Dziennik we dwoje

Jadwiga Stańczakowa
#
  • Wydawnictwo Warstwy
    grudzień 2015
    174 x 229
    448 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-64841-16-3

Fragment książki Dziennik we dwoje Jadwigi Stańczakowej został opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Warstwy.

Copyright: Wydawnictwo Warstwy


1975

5 MAJA
PONIEDZIAŁEK

Pachną miodem mokre czeremchy. Kawiarenka w Saskim Ogrodzie. Na powietrzu. My same z Aldoną. Aldona weseleje, zajadając ciastko. Nie może się oprzeć, chociaż chce schudnąć.

Zaczyna siąpić.

- No, pozwolił nam przynajmniej wypić kawę.

- Ludzie siedzą pod kasztanem. Nic sobie z deszczu nie robią - mówi Aldona.

- To liście już takie?

Po południu przychodzi pani Stacha.

- Nalatałam się - opowiada - za tą koszulą dla Mirona. Całą Marszałkowską przeleciałam. Wszędzie piętra. Są tylko sztuczne i w pasy. Chodźmy teraz razem - proponuje.

Leje. Otwieramy brazylijską, składaną na trzy suwy parasolkę. Świetna! Nic nie waży. Nie doceniłam tego prezentu. Myślałam, że jak nasze. Sklep przy hali na Koszykowej. Z koszulami jedyny. „W poniedziałki nieczynny". Narada. Decydujemy się na pawilony prywatne. Na Hożej wsiadamy w taksówkę.

- Panie kierowco - mówi nagle Stacha - my kupujemy koszulę dla takiego literata. On sam nie kupuje. Nie lubi. Jak pan myśli, czy w pawilonach na Królewskiej będą z bawełny albo z popeliny, bo on nie może sztucznych.

- E, w tych prywatnych same sztuczne. Nylony.

- No to gdzie?

- Prędzej w domach towarowych.

- To niech nas pan zawiezie.

Wchodzimy do Juniora. Płyty. Książki. Ścisk. Koszulki polo. Męskie na drugim piętrze. Wchodzimy po schodach nieruchomych. Bo ja nie jeżdżę. Wielka, stłoczona grupa ludzi. Sprzedawczyni grzeczna, przepuszcza za ladę. Są gładkie! Bawełna! Ale rozmiar?

- O, taka jak ta, proszę pani! - Wyciągamy starą Mirona, akurat ją wyprałam.

- O, to chłopięca, pewnie trzydzieści sześć. Tak. A ja mam czterdzieści.

- Piękne kolory - mówi Stacha. Ciemna zieleń. O, i morski.

- A ile ma wzrostu ten pan?

- Nie wiemy. No może... jak ten pan!

- No więc decydują się panie?

Stoję bezradnie. A tu Stacha:

- Musimy zmierzyć Mirona.

Świetnie! Deszcz. Kupujemy tulipana. Do dania. Albo zatknięcia na klamce. Po Rysiej druga brama. Ale zamiast do sieni Mirona wychodzimy na plac Dąbrowskiego.

- Czy pani nie wie, gdzie tu siódmy numer?

- Nie. Ja nie z tych stron.

- O, już. To ta sień.

Umowne pukanie. Cztery. Przerwa. Cztery.

- Kto tam?

- Jadwiga. Puść! Muszę!

Zgrzyt klucza. Miron zamyka drzwi pokoju.

- Idź na razie tam, gdzie musisz. Jestem nagi. Ubieram się.

Wpadam do łazienki. Zawadza torba. A gdyby Mirona nie było? Gdzie bym się wysiusiała? No szybko, bo Stacha na schodach. Przysiadam na łóżku. Miron już ubrany. Kręci się po pokoju.

- Miron, masz centymetr?

- Nie.

- A ile masz wzrostu?

- Nie wiem.

Opowiadam o koszulowych perypetiach. Miron łaskawie mierzy szyję sznurkiem, odcina go i daje mi. Wychodzimy razem. Pani Stacha podrywa się ze schodka. Przymierza się z Mironem. Żeby jego wzrost mniej więcej. Miron chce tę morską. On idzie do biblioteki. My wracamy do Juniora. A potem uszczęśliwione z morską, numer czterdzieści, popelino-bawełna, Romeo na Hożą. Stacha idzie do domu. Udała mi się ta Stacha! I pomyśleć - z ogłoszenia w „Życiu Warszawy”.

Wieczór. Dziesiąta. Przychodzi Miron. Koszula bardzo mu się podoba.

Idealna! chwali i od razu się w nią ubiera.

Jest Zdzisław. Okazja. Więc wybieramy się z Mironem do Ady1 i Romana. Zabieram magnet, swojego Mitsuko. Dziadek już śpi. Nie będzie wiedział, że wyszłam. Najpierw na plac Dąbrowskiego po bruliony. Na Marszałkowskiej spotykamy Jacka. Niezadowolony. Chciał, żeby Miron pisał z nim swój życiorys do wstępu do tomiku wierszy, który wydaje Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza. Miron, że to nie jego sprawa. Czekam w sieni.

Miron wraca z brulionami. Na Żoliborzu stężony zapach czeremchy, przed domem i w sieni Romanów.

Roman daje mi do obejrzenia dotykiem maski rzeźbione przez Adę i renesansowy czepek.

- Ten dziadek dobry - chwali Miron. - O, tu ruda bródka.

Ustawiamy dwa magnetofony - mój i Romana. Roman nawija taśmę i robi próby. Najpierw trochę kosmiczny przyspieszony bełkot. Potem zwyczajny głos Mirona. Huk tramwajów cichnie po dwunastej. Miron czyta dalszy ciąg Inowrocławia (drugą część Zawału). Półtorej godziny. On dzielnie. My bez znużenia. W przerwie popijamy kawę i jemy kanapki. Ada w dobrej formie. Po czytaniu Roman ogaduje po swojemu, niegłupio.

Zapytałam Mirona, dlaczego, chociaż ja nie widzę, zamknął przede mną drzwi, kiedy był nagi.

- Bo to by było trochę po chamsku - odpowiedział.

Też tak myślałam. I zrobiło mi się przyjemnie.

Trzecia w nocy. Na łóżku Justynki dosycha brazylijska parasolka. Stawiam obok niej Mitsuko. Żeby mu się nic nie stało. I wtedy w zupełnej ciszy odzywa się słowik. Sypie się. Sypie. Sypie, już we śnie.

 

6 MAJA,
WTOREK

U Mirona drzwi otwarte. Wokół klamki papierowa obrączka: „Wejdźcie. Wyszedłem na pół godziny”. Wysyłam pana Juliana na obiad. Kładę się na łóżku. Smakuje mi ta samotność. Zapadam w półdrzemkę. Wraca Miron w czarnym nastroju.

- Przechodziłem koło ciebie. Ale nie miałem siły wstąpić. Myślałem najgorsze. Że jak jest tak, to może nie warto. Lepiej skończyć. No, nie za trzy tygodnie.

- Miron, niedawno byłeś w euforii. Pisałeś. Ten deszcz. Włochy...

- Nie dają. Spychają. Czepiają się, jak topielec.

- Kto, młodzi?

- Wszyscy. Jacek. Agnieszka24, tymi uwagami. Z pisaniem. Zatruli mnie śmiertelnie.

Wchodzi Jacek.

Miron opowiada o czasach szkolnych.

- Były niedobre. Nie lubię.

- A gdzie chodziłeś do powszechnej? - podpytuje Jacek do życiorysu.

- E, idź ty, nuda. Kto to będzie czytał?

Po wpół do ósmej. Gdzie ten Julian? Wyszedł na obiad o piątej. Chyba coś mu się przytrafiło. O, jest.

- Co się stało? Byłam o pana niespokojna.

- Ano, wycieczki.

Wchodzi Berbera25 w kolonialnym kapeluszu. Miron mówi, że wiatrowego koloru. Po niej zaraz srebrny śmiech Agnieszki. Kadzidła. Chóry. Te „baby o porcelanowych gardłach”. Lubię, kiedy tak szybko zmienia się scena. Wpół do dziewiątej. Trzeba iść. A tak się nie chce.

Całą drogę milczę. A pan Julian, o dziwo, milczy także.

Dziadek chrapie. Zdzisław jest w domu. Mogłabym tam zostać. Niby mogłam. Ale to uczucie, że mnie nie chcą. Ślepota. Oczywiście to. Ja jedna wśród widzących. Rozrasta się to i kotłuje we mnie. Nie da się spać. A oni tam brykają. I nagle ogarnia mnie wściekłość. Intelektualistki, cholera! Zatelefonuję do Mirona, niech im powie! Nakręcam numer sąsiadów Mirona, awaryjny. Od ważnych spraw.

- Proszę - głos kobiety.

Bratowa Gosi - myślę w popłochu.

- Przepraszam bardzo, państwo są sąsiadami pana Białoszewskiego...

- Tak.

- Czy pani byłaby łaskawa poprosić go do telefonu? Tylko koniecznie jego osobiście. On jest. Na pewno.

- Dobrze.

Szumy. Po chwili:

- Tu Miron. Proszę.

- Miron, to ja, Jadwiga. Nie mogę. Jestem wściekła. Wściekła. Musiałam zadzwonić, bo nie spałabym całą noc. Czułam się okropnie. Odepchnięta.

- Mogłaś przecież zostać...

- Nie. Jak mnie nie chcą. To klika. Powiedz im to zaraz.

- Nie wiem, czy teraz. Ale nie jest aż tak. Pomówię na osobności z Agnieszką. Już muszę... Jestem w piżamie. Pogadamy jeszcze, na razie.

Lepiej. Kładę się do łóżka. Telefon. Wpół do dwunastej.

- Jadwiga! Tu Miron. Rozmawiałem z Agnieszką. Nie ja... ona sama zaczęła. Wyczuła po twojej minie. Mówi, że nieprawda. Twoja obecność jest mile widziana. Wszystko przekreślone. Uważaj za niebyłe. Ja ci niepotrzebnie powtórzyłem. No, muszę kończyć. Tu w bramie przeciąg. Dobranoc.

8 MAJA,
CZWARTEK

Ania wpada w południe. Odprowadza mnie do klasztoru ze składanym stołeczkiem i Wichrowymi wzgórzami Emily Bronte w brajlu.

Na drzwiach zostawiam kartkę dla Mirona, na wszelki wypadek: „Jestem na dziedzińcu naprzeciwko”. Obmurowany klomb z kwiatami i figurą świę­tego Józefa. Dokoła kasztany. Chadzałam tu z Anią małą i dużą, potem z Justynką. I wiele sama. W słońcu. W półcieniu. Z pomyślunkami albo z książką. Wysuwam gołe nogi na słońce. Jak dobrze!

Dozorcówka pusta. Garbata dozorczyni Gorzkowska, przyjaciółka mojej starej Gosposi, umarła dwa lata temu. Gorzkowski ożenił się i przeniósł na Pragę.

- No, odmarsz! - to pani Anna.

Wraca z miasta. Wstąpiła po mnie. Zdejmuję z drzwi kartkę.

Mironowy dzwonek.

- O, to dla ciebie. Pachnie! - Podaje mi pęk narcyzów. Okazuje się, że trzy­dzieści. - Baba się ucieszyła, że biorę aż tyle. Za piętnaście złotych. Dla niewidzącej. Nie. Nie jest nieszczęśliwa. Czy trochę widzi? Tylko światło... A tu płyta. Monteverdi. Znasz? Kupiłem płyty dla ciebie i dla Agnieszki, bo jestem w dobrym humorze.

- Tak się cieszę! Będziesz pisał!

- Możliwe.

Miron robi sobie w kuchni kawę. Gada z Anną. Obiad. Dziadek skarży się, że laska jest już dla niego za słabym oparciem. Trzeba by z kimś.

- Jak pan będzie miał ochotę, to niech pan powie! - krzyczy Miron. - Ja mogę z panem pójść!

Płyta. Ta nowa. Monteverdi. Dalej Andrea Gabrieli.

- Z 1510 - objaśnia Miron.

Czytamy o nim w kilku językach z „koszulki” płyty.

- No to już idę - mówi Miron. - Ciepło. Może pojadę do Anina.

- Pisz, Miron! - wołam za nim, kiedy zbiega ze schodów.

- Trzeba się zmusić - odpowiada z dołu.

23Adriana Buraczewska - przyjaciółka Mirona Białoszewskiego. Przygotowywała scenografię do "filmików", które Białoszewski nagrywał z Romanem Klewinem. Malarka i rzeźbiarka.

24Agnieszka Petelska z d. Kostrzębska - polonistka, nauczycielka. Pod kierunkiem doc. dr. hab. Artura Sandauera w latach 70. pisała pracę magisterską o twórczości Mirona Białoszewskiego.

25Ewa Berberyusz (1929) - dziennikarka i reportażystka, związana m.in. z warszawskim tygodnikiem "Kultura" i "Tygodnikiem Powszechnym", a latach 90. stała korespondentka paryskiej "Kultury".