Przebicia

Michał Szymański
#
  • Fundacja Zeszytów Literackich
    listopad 2015
    200 stron
    ISBN 978-83-64648-27-4

Fragment książki Michała Szymańskiego Przebicia został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Fundacji Zeszytów Literackich.

Copyright: Fundacja Zeszytów Literackich


Przypadki Jeana Le Loueta

1. Najpierw blada, smukła dłoń zaciśnięta na uchwycie waliz­ki, zaraz za nią dwie stopy w znoszonych butach, niezdarnie stawiane. Dworzec. Dym lokomotyw. Sierpniowy upał. Chudy, niewysoki mężczyzna przedziera się przez tłum podróżnych, le­wą dłonią przeczesując obfite loki. W walizce ma głównie note­sy, książki, pięknie wydany poemat własnego autorstwa Na śmierć Federica Garcii Lorki, kilka lekkich ubrań i płaszcz na chłodniejsze dni. Przystaje, z kimś się żegna, coś mówi sła­biutkim, ledwie słyszalnym głosem. Za chwilę wsiądzie do po­ciągu, który zawiezie go do Polski.

Nazywał się Jean Le Louët, urodził się w Bretanii w 1911 roku, był poetą zaliczanym do drugiej fali surrealizmu. W latach trzydzie­stych opublikował kilka tomików wierszy o bardzo dziwnych, nie­pokojących tytułach i zyskał pewną sławę we francuskich kołach li­terackich – Jean Cassou widział w nim młodego geniusza, porównywał do Rimbauda. Fascynował się personalizmem katolic­kim spod znaku Maritaina. Wspierał hiszpańskich republikanów, wśród których miał wielu znajomych. Razem z przyjaciółmi wyda­wał pismo literackie „Les Lettres Nouvelles”. Nie wiadomo, co skło­niło go do badań nad polską literaturą romantyczną, w każdym ra­zie Mickiewicz i Słowacki czytani po francusku sprawili, że zapragnął odwiedzić ich ojczyznę i pogłębić studia. Z pomocą Jana Lechonia – wówczas attache kulturalnego ambasady polskiej w Paryżu – udało się załatwić niewielkie stypendium i wyjazd stał się możliwy. Na początku sierpnia 1939 roku August Zamoyski wysłał z Francji do Jarosława Iwaszkiewicza krótki list polecający:

Mój Jarosławie Drogi!

Jean Le Louët jest znakomitym młodym francuskim poetą i wydawcą pi­sma grupującego kilku jego przyjaciół.

Przybył do Polski na kilka miesięcy, aby badać wpływ romantyków pol­skich na romantyków francuskich, posiada bursę z Biblioteki Polskiej w Paryżu.

Polecam Ci go gorąco, zajmij się nim, proszę, aby poznał w Polsce to, co trzeba i kogo trzeba.

Ściskam czule Twój

Gucio

PS A nie zapomnij, że w Jabłoniu około 10 września dożynki i że musisz koniecznie przyjechać.


2. Przewińmy czas o niemal czterdzieści lat. W 1976 roku, wtedy gdy sześćdziesięciopięcioletni Jean Le Louët wiódł żywot kloszarda na paryskich ulicach, również sześćdziesięciopięcio­letni Czesław Miłosz próbował rozgryźć w Berkeley zagadkę pewnego tajemniczego wiersza. W antologii Jana Szczawieja Po­ezja Polski walczącej 1939-1945 poeta znalazł notkę zawierającą spis utworów wydrukowanych w 1942 roku w zbiorze Pieśń nie­podległa (od lat nie miał go w rękach), wśród nich zaś przypisa­ny jemu, Miłoszowi, wiersz Postawy, którego nie potrafił sobie przypomnieć. Do rozwiązania zagadki przyczynił się Aleksan­der Fiut, przysyłając z Lille nadbitkę Postaw sporządzoną w Krakowie. „Miałem rację, że nie jest to mój wiersz – odpo­wiadał Miłosz swojemu przyszłemu monografiście. – Napisał go francuski poeta Le Louët, który zaskoczony przez wojnę w Polsce, był w Warszawie na początku niemieckiej okupacji. Przetłumaczyłem ten wiersz i wydrukowałem w swojej antolo­gii [...]. Osobiście Le Louëta nie znałem, bo kiedy latem 1940 zjawiłem się w Wwie, już go nie było (chyba był gdzieś interno­wany?)”. Dwa lata później Miłosz włączył Postawy do niewiel­kiego szkicu Polonistyka jako przykład utworu, który łatwo mo­że zmylić literaturoznawcę nieznającego kontekstu jego powstania.

Owego czasu widziałem trzech ludzi. Pierwszy był we krwi, a iż bito go, nieprzestannie krwią broczył. Drugi klęczał, a iż wiązano mu ręce, na klęczkach zostawał. Trzeci siedział za stołem swego wroga, a iż wróg oddal mu cześć, przebywał za jego stołem.

Wtedy pierwszego nazwałem jego imieniem i krzyknąłem mu: „Nie umieraj! ”. A krew wciąż płynęła i poprzez krew odpowiedział: „Wytrwam, bo kocham”.

Potem nazwałem drugiego człowieka i krzyknąłem mu: „Zrzuć swoje więzy!”. Odpowiedział: „Jestem słaby, a człowiek, który mnie spętał, ma wielką siłę”.

I nazwałem trzeciego człowieka i rzekłem mu: „Wstańże wresz­cie!”. I odpowiedział: „Zostanę tu, bo chytry jest mój wróg, a ja pragnę go oszukać”.

Wtedy przywołałem anioła jedności i rzekłem mu: „Zjednocz tych trzech ludzi albo zniwecz ich”. Wówczas anioł jedności wziął krew pierwszego człowieka i pomazał nią dwóch tamtych.

I ten, co klęczał, i ten, co siedział, zostali pokrzepieni.

A człowiek krwawiący wsparł się na nich. I krew mniej silnie płynęła z jego ran. I krew odsłoniła oczy.

Luki w pamięci powoli się wypełniały. Miłosz przypomniał so­bie, że otrzymał wiersz od Stanisława Dygata po jego powrocie z obozu internowania nad Jeziorem Bodeńskim, gdzie jako oby­watel francuski przebywał także Jean Le Louët. Postać zupełnie zapomnianego francuskiego poety coraz bardziej go intrygowa­ła. W 1988 roku, korzystając z pobytu w Paryżu, zajmował się „tropieniem śladów Jeana Le Louëta, bez skutku”. Pytania się mnożyły. W jakim celu młody Francuz przyjechał do Warsza­wy? Jako turysta, dziennikarz, z powodów romantycznych („był pedem”)? Skąd u neosurrealisty spokojny ton biblijnej przypo­wieści, tak że wiersz równie dobrze mógłby wyjść spod pióra polskiego romantyka? Wszystko wskazywało na to, że Le Louët napisał Postawy niedługo po upadku Francji, biorąc za wzór ko­laborację Petaina, ale kusząca była również inna wizja, w której utwór powstał wcześniej i odnosił się do sytuacji polskiej „przez autora tak wyobrażonej”. Jednego Miłosz był pewny, a wtórowa­li mu paryscy znajomi, którym czytał Postawy z powrotem przełożone na francuski: wiersz swoją zwięzłością i siłą obrazowa­nia przewyższał wytwory młodych podziemnych poetów War­szawy i w ewentualnej antologii poezji europejskiej czasów II wojny światowej powinien zająć honorowe miejsce.

Śledztwo opisane w Roku myśliwego nie przyniosło większych skutków. Stary Pierre Leyris pamiętał Le Louëta, lecz słabo: „szczupły, delikatny, prawie kobiecy, chory na gardło, na stałą utratę głosu”. Andre Silvaire dołożył garść informacji o przed­wojennej działalności poety i o spotkaniu z nim po 1940 roku w Tuluzie, kiedy to próbował przedostać się do Hiszpanii. „Po wojnie Le Lout nie wrócił do literatury. Mówią o jego upadku z litością i grozą. Był kloszardem w sensie dosłownym i długo tak żył, bo umarł zaledwie parę lat temu, czyli mógłbym go odnaleźć”.

3. Umówili się w restauracji u Simona i Steckiego przy Kra­kowskim Przedmieściu 48, usiedli na piętrze, w loży, zamówili śniadanie. Le Louët zrobił na Iwaszkiewiczu jak najgorsze wra­żenie: pewny siebie, do szpiku francuski, pretensjonalny, choć przy tym bardzo inteligentny, z wyższością i niesmakiem rozgrzebywał na talerzu szaszłyk z lina (dlaczego na śniadanie je­dli szaszłyk, nie podejmuję się rozstrzygać). Po jakimś czasie zjawił się Lechoń i wymienił z poetą kilka okrągłych słówek. Mimo rosnącego zniechęcenia Iwaszkiewicz zaprosił go jeszcze do Stawiska, zawiózł do Łowicza i Żelazowej Woli, ale w drodze powrotnej manifestacyjnie usiadł przy kierowcy, pozostawiając córce zabawianie gościa. Pod koniec sierpnia spotkali się przy­padkiem w Zodiaku, podczas krótkiej rozmowy Le Louët zdra­dził, że w obliczu prawdopodobnej wojny zdecydował się wra­cać do Francji.

Jednak opóźnia powrót. Jedzie do Częstochowy i tam zastaje go pierwszy września. Postanawia przedostać się do Warszawy. Z tą ciężką walizką. Na drogach chaos, roztrzaskane wozy, żoł­nierze bez dowódców, cywile z tobołami, przypadanie do ziemi, do rowu, z nosem w trawie. Zabici i ranni. Pod Kutnem dołącza do jakiegoś oddziału, który zostaje rozbity podczas próby prze­bicia się w kierunku stolicy. Tuła się od wsi do wsi, powtarza­jąc jeden zwrot: „moi francuski”. Jest karmiony, przyjmowany. Dociera do Żyrardowa i przez dwa tygodnie mieszka w domu ro­botnika. Wreszcie przezwycięża swój strach przed Niemcami. Późnym, chłodnym wieczorem na przełomie listopada i grudnia staje na ganku w Stawisku, dzwoni do drzwi.

W zapiskach z dzienników i wspomnieniach Jarosława Iwasz­kiewicza Jean Le Louët jawi się najdziwniejszym gościem spo­śród niezliczonej liczby rozbitków, którzy podczas wojny prze­winęli się przez Stawisko, znajdując tu pomoc, ratunek, możliwość dłuższego lub krótszego wytchnienia. Iwaszkiewicz odczuwał początkowo dwuznaczną satysfakcję na widok Fran­cuza, który niedawno grymasił nad pieczoną rybą, teraz „odra­pany, wymizerowany” pałaszował słabo omaszczone kluski, „aż mu za uszami trzeszczało”. Ale poeta szybko doszedł do siebie. Jego wymyślne gesty, artystyczne pozy, jego patetyczne opowie­ści o wojennych przygodach – „rzekłbyś, ptak srający”, powia­dał na przykład o samolocie zrzucającym bomby – doprowa­dzały do bladej gorączki współmieszkańców. Szczególnie dawał się we znaki Antoniemu Bormanowi, z którym dzielił pokój. Niedawny wydawca „Wiadomości Literackich” narzekał, że je­go współlokator „wstaje w nocy, odchyla firanki i patrzy w ciemność za oknami, cały czas gadając o pięknie nocy jesien­nej”. Że pod osłoną tej nocy dokonywały się rzeczy straszne, to niespecjalnie go interesowało, on był człowiekiem od poezji, od blasku księżyca kładącego się na pniach drzew i temu w peł­ni się oddawał, „ostentacyjnie” pisząc wiersze, snując się w za­myśleniu po jesiennym parku. Natomiast w ocenie Francji był zdumiewającym realistą i ostrzegał swoich gospodarzy o możli­wości rychłej klęski. Nikt nie traktował jego słów poważnie, bo nikt nie wierzył, że „Le Louët widzi coś naprawdę”. Nieco ina­czej zapamiętała go Anna Iwaszkiewiczowa: „przypomina mi to świetne powiedzenie Le Louëta, kiedy siedział u nas w ma­ju 1940 roku: była mowa o atakach socjalistów na katolików i o francuskim antyklerykalizmie w ogóle; Le Louët zamyślił się po tym wszystkim i wreszcie powiedział: no tak, a poza tym to takie płaskie, najgorsze jest, że to takie płaskie”. W Stawisku spędził kilka jesienno-zimowych tygodni, potem przeniósł się do Warszawy, ale często wracał. „Przeżyliśmy z nim razem – wspominał Iwaszkiewicz – cudowny (pod względem pogody) dzień 17 czerwca 1940 roku – upadek Paryża”. Najprawdopodobniej latem tego roku poeta został aresztowany przez gestapo i wywieziony do obozu nad Jeziorem Bodeńskim. Następnym razem – i po raz ostatni – Iwaszkie­wicz widział go w Paryżu na początku lat siedemdziesiątych „w stanie całkowitego rozkładu osobowości”.

4. Stanisław Dygat sportretował Jeana Le Louëta w Jeziorze Bodeńskim jako Vilberta. Francuski poeta „przyjechał do Pol­ski 30 sierpnia 1939 roku. Zachwycony studiami nad polską po­ezją, chciał poznać osobiście ojczyznę Mickiewicza i Słowackie­go...”. Rola Vilberta w powieści jest marginalna, w swoich nielicznych odsłonach częściowo zbieżna z migawkami ze Sta­wiska. Vilbert bez reszty poświęca się pisaniu, pracuje jak ma­szyna parowa, o każdej porze, w każdej pozycji, bez względu na okoliczności. Kilkakrotnie prowokowany przez narratora, zachowuje spokój, woli nie wchodzić w dyskusje, żeby nie stra­cić cennego czasu, który przelicza się na wiersze. Podczas posił­ków ściszonym głosem rozprawia o Bergsonie. Ćwiczy wdechy i wydechy. Tylko raz daje wyprowadzić się z równowagi i prze­prowadza atak na polskie pijaństwo i niezdolność prowadzenia rozmowy – po czym wycofuje się do swojej świątyni.

Gdy weźmie się pod uwagę zasadniczy temat Jeziora, czyli roz­rachunek z uwierającą bohatera tradycją romantyczną, dziwić może ograniczona rola Vilberta. Wolno bowiem przypuszczać, że między francuskim poetą a polskim prozaikiem toczyły się w obozie zażarte dyskusje lub że przynajmniej ten pierwszy iry­tował drugiego swoim zapatrzeniem w romantyzm, tak jak w powieści narratora irytuje Suzanne – francuska studentka zakochana w Polaku widzianym przez pryzmat romantycznych wyobrażeń. Nie bez znaczenie jest jednak fakt, że to właśnie Vilbert skłoni narratora do wygłoszenia odczytu dla współwięź­niów pt. Ja i mój naród, i, w konsekwencji, do zerwania maski, zakończenia nieznośnej gry.

5. Dowolna migawka z dzienników wojennych Iwaszkiewicza ma w sobie więcej energii, pulsu, pasji, życia niż trzystustronicowe Jezioro Bodeńskie i warto by się zastanowić, czemu niegdyś głośna i ceniona powieść Dygata zestarzała się tak potwornie, że dziś – poza kilkoma fragmentami – z trudem daje się czytać. Mało mnie obchodzi blady Vilbert, wpółżywa postać przykrojona do kompozycyjnych potrzeb powieści, obchodzi mnie jego pierwowzór, Jean Le Louët, którego z niewiadomych powodów widzę najwyraźniej w to sierpniowe popołudnie, gdy z walizką w dłoni przeciska się przez tłum podróżnych i jeszcze może się cofnąć, nie wsiąść do pociągu.

Dlaczego tak mnie zajął? W jego historii, w tych dwunastu miesiącach, od lata 1939 do lata 1940, zrealizowało się ciche pragnienie wielu mieszkańców naszej części Europy, aby syty i pewny siebie Zachód poczęstować którymś z tutejszych XX-wiecznych doświadczeń. Oto poeta lekkoduch ukształtowany przez paryską kawiarnię błąka się w pierwszych miesiącach wojny między Częstochową a Żyrardowem, śmiesznie bezbron­ny ze swoim „moi francuski”. Ale nie tylko to. Był lekkomyślny, wyniosły, groteskowy. Był ucieleśnieniem artystycznej pychy i religijnego oddania sztuce. Przynajmniej taki się wyłania ze wspomnień. Był swego rodzaju skandalem na tle tamtych wyda­rzeń. I chyba dzięki temu napisał co najmniej ten jeden znany nam wiersz, który – tu wypada zgodzić się z Miłoszem, nie wartościując odmiennych dykcji – raczej nie powstałby po pol­sku w okupowanej Warszawie. „I wiersze wychodzą dobre, to najdziwniejsze. U nas byłby to potworny grafoman” – napisał o nim w dzienniku Iwaszkiewicz.

Czy na płaskich drogach siekanych karabinowym ogniem, wśród tłumu uchodźców Jean Le Louët dumnie układał w gło­wie kolejne wersy? Naprawdę strzepnął potem z siebie tak ła­two i bezboleśnie ten pył? A może tylko odgrywał do końca ro­lę natchnionego? Są to różne warianty pytania o to, mocą jakich niezawisłych powołań i wartości artysta ma prawo wynosić sie­bie ponad wojenną sytuację.

6. Postawy to wiersz o odzyskiwaniu wzroku, który powraca, gdy cząstkowe spojrzenia i przeżycia łączą się w jedno za spra­wą nadprzyrodzonych sił. Ten, który jest najniżej, bity i krwa­wiący, wsparłszy się na makiawelicznym kolaborancie i niewol­niku, zaczyna widzieć: „I krew odsłoniła oczy”. Tak więc Jean Le Louët odzyskał wzrok i zamilkł.

Przynajmniej chciałbym w to wierzyć.