki, żeby segregować bieżącą kore­spondencję. Było to idiotyczne, bo szybko się okazało, że potrzebne są pudła. Przyniosłem więc z najbliższego sklepu pudła po pamper­sach. Zajęły prawie cały pokój (właściwie pokoik) przy Chocimskiej. Osobiste, oficjalne (zwane przez Szymborską „oficjałkami”), wy­dawnicze i varia. Dość wcześnie pojawiła się konieczność założenia teczki (potem niedużego pudełka) z napisem „świry”.

Wśród nich na przykład taki list: „Szanowna Pani! Wyzywam Panią na Turniej Poetycki, po równo: Pani 1 godz. i ja 1 godz., pub­liczny w Krakowie. Od Pani zależy wybór adresu (miejsca) i czasu oraz aranżacja imprezy”.

Przychodziłem mniej więcej co dwa dni, zwykle po południu. Przynosiłem stos listów, które docierały pod adres SPP. I odbiera­łem od pani Wisławy listy, które tymczasem napisała. Chciała po­dziękować za wszystkie gratulacje. Przede wszystkim znajomym, ale i przedstawicielom wielu instytucji z całego świata. Kazała przygoto­wać dwie wersje kartek z wydrukowanymi podziękowaniami: polską i angielską. Na specjalnych grubych kartonikach, jak do wyklejanek. Wiele czasu spędziłem wówczas, stojąc w kolejkach na poczcie.

Nie miałem jeszcze telefonu komórkowego. Sprawiłem go sobie dopiero dwa lata później. Wówczas kupiłem tylko modem, który działał jak faks oraz automatyczna sekretarka zarazem. Nagrania pani Wisławy w większości sobie zachowałem w postaci plików dźwiękowych. Słucham ich teraz: „Tutaj pewna poetka z Krakowa i okolic...”. „Tutaj... No, wiadomo kto...” „Dzień dobry panu. Tutaj pana... no, nie wiem, jak się nazwać”. „Tutaj pana dręczycielka!..” „Panie Michale, jeżeli pan jeszcze po południu będzie w Krakowie, to proszę do mnie zadzwonić. Ale jeśli pan nie zadzwoni, to świat się nie zawali”.

Jest z innej epoki. Nie lubi urządzeń elektronicznych, długo uczy się obsługi automatycznej sekretarki. Ponieważ moja sekretarka jest w komputerze, więc opowiadam o jej działaniu, posługując się ro­dzajem męskim: on nagrywa, on zapisuje, on czyta. Pani Wisława chwilę mi się przysłuchuje i pyta: „Jaki on?”. Wyjaśniam. Na to ona, lekko zawiedziona: „A już myślałam, że mówi pan o Panu Bogu...”.

Od razu widać, jak ważny jest dla niej język. Ten służący do co­dziennej komunikacji także, może nawet przede wszystkim. Nie zno­si stylu urzędowego, biurokratycznego. Nawet kiedy rok później się przeprowadza i pisze do znajomych kartki z informacją o zmianie adresu i numeru telefonu, dodaje tam frazę, która pozwala ją na­tychmiast rozpoznać: „Zawiadamiam osoby ewentualnie tym faktem zainteresowane, że mój adres i numer telefonu uległy zmianie (...). Radziłabym od razu wpisać te informacje do notesu, bo – jak znam życie – luźne karteczki się gubią”.

Najpierw przynosiłem jej do akceptacji wszystkie odpowiedzi. Kiedy przestała mieć uwagi, przestała zmieniać, i ja przestałem jej zawracać głowę. Jej styl był, oczywiście, niepowtarzalny, niepodrabialny, ale jakaś jego część, ta najbardziej pragmatyczna, komunika­cyjna — okazała się zaraźliwa.

Przez jakiś czas to ona dyktuje mi wszystkie odpowiedzi. Potem przechodzimy na system sztanc. Wkrótce zaczynam odpowiadać sam - w jej imieniu. Zasada jest taka, że ona jest dobrym policjan­tem, a ja - złym, choć uprzejmym. Ta sama zasada będzie obowią­zywać podczas spotkań autorskich, w czasie składania autografów. Umawiamy się, że będzie to trwało godzinę. Po godzinie mówię więc kategorycznie: koniec! Ludzie zaczynają prosić o jeszcze kilka, więc WS: „No dobrze, jeszcze ze dwa, góra trzy”.

Wiem od razu, że zostanę znienawidzony przez część znajomych WS, którym utrudnię z nią kontakt. Nie wszystkich znajomych od razu poznaję. Przed jakimś spotkaniem rzucam się jak lew, widząc, jak starsza pani szarżuje w stronę pani Wisławy. Jak ślepy lew, bo starsza pani okazuje się Janiną Woroszylską, wdową po Wiktorze. Głupio mi potem okropnie.

Pojmuję też szybko, jakie niebezpieczeństwa niesie ta praca. Włącznie z pytaniem, które pojawia się do tej pory: Czy nie czujesz, że żyłeś w jej cieniu? Że nie żyłeś własnym życiem? Pani Wisławie zawsze będzie jednak zależało, żebym żył własnym życiem, nie zaniedbał przez nią kariery naukowej i innej. Będzie przychodzić na promocje moich książek (na promocji Limeryków przeczyta nawet swój poświęcony mi limeryk). Będzie czytać wywiady, których będę udzielać, także o sprawach zawodowych. Po jednym z nich, o retory­ce, powie: „Czytałam pański wywiad. Trochę nudny. Już nawet wolę, jak pan mówi o mnie”. Sześć lat później przyjdzie na moją obronę doktoratu, wprowadzając w lekką konsternację członków Rady Wy­działu, a potem wręczy mi butelkę szampana i wyklejankę. Piętnaście lat później, kiedy jej mówię, że właśnie skończyłem pisać habilita­cję, jest świeżo po powrocie ze szpitala, tym ostatnim. Uśmiecha się i próbuje bić brawo, ale jest już zbyt słaba. Szybko zmieniam temat.

Przychodzi list od rzekomej rodziny z Australii, rozpoczynający się od słów „Kochana Ciociu”. Podejrzewają, że WS nie wie, jakie więzy rodzinne ich łączą, ale jeśli ona sfinansuje im bilety do Polski, oni to chętnie wyjaśnią.

Ktoś starał się listownie dowiedzieć, czy Szymborska jest może tą dziewczynką, która w Auschwitz uratowała mu życie. Bo na zdję­ciach bardzo jest do niej podobna...

Na zadane w czyimś liście pytanie: „Dlaczego dostała Pani Nob­la?” – nie odpowiedziała. Ale mówi mi, że kusiło ją, żeby odpisać: „Bo najwyraźniej Szwedzi są dziwni”.

Przychodzi też list z Niemiec, od nieznajomego mężczyzny, pisa­ny piórem, drżącą ręką, na pięknym papierze listowym. List z propo­zycją zapisania pani Wisławie w testamencie całego majątku. Zaraz odpisuje, że jest wzruszona, ale się nie zgodzi. I tak ma już kłopot z pieniędzmi z Nobla i całkowicie ją satysfakcjonuje fakt, iż jej wier­sze są bliskie sercu autora listu. Potem przychodzi jeszcze jeden list od niego, wyrażający zdumienie, że się nie zgodziła. I na tym koniec. Ten list mam teraz przed sobą. Sprawdzam w internecie nazwisko: okazało się, że podobne propozycje pan ów składał Frankowi Zappie (który powiedział, że gdyby w grę wchodził zamek, to chętnie by się zgodził), twórcy Simpsonów Mattowi Groeningowi (który odpisał mu „Nice try” i poświęcił pasek cotygodniowego komiksu „Life in Hell”) oraz amerykańskiej pisarce Amy Tan. Ta ostatnia wszczęła nawet własne śledztwo, żeby dowiedzieć się, co to za człowiek. Dowiedzia­ła się niewiele, ale z zemsty umieściła go w swojej kolejnej powieści.

To tylko jeden z efektów ubocznych wiadomości o sumie, jaka wiąże się z Nagrodą Nobla. Efekty uboczne miała też publicznie złożona przez WS deklaracja, że tą kwotą się podzieli. Złożona po­chopnie, bo zaraz zaczynają się do niej zgłaszać ludzie z prośbami indywidualnymi. Nawet gdy – znów publicznie – uściśla, że przekaże część tej sumy na jakieś instytucje. Z niezrozumiałych bliżej powodów nieomal wszystkie listy z prośbami o wsparcie finansowe pisane są na kratkowanym papierze.

Pamiętam list dziecka, które prosiło o pomoc, bo tatuś ma długi. List pisany był niby niewprawną ręką. Ale też i listy rzeczywiście zdesperowanych, schorowanych ludzi, którzy wstydzili się swojej biedy. Znajduję teraz jeden, który kończy się tak: „Łaskawa i Szlachetna Pani – z podziwem i najlepszymi życzeniami łączę wyrazy szacunku i prośbę o parę groszy na reparację ruiny zębów, będę b. wdzięczna, bo w tej chwili ani mówić, ani się uśmiechnąć”.

WS zaczyna o mnie mówić „mój pierwszy sekretarz”. Czasem dodaje, że „lepszy od Bieruta”. Ale to w chwilach słabości. Dowcip jest zresztą starszy: tak mawiał Antoni Słonimski o swoim sekretarzu, Adamie Michniku. Kiedy więc zostaję przedstawiony Michnikowi przez Joannę Szczęsną, oficjalnie proszę o zgodę na korzystanie z tej nomenklatury. Od Ireny Szymańskiej dowiaduję się, że po Warszawie zaczyna krążyć dowcip, zrozumiały wyłącznie środowiskowo: „Kto jest sekretarzem Szymborskiej? Oczywiście Michał Rusinek”. Chodzi o Michała Rusinka, pisarza i długoletniego, by nie rzec: odwiecznego, sekretarza Pen Clubu.

Przychodzi list od Wojciecha Żukrowskiego. Z gratulacjami, życzeniami jeszcze „jednego tomiku wierszy najbardziej własnych” (po Noblu ukazały się jeszcze cztery), pretensjami, że kiedyś musiał się dopominać o zwrot jakiejś książki, oraz ciekawą informacją: „Przy okazji chciałbym, żeby Pani wiedziała, [że] nawet w tak zwanym »stanie wojennym« na ankietę Szwedzkiej Akademii do Nagrody Nobla wysunęliśmy Panią, Lema i Parnickiego. (...) Tyle tak do przemyślenia”.

Żukrowski poparł stan wojenny, więc ten podwójny cudzysłów („tak zwany” i cudzysłów jako taki) jest dość zrozumiały. Natomiast użyta przez niego liczba mnoga przypomina dowcip rysunkowy Henryka Sawki z „Wprost” z października 1996 (przypominam, że mieliśmy wówczas premiera i prezydenta z SLD). Rozmawiają trzej byli towarzysze: „Zawsze jakeśmy u władzy, zabezpieczamy sukce­sy. Najpierw Wojtyła został papieżem, potem Miłoszowi i Wałęsie załatwiliśmy Nobla. A teraz, wicie, ta... Szymborska!”.

Sypią się propozycje. Nie tylko te oczywiste, czyli wydawnicze oraz zaproszenia na imprezy literackie z nieomal całego świata. Tak­że mniej oczywiste. Dzwoni ktoś w imieniu Edyty Górniak z pro­pozycją, by Szymborska napisała teksty na nową płytę wokalistki. Organizatorzy konferencji naukowej Polskiego Towarzystwa Kar­diologicznego zapraszają ją do wzięcia udziału w obradach, bo „co bardziej może ukoić chore krążenie kobiet jak nie strofy Pani poezji, a szczególnie chciałabym tutaj wspomnieć wiersz Portret kobiecy, pod którym, jak sądzę, podpisałyby się rzesze polskich kobiet. Zapytu­je Pani w tym wierszu: »Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona«, podmiot liryczny odpowiada: »Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi«, a my, lekarze, odpowiadamy tej poetyckiej wizji, że właśnie szkodzi, i chcemy spieszyć z pomocą tym kobietom, któ­rym pośpiech współczesnego życia niszczy układ krążenia...”. Pe­wien duszpasterz prosi, by napisała wiersz dla Ojca Świętego, który byłby odczytany w czasie Ogólnopolskiego Spotkania Młodych. Są nawet precyzyjne wskazówki: „zwrotkę dziewczęta, zwrotkę chłopcy, zwrotkę dziewczęta, zwrotkę chłopcy, zwrotkę wszyscy razem! (...) Kto nam napisze taki wiersz? (...) Proszę nas wesprzeć swoim ta­lentem (...). W imieniu swoim, młodzieży i samego Ducha Świętego dziękuję za życzliwe potraktowanie naszej prośby”.

Znajduję teraz kopię listu, który WS wysłała w odpowiedzi na zaproszenie na XXXVIII Zjazd Fizyków Polskich: „Z miłym zdzi­wieniem, ale i zakłopotaniem dowiaduję się, że jestem jako poetka zaproszona do uczestnictwa na sesji Waszego Zjazdu... Fizyka to dziedzina dla laików niezmiernie trudna, a ja właśnie takim laikiem jestem. Co gorsza, nie rokuję już nadziei na poprawę. Ale wiem, że dzięki stałym postępom w Waszych badaniach świat staje się zjawiskiem coraz bardziej fascynującym, a życie ludzkie zyskuje coraz głębsze tło. Oby tylko na tym tle nie pojawiły się już nigdy chmury w kształcie grzyba...”.

Przychodzą też listy informacyjne, jak ten od nieznajomego powieściopisarza z Białogardu: „Wybiła północ (...). Za oknem metafizycznej energii ciemność i czarniutki, niematerialny eter i jakaś tęsknica, by japońskim pociągiem pędzić dalej niż gwiazdy, za horyzont materii”.